Advertisement
#ZostańWDomuPublicystykaZestawienia

3 filmy od Hirokazu Koreedy, mistrza opowieści rodzinnych

Maciej Szymkowiak
Hirokazu Koreeda
fot. Materiały prasowe

Hirokazu Koreeda był nominowany do 48 nagród, z czego 20 z nich wygrał. W tym dwukrotnie w Cannes (Złota Palma w 2018 roku za film Złodziejaszki i Nagroda Jury w 2013 roku za film Jak ojciec i syn). Od czasu Rashōmona Kurosawy kino japońskie zwróciło na siebie uwagę szerokiej publiczności europejskiej i amerykańskiej. Współczesne kino japońskie ciągle zachwyca, ewoluuje i rozrasta się, podejmując odmienne stany współczesnego życia.

Przekonać o tym mogli się chociażby widzowie tegorocznej edycji Pięciu Smaków (podczas 13. edycji festiwalu kina azjatyckiego, który odbywał się w Warszawie w 2019 roku, w programie znalazła się sekcja Japonia: Out of Focus, której celem było pokazanie szerokiego i zróżnicowanego repertuaru peryferii kina japońskiego).

Gdyby spojrzeć szerzej na najbardziej rozpoznawalne reżyserskie ikony kina azjatyckiego, sądzę, że najwięcej uznanych nazwisk udałoby się wymienić właśnie z kraju Kwitnącej Wiśni. Wystarczy wspomnieć o: Masakim Kobayashim, Akirze Kurosawie, Kenjim Mizoguchim, Mamoru Oshiim, Masahiro Shinodzie, Yasujirō Ozu, Seijunie Suzukim, Nagisie Oshimie, Shionie Sono, Shinjim Aoyamie. Niniejszy tekst będzie stanowił krótką antologię trzech dzieł Koreedy, do których „nadrobienia” zachęcam w okresie akcji #ZostańWDomu wszystkich miłośników Złodziejaszków oraz tych, którzy oczekują na powtórne pojawienie się w kinach Prawdy, która premierę polską miała krótko przed ogłoszeniem pandemii koronawirusa.


“Ciągle na chodzie” – Literacka opowieść o rodzinie


fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Film Koreedy, który powstał na bazie dwóch materiałów: powieści napisanej przez samego Hirokazu oraz śmierci jego matki. W filmie głównie wybrzmiewa wątek ojca i syna, nie matczynej miłości, ale w historii wyczuwalna jest doza nostalgii i japońskiego mono no aware zawartego, gdzieś w przemijaniu, ale też doświadczeniu śmierci. Z pewnością osobista tragedia reżysera miała swój pośredni wpływ na nastrój dzieła filmowego, przy czym, nie można tutaj mówić o depresyjnej tonacji lub peanie za zmarłymi. Film ten jest swoistym zaproszeniem Japończyka w spokojną narrację, za którą ukrywają się blizny rodzinne. Jeżeli polski widz zestawi sobie ten obraz z Cichą nocą Piotra Domalewskiego, to doświadczy wyraźnego kontrastu między dziełem wyważonym a chyboczącym się (oczywiście w warstwie rozpisania aktów i ogólnej struktury narracyjnej), a przecież oba utwory w sposób arcyciekawy obrazują, czym jest i jaki ładunek emocjonalny niesie ze sobą twór, jakim jest rodzina.

Znakomitość filmu Japończyka znajduje się w jego poetyckości. Obecne kino często zmusza do szybkich asocjacyjnych skojarzeń, przemieszania się między jednym kodem a drugim, natomiast w statycznych ujęciach Koreedy dominuje prostota, która wydobywa na światło dzienne wszystko to, co nas otacza, ale jednocześnie w szybkim pędzie umyka. To „slow cinema” przywołujące pamięć Yasujirō Ozu, pozwala powoli dojrzewać i rozkwitać w doświadczeniu znanym, ale niewypowiedzianym.

