Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – 50 lat Odysei Kosmicznej

Maksymilian Majchrzak

2001: Odyseja kosmiczna
Pięćdziesiąt lat i trzy dni temu premierę miała „2001: Odyseja kosmiczna”, jeden z najbardziej znanych (pewnie obok „Lśnienia” i „Mechanicznej Pomarańczy”) filmów Stanley Kubricka. Amerykańskiego reżysera, który zarówno przez krytykę i szeroką publikę uznawany jest wciąż za jednego z najlepszych w historii, o ile nie tego jedynego najlepszego. Tym obrazem nowojorczyk osiągnął dwa cele: zrewolucjonizował i zredefiniował współczesne kino science fiction oraz podzielił widzów na dwie perfekcyjnie przeciwstawne grupy. Jedna z nich uważa film za skończone arcydzieło i otacza kultem, druga nie rozumie fenomenu filozoficznego, patetycznego dzieła i tworzy liczne memy o tym jakie jest nudne i łatwo na nim zasnąć. Ja należę do pierwszej z tych grup, i choć uśmiecham się przy wielu memach o „Odysei”, to jednak zawsze mam pod ręką listę rankingów najlepszych filmów w historii (np. Sight & Sound Greatest Films of All Time), w których „2001” zawsze plasuje się w czołowej dziesiątce.

O czym właściwie jest ten film? Pewnie wielu widzów zadawało sobie to pytanie, gdy po włączeniu „Odysei” (anonsowanej jako najlepsze science fiction w historii, mającej na wszystkich plakatach statki kosmiczne lub astronautów) przez pół godziny oglądali stylizowany na dokument zapis życia dwóch plemion prehistorycznych praprzodków człowieka. Wraz z oświecającym kontaktem z Monolitem (kluczowym elementem całego filmu) , dzięki któremu małpolud szybko uczy się stosować przemoc, reżyser płynnie przenosi widza przestrzeń kosmiczną, by przy akompaniamencie walca Straussa młodszego zaprezentować mu orbitalny balet. Prymitywne narzędzia ewoluowały do postaci statków kosmicznych i w tej scenerii Kubrick raczy widza osobliwą rozmową dra Floyda z Rosjanami na pamiętnych czerwonawych fotelach. Później badacze, którzy trzymają w tajemnicy ponowne odkrycie Monolitu zostają przez niego ogłuszeni przy próbie zrobienia sobie fotki na jego tle. I ktoś mi powie, że ten film nie jest aktualny?!

Przeczytaj również:  Najlepszy Andy wśród Andych

W kolejnych częściach obserwujemy chyba najbardziej ikoniczne motywy filmu: starcie odczłowieczonego technokraty, astronauty Davida Bowmana z maksymalnie uczłowieczonym komputerem (skrywającym to pod nieludzkim głosem Douglasa Raina) HALem 9000. Tutaj też możemy podziwiać jedną z najsłynniejszych i najlepiej nakręconych sekwencji w historii kina – dezaktywację HALa przy ciągłym akompaniamencie jego usilnych próśb o ocalenie życia i nerwowego oddechu Bowmana. Jest to chyba mój ulubiony moment kina w ogóle. Scenę tę oglądałem już dziesiątki razy i za każdym razem powoduje u mnie gęsią skórkę. Finałowa odsłona filmu z feriami barw i astronautą błyskawicznie starzejącym się w stylizowanym na neoklasycyzm pokoju są od lat źródłem wielu spekulacji, analiz i interpretacji tęgich głów. Dochodziły one do czasem mniej, czasem bardziej naciąganych wniosków. Bezpiecznie można powiedzieć, że chodzi tu o wejście Bowmana (a z nim całej ludzkości) na jakiś wyższy stopień poznania, wiedzy i zrozumienia wszechświata.

Ciężko przecenić wpływ, jaki „Odyseja” wywarła na kino science fiction. Jeśli ktoś twierdzi, że to seria „Gwiezdnych Wojen” stworzyła efekty specjalne pozwalające na odzwierciedlanie kosmicznych bitew to prawdopodobnie nie oglądał „2001”. Sam Ridley Scott, czyli twórca „Łowcy Androidów” czy pierwszego „Obcego” żalił się kiedyś, że Kubrick zabił gatunek science fiction, tworząc film, którego nikt nie pobije. Cóż, prawdą jest na pewno, że każdy tego typu obraz próbujący poruszać poważniejsze kwestie filozoficzne nie uniknie porównania do dzieła sprzed 50 lat, a najlepszym tego przykładem jest chociażby „Interstellar” Nolana, uznawany za próbę współczesnego nawiązania do poziomu, który osiągnął Amerykanin.

Przeczytaj również:  "Zaczęliśmy rozmawiać, że reklama konwentu, w której goła laska kąpie się w wannie pełnej kostek do gry to nie jest najlepszy pomysł."  - mówi nam Kasia Babis, autorka komiksów oraz serii "Dziady polskiej fantastyki"

A Wy, należycie do grupy psychofanów czy antyfanów? Oczywiście żadna, największa nawet renoma klasyka nie jest w stanie nikogo zmusić do lubienia tego filmu i każdy może go krytykować. Jeśli jednak chcielibyście dać mu drugą szansę, albo obejrzeć po raz pierwszy, to pamiętajcie, że bardzo ważny jest sposób, w jaki będziecie go oglądać. „Odyseja” to nie jest film do obejrzenia od ręki, po męczącym dniu i na małym ekraniku laptopa. Pozwólcie temu dziełu zaprezentować wszystkie swe wdzięki oglądając je w spokoju, na jak największym ekranie i kiedy naprawdę będziecie mieli nastrój na tego typu poważne, bezkompromisowe kino. Oczywiście i wtedy również macie prawo nie polubić „Odysei”.

2001: Odyseja kosmiczna

 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.