Recenzje

“7 uczuć” – Recenzja

Maksymilian Majchrzak

Postaci Adama Miauczyńskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Czy to jako niespełniony reżyser, sfrustrowany fobiami nauczyciel, czy wykładowca zmagający się z alkoholizmem, bohater ten jest dla Marka Koterskiego podstawowym kanałem komunikacji z widzem. Adaś zmienia się, dostosowując się do epoki czy tematyki, którą chce poruszyć reżyser. W dopracowanej w filmach takich jak Dzień świra czy Wszyscy jesteśmy Chrystusami formie groteskowego moralitetu Koterski przedstawia zmagania z otoczeniem nieszczęśliwej duszy, zbłąkanego inteligenta na różnych etapach jego życia. W najnowszym dziele przyglądamy się dzieciństwu bohatera.

Antycypacji premiery 7 uczuć towarzyszyły liczne obawy, podsycane czy to obsadzeniem w głównej roli syna reżysera, Michała (choć znanego już z roli syna Adasia, Sylwusia, to jednak wciąż bardziej się kojarzącego z celebryckimi ekscesami niż wysoką klasą aktorską), czy to trailerem, opartym na jakby się wydawało niezbyt śmiesznym januszowskim żarcie. Czyżby Koterski postanowił  nakręcić kolejną  polską komedię omyłek “z jajem” w stylu PolandJa, tym samym niwecząc swój wcześniejszy dorobek? Po seansie mogę stwierdzić z całą pewnością – te obawy okazały się nieuzasadnionymi.

Już początkowe sceny robią dobre wrażenie – widzimy w nich Michała Koterskiego jako dorosłego Adasia, człowieka elegancko ubranego, ale dręczonego przez jakiś niewypowiedziany smutek, widoczny w spojrzeniu i przyprószonych siwizną włosach. Odpowiada on na pytania niewidocznej dla widza psychoanalityk (której głosu udziela Krystyna Czubówna) dotyczące swojego dzieciństwa. Łatwo sobie wyobrazić tego Adasia jako protoplastę Marka Kondrata z Dnia Świra, moim zdaniem młody Koterski bardzo dobrze skopiował jego sposób wypowiedzi. Po świetnym otwarciu film nie spuszcza z tonu, a dalej jest już tylko lepiej.

Przeczytaj również:  "Maggie", czyli doskonały seans na letni wieczór ze szklanką wina [RECENZJA]
Kadr z filmu “7 uczuć”

Doszliśmy do akapitu, gdzie paść musi to magiczne słowo – konwencja. Jeśli ktoś nie wie, na czym zasadza się najnowsza opowieść o Miauczyńskim i nie chce się dowiedzieć, niech przestanie czytać w tym momencie – ale bez zdradzenia tego szczegółu nie ma chyba sensu o tym filmie nic pisać. Jaki cudowny zabieg może sprawić, że wspominany “palec w pupie” czy rymowanki w rodzaju “trzymaj się ramy, to się nie posramy” będą widza bawić? Reżyser sięga do starej jak świat sztuczki – dzieci grają dorośli aktorzy. Dlatego niemal parsknąłem śmiechem, gdy przywoływany wyżej PRL-owski wierszyk wypowiadał ubrany w stylu uczniaka z lat 70. Marcin Dorociński.

Po akapicie poświęconemu słowu kluczowi “konwencja” teraz czas na drugie, najbardziej nadużywane w kontekście tego filmu – “gombrowiczowski”. Porównanie do słynnej powieści Ferdydurke tego autora jest jednak jak najbardziej uzasadnione, biorąc pod uwagę z jaką lubością Koterski pławi się w egzystencjalno – groteskowym obrazie dzieciństwa Miauczyńskiego. Komizm na wysokim poziomie zapewnia plejada znakomitych aktorów brawurowo kopiujących maniery wypowiedzi czy nawet poruszania się 10 – 12 letnich dzieci tuż u progu  procesu dojrzewania. Katarzyna Figura jako klasowa piękność, Andrzej Chyra jako szkolny twardziel, Gabriela Muskała jako modelowa kujonka, czy Tomasz Karolak, który po prostu…. jest. Doskonałym comic reliefem. Największe wrażenie zrobił na mnie chyba jednak Robert Więckiewicz i jego wspaniałe skopiowanie dziecięcych ruchów podczas wspinania się do domku na drzewie.

Przeczytaj również:  "Moje życie jest moje", czyli w poszukiwaniu wolności [RECENZJA]

Jeśli kupicie tę konwencję (choć znam osoby, który prezentowany humor nawet mimo oczywistej retro konwencji uznają za niestrawny), będziecie się dobrze bawić przez cały seans. Dla reżysera jednak tradycyjnie te żarty są przyczynkiem do poważniejszej refleksji i aktu oskarżenia, wobec warunków, w jakich przyszło się mu wychowywać i samej istoty protekcjonalnego podejścia dorosłych do dzieci. Na pewno nie mamy tutaj do czynienia z ckliwym “kiedyś to było” pod tytułem “nikt nie narzekał, całe lato na trzepaku, jedliśmy śliwki z drzewa a nie te fast foody…”. Koterski wydaję się zdradzać silną chęć zwalczenia tych ludowych przekonań starszego pokolenia, czemu też przypisać należy ultrapoważny i dosłowny charakter nieco przesadzonej końcówki.

Kadr z filmu “7 uczuć”

Gdzieś obok oglądamy wzruszający portret Adasia, i narodziny jego cech, które w późniejszym życiu staną się powodami klęski bohatera. Wyraźna odmienność od rówieśników i wynikająca z tego chęć akceptacji, wcześnie zaznaczające się inteligenckie proweniencje, których jednak nikt z dorosłych nie potrafi z chłopaka wydobyć; czy wreszcie widmo zaborczej matki. Kilka scen naprawdę chwyta za serce i pozwala się utożsamiać z młodym Miauczyńskim wszystkim tym, którzy uważają się za trochę inne od otoczenia płatki śniegu, a do której to grupy zalicza się również piszący te słowa.

Czy będzie to równie doniosły pod względem oddźwięku społecznego obraz co Dzień Świra? Czas pokaże. Co już wiemy, to fakt, że 76-letni już Marek Koterski nie stracił ostrza swojej ironii ani wyrazistości swojej satyry. Dla fanów jego pesymistycznych dekonstrukcji naszej codzienności – pozycja obowiązkowa.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.