Fabuła filmu dzieje się w trakcie jednego dnia. Odwrotnie jak w „Opowieści Tokijskiej”, w której rodzice odwiedzali dzieci, tak tutaj dzieci jadą do rzadko odwiedzanych rodziców. Główne napięcie rozgrywa się między synem, Ryotą a ojcem, Kyoheiem. Cieniem na relacje kładzie się śmierć brata Ryoty, który miał zostać lekarzem idąc w ślady ojca. To w nim największe nadzieje pokładał emerytowany już doktor. W celu uczczenia jego śmierci cała rodzina zbiera się pod jednym dachem, przyjeżdża ww. Ryota ze swoją żoną (wdową) i jej synem z pierwszego małżeństwa, a także córka Chinami ze swoim mężem i dwójką dzieci. Koreeda w opowieści dominuje ciepłymi barwami, kadrami skąpanymi w promieniach światła, subtelnie wyławia poszczególne kadry, jak choćby lot motyla, który na chwilę przerywa milczący konflikt i wprowadza element magiczności. Reżyser pokazuje też w sposób uniwersalny, że największe urazy często bywają w zgubny sposób pielęgnowane wewnątrz nas, pozwalając, że cierpią na tym równie mocno najbliżsi, jak i my sami. Utracić można, choćby możliwość wycieczki w góry z własną matką. Tokijska opowieść powstała w 1953 roku, a Ciągle na chodzie w 2008. Oba filmy dzieli 55 lat, niebywałe, że wraz z tym czasem, można opowiedzieć podobną historię w zbliżonym stylu, ale jednak zupełnie inaczej, nie naruszając arcydzieła, a czerpiąc z niego, a także uzupełniając o własne autorskie doświadczenia.


“Jak ojciec i syn” – Znaczenie krwi


Jak ojciec i syn
fot. Materiały prasowe

Dramatyzm opowieści i sztukę wywoływania łez, Koreeda prawdopodobnie osiągnął w filmie z 2013 roku. Jego film pt.: Jak ojciec i syn stanowi swoistą próbę odpowiedzi reżysera na pytanie, co ma większe znaczenie: więzy krwi czy spędzony wspólnie czas? Dwie pary, biedna i bogata, dowiadują się, że przez pomyłkę, w szpitalu podmieniono ich dzieci. Stają przed dylematem, co zrobić w takiej sytuacji z sześciolatkami. Zamienić się miedzy sobą dziećmi czy zachować obecny status quo. Reżyserowi poza kolejną opowieścią o rodzinie oraz ponownym skupieniu się na relacjach ojciec i syn, udaje się uchwycić aspekt społeczny. Japończyk w wywiadzie dla internetowego magazynu dwutygodnik.com, który przeprowadził Nikodem Karolak, mówił, że schlebia mu porównywanie do Ozu, ale czuje się bardziej spadkobiercą braci Dardenne czy Kena Loacha. Rzeczywiście porównując film Jak ojciec i syn z takimi pozycjami jak: Dziecko (2006) i Chłopiec na rowerze (2011) braci Dardenne to zauważamy, że Hirokazu Koreeda skupia się w równym stopniu na relacjach rodzinnych, jak i na wpływie społecznym na poszczególne jednostki. Jednym z ważniejszych zagadnień, jakie zostaje poruszone poza wypowiedzeniem, że nie wszystko jest na sprzedaż, to motyw tego, jak mocno na wychowanie dziecka i jego późniejszy sukces społeczny wpływa majętność i obecna pozycja społeczna rodziców. Czy biedniejsza rodzina – skoro nadążyła się taka okazja i oferta – powinna oddać dziecko, którym się opiekowała drugiej parze, ponieważ u nich będzie miała ekonomicznie lepszy byt? Czy można założyć, że w jednej rodzinie wychowa się lepszego człowieka, tylko dlatego, że będzie miało większe możliwości rozwoju wspomaganego finansowo?

Na pierwszym planie wygrywana jest postać Ryoty Nonomiyy. To on najbardziej dojrzewa w filmie i jego przeżycia w korelacji z synem stanowią główną oś filmu. Cierpi na tym rys kobiecych bohaterek, ale jak wskazuje tytuł, reżyser pragnie zwrócić uwagę na relację dwóch męskich figur – dorosłego mężczyzny, ojca i młodego chłopca, który później będzie partycypował w patriarchalnym japońskim społeczeństwie. Przede wszystkim, wybór autora, żeby opowiedzieć skomplikowaną sytuację dwóch rodzin poprzez pryzmat jednej postaci stanowi świetną, niebanalną metaforę o dojrzewaniu do rodzicielstwa. Film promowany w machinie marketingowej, jako wzruszający obraz dla: „każdego rodzica… i tych, którzy chcą nimi być” stanowi idealne podsumowanie wybranej przez Koreedę drogi, tj. opowieści o wzięciu odpowiedzialności za drugiego człowieka, za jego kształtowanie, wpajanie mu wartości i opiekowanie się nim. Podobnie, jak Kenzaburō Ōe w swojej wybitnej powieści „Sprawa osobista” opowiadał, jak urodziny niepełnosprawnego syna nauczyły go rodzicielstwa, tak samo Koreeda poprzez sytuację dramatyczną (zamiana dzieci) wyciąga z rodzicielstwa meritum wymaganego zaangażowania. Ta piękna i wzruszająca opowieść jest skupiona na jednej postaci, na tej, która jeszcze nie dojrzała do bycia rodzicem.


