Klasyka z Filmawką – “Chinatown”

Można się spierać, który z polskich twórców najbardziej zasłużył na miano naszej wizytówki za granicą. Część fanów kina wskazałaby Andrzeja Wajdę, miłośnicy nowszych produkcji Pawła Pawlikowskiego albo Wojciecha Smarzowskiego, ale co do tego, który z naszych reżyserów jest na zachodzie najbardziej znany zgodziliby się chyba wszyscy – jest to z pewnością Roman Polański. Choć urodził się we Francji w mocno kosmopolitycznej rodzinie, a z Polski wyjechał po nakręceniu Noża w wodzie na początku lat 60. to jednak związków Polańskiego z naszym krajem nie sposób zanegować. To tutaj spędził znaczną większość dzieciństwa, studiował, ukształtował się jako filmowiec i zdobył pozycję w branży pozwalającą na zrobienie międzynarodowej kariery. Jego twórczość zamiast typowego w przypadku polskich reżyserów skupiania się na diagnozie własnego narodu i adaptacji wielkich dzieł rodzimej literatury jest prawdziwie światowa, poruszająca uniwersalne problemy i mocno zakorzeniona w zachodnim (czy to francuskim, czy amerykańskim) kontekście kulturowym.

Jednym z kluczowych dzieł, które zapewniły Polańskiemu renomę hollywoodzkiego mistrza, obok Dziecka Rosemary było właśnie Chinatown. Był to też ostatni film reżysera nakręcony w USA, bo z uwagi na wybuchły kilka lat później skandal z Samanthą Geimer (który jak wszyscy wiemy, ciągnie się za nim do dziś) musiał opuścić ten kraj pod koniec lat 70. Niezwykły sukces komercyjny tego klasyka gatunku neo-noir  przełożył się na 11 nominacji do Oscara (konkurencyjny Ojciec Chrzestny II wygrał jednak we wszystkich najważniejszych kategoriach), cztery Złote Globy oraz liczne miejsca w rankingach najlepszych filmów wszechczasów (jak chociażby drugie miejsce w Top 10 Mystery Films American Film Institute). Polański stał się celebrytą, a Jack Nicholson awansował do wagi ciężkiej hollywoodzkich gwiazdorów, której nie opuścił już aż do emerytury.

Co więc sprawia, że Chinatown jest tak wybitnym dziełem? Po pierwsze odniesienie do tradycji filmów noir, czyli nurtu kryminalno-egzystencjalnego, święcącego triumfy w Hollywood od początku lat 40. do połowy następnej dekady. Sokół Maltański, Podwójne ubezpieczenie czy Trzeci Człowiek to tylko niektóre z licznych klasyków tego gatunku. W tym gatunku mamy prawie zawsze tajemniczą zagadkę, przegniły upadkiem moralności świat, w którym doskonale czują się wszelcy przestępcy, wycofanego, na pozór cynicznego detektywa protagonistę (stereotypem tej postaci jest Humphrey Bogart) i zwodzącą go na wiele możliwych sposobów femme fatale. Wszystko to w doskonały sposób parafrazuje i usprawnia film Polańskiego. Mamy tutaj fenomenalną stylizację na epokę późnych lat 30. w Los Angeles, niezwykle zawiły scenariusz Roberta Towne’a i intrygę z licznymi plot twistami oraz niepowtarzalny klimat moralnego rozkładu wysokich kręgów władzy i obojętności wobec tego przekupionych, już od dawna zrezygnowanych stróżów prawa. Jack Nicholson błyszczy w ikonicznej roli J.J. Gittesa, którego wizerunek w kapeluszu i z opatrunkiem na nosie (który rozcina mu w filmie zbir grany przez samego Polańskiego) stał się już ikoną popkultury, a niewiele ustępuje mu Faye Dunaway jako Evelyn Mulwray, jedna z lepszych femme fatale jakie widziały czarne kryminały. Jeśli dodać do tego fakt, że Noah Crossa, jej demonicznego ojca i orkiestratora całego zepsucia trawiącego Los Angeles gra John Huston, czyli reżyser innego klasyka gatunku Sokoła Maltańskiego to mamy tutaj do czynienia z niezwykłym hołdem dla noirowej konwencji.

Przyjrzyjmy się jednak tej intrydze, bo maestria jej skomplikowania sprawia, że nie sposób jej chyba do końca zrozumieć przy pierwszym seansie filmu. “Fejkowa” Evelyn Mulwray wynajmująca Gittesa, główne śledztwo, które kończy się szybko śmiercią Hollisa Mulwraya, wreszcie wątek miejskich wodociągów (rzecz, która słabo się kojarzy z dobrym potencjałem na kryminał), pensjonariusze domu starców kupujący ziemię w dolinie (ten cudowny żart o Żydach!), sekretna natura relacji pani Mulwray z tajemniczą kobietą i plot twistowa zagrywka z okularami w przydomowej sadzawce. Jak to wszystko połączyć? Pomoże z pewnością kilka seansów i może lektura jakiegoś streszczenia fabuły, choć chyba i tak nie sposób jest dojść ostatecznych rozwiązań wszystkich wątków, bo film Polańskiego pilnie strzeże swoich tajemnic. Nawet jeśli nie nadążamy za intrygą, Chinatown potrafi zahipnotyzować na poziomie pojedynczych scen, do tego cały czas uwodzi wspaniałą muzyką Jerry’ego Goldsmitha.

Oglądając ten film czułem ogromny podziw dla reżysera, jak głęboko udało mu się wsiąknąć w kontekst kulturowy, historyczny (film bazuje na autentycznych kalifornijskich Water Wars, tylko kto o nich dziś pamięta?) i z ogromnym wyczuciem zastosować wszystkie elementy hollywoodzkiej magii. A przecież w USA Polański zaczął mieszkać ledwie kilka lat wcześniej, mimo tego potrafił stworzyć  chyba najbardziej przekonujący i wielowarstwowy portret tamtej epoki w historii kina. Jeśli gdzieś wypada użyć wyświechtanego, plebejskiego określenia “mam ciary”, to właśnie w kontekście finałowej sceny Chinatown. Mało tu mogę o niej napisać, żeby nie spoilerować, ale dźwięk samochodowego klaksonu będący tłem to do jednego z najbardziej legendarnych egzystencjalnych cytatów wbił mi się w pamięć już na zawsze.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.