“Nasza młodsza siostra” – Budowanie rodziny


Nasza młodsza siostra
fot. Materiały prasowe

Koreeda uwielbia wykorzystywać element burzący względny spokój. Gdyby nie jedna skaza, jedna rysa dramaturgiczna, nic u niego by nie wypływało na wierzch opowieści. Wszystko byłoby opowiadane w swoim rytmie, jednak jak w życiu, tak i u Koreedy zdarzają się momenty, które wymagają naszej rewizji, zmiany w postępowaniu. Oczywiście jest to podstawowy zabieg w pisaniu scenariusza, bohater musi działać, a żeby móc go aktywizować, należy doprowadzić do jakiejś zapaści w wątku historii, jednak Koreeda robi to w szczególny sposób. Zdarzenie, które można określić mianem „pęknięcia”, Japończyk zawsze umieszcza w strukturze najmniejszej i podstawowej społeczności, gospodarstwie domowym. Wywołuje przy tym pożądaną reakcję psychologiczną. Jego obraz z 2015 roku pt. Nasza młodsza siostra jest właśnie tego przykładem. Gdyby streścić obraz będąc jedynie na jego powierzchni, to należałoby wspomnieć, że fabuła koncentruje się na opowieści o siostrach, które poznają po śmierci ojca swoją przyrodnią (czwartą) siostrę. I tyle. Ot, familijna opowieść, kobiece, siostrzane okruchy życia. Niemniej, dzięki sferze psychologicznej połączonej raz jeszcze w formule filmowego haiku i wzbogaconej dramaturgicznym rysem, reżyserowi udaje się wyciągnąć z prostej historii, niebywale mądre i wymagające przy tym skupienia wnioski.

Kiedy Jak ojciec i syn skupiał się na męskiej perspektywie, tak Nasza młodsza siostra jest wersją pytania o więzy krwi i budowanie rodziny od nowa w kobiecym świecie. Czy winy można dziedziczyć? Czy urazę do kogoś można przenieść na kogoś innego? W końcu przygarnięta młodsza 13-letnia przyrodnia siostra jest dzieckiem wspólnego ojca, ale innej kobiety, tej, która odebrała pozostałej trójce ojca. Siostry starają się ustanowić od nowa relacje, których nie stworzyli dorośli. Sielankowy obraz jest wyznaczany przez wspólne posiłki, a upływający czas obrazami pór roku. To opowieść o poświęceniu, jakie jest konieczne, żeby stworzyć rodzinę bez obecności tych najważniejszych rodziców. Ciekawym faktem, godnym odnotowania, jest miejsce akcji, czyli Kamakura, w której większość czasu pracował, a obecnie pochowany jest Yasujirō Ozu. Znowuż jego śladem można wyliczać tropy Koreedy, statyczny nadmorski pejzaż, który skrywa w sobie motyw przemijania i buddyjskiego piękna. Raz jeszcze w poszczególnych, na pozór nic nieznaczących scenach, zawarta jest głębsza myśl. Pociągi symbolizują nieuchronne zmiany, częste wspólne posiłki rodziny są symbolem cykliczności czasu, jego trwania zakorzenionego w historii i rytuałach, natomiast o nieobecnych członkach rodziny widz dowiaduje się z motywu ceremonii pogrzebowej. Bezczas historii, jej leniwe tempo, wymierzane jest w rytmie, statycznych pięknych kadrów, które raz jeszcze w twórczości Koreedy pozwalają na chwilę zadumy i refleksji.

Zobacz również: „Fleabag” – Naga prawda o ludzkiej naturze [RECENZJA]

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.