“Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki – Recenzja

Kiedyś uważany za odnowiciela amerykańskiego konserwatyzmu i pogromcę terroryzmu, obecnie George Bush młodszy to niemal synonim skompromitowanego polityka. Choć dzisiaj, z uwagi na upływ czasu mówi się o nim zdecydowanie mniej, to na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI. wieku prezydent ten uchodził wręcz za źródło wszelkiego światowego zła, a według różnych badań blisko połowa Amerykanów wierzyła, że zamachy z 11 września 2001 roku były zorganizowane przez niego samego albo wiedział o nich wcześniej i nic nie zrobił, by im zapobiec. A przecież ledwie kilka lat wcześniej, w 2004 roku Bush zapewnił sobie drugą kadencję wyraźnym zwycięstwem wyborczym. Nad zmianą tej “mądrości etapu”, która kiedyś kazała Amerykanom tłumnie głosować na tego polityka i popierać jego sposób rządzenia, a dziś narzuca jednoznaczne jego potępienie, pochyla się Adam McKay w swoim najnowszym filmie.

Ale samemu Bushowi, który jest tutaj przepuszczony przez groteskowy pryzmat kreacji Sama Rockwella, reżyser poświęca stosunkowo mało czasu. Za najbardziej emblematyczną postać tamtych czasów służy tutaj oczywiście demoniczny wiceprezydent Dick Cheney, uważany za człowieka posiadającego największe wpływy ze wszystkich polityków piastujących to niezbyt eksponowane stanowisko przed nim i po nim. Szara eminencja, orkiestrator zbrojnej interwencji w Iraku oraz ojciec chrzestny tak zwanych rozszerzonych metod przesłuchania, w tym słynnego waterboardingu (rodzaj tortury polegającej na wylewaniu wody na przykrytą ręcznikiem twarz więźnia, szeroko stosowanej wobec islamskich terrorystów). Film jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto faktycznie rządzi i dlaczego wyborcy powinni zwracać uwagę nie tylko na samego prezydenta, który jest tutaj swoistym frontmanem, ale i resztę jego administracji, w tym przypadku pełną karierowiczów, oportunistów instrumentalnie traktujących prawo i z niejasnymi powiązaniami z wielkim biznesem.

Kadr z filmu “Vice”

Gwoździem programu jest tutaj oczywiście przemiana Christiana Bale’a, który przybrał na wadzę ponad 20 kilogramów by wcielić się Cheneya. Jego grze należą się same superlatywy, kreowany przez niego wiceprezydent swoją aparycją i sposobem mówienia jest niemal doskonałą kopią autentycznej postaci. Nie jestem pewien, czy gdybym nie wiedział, jaki film oglądam i kto w nim występuję, to czy byłbym w stanie rozpoznać brytyjskiego aktora. McKay podejmuje próbę dekonstrukcji prywatnego życia Cheneya, choć z różnym skutkiem – zdecydowanie mocniejszym punktem filmu są te typowo polityczne momenty. Burzliwą młodość i początki kariery przyszłego wiceprezydenta w administracji Nixona obserwujemy jakby na przyspieszeniu i przez dosyć chaotyczne zwierciadło. Zresztą w całym filmie Cheney wydaje się być raczej figurą retoryczną niż postacią z krwi i kości, ale reżyser też nie ukrywa, że nie chodzi mu o pełnoprawną biografię, a raczej polityczny manifest. Najmocniejszym elementem części fabuły poświęconej prywatnemu życiu wiceprezydenta jest jak zwykle dobra aktorsko i przyjemna w oglądaniu Amy Adams jako jego żona Lynne.

McKay, znany z wyśmiewania południowego (a to rejon USA będący bastionem republikanów, których reprezentowali Cheney i Bush) stylu życia w głupiutkich komedyjkach w rodzaju Ricky Bobby: Demon prędkości czy Legenda telewizji wyjątkowo ostro sobie używa na znienawidzonych politykach, posuwając się wręcz do granic bezczelności. Widać, że liberalnej części społeczeństwa USA, teraz jeszcze dodatkowo sfrustrowanej prezydenturą Donalda Trumpa potrzebny był taki seans biczowania dawnych przywódców kraju odpowiedzialnych za klęskę w Iraku, którzy obecnie są łatwym celem. Trzeba jednak przyznać, że choć satyra jest ostra, to trzyma się faktów. To, co kiedyś Cheney mógł zamaskować za pomocą usłużnych mediów czy manipulacji opinią publiczną, dziś staje w niezakłóconym świetle dnia: od wykorzystania znajomości z członkami Sądu Najwyższego w rozwiązywaniu kontrowersji dotyczących wyborów z 2000 roku (gdzie Bush wygrał z demokratą Alem Gore’em, mimo tego, że otrzymał mniej głosów), przez stosowanie wątpliwych interpretacji przepisów konstytucji w celu rozszerzenia władzy prezydenta, aż po niechlubne kolportowanie nieprawdziwych informacji dotyczących powiązań Saddama Husajna z terroryzmem, by jakoś usprawiedliwić inwazję na Irak.

Kadr z filmu “Vice”

Choć McKay pokazuje solidne podstawy tej krytyki oraz występuje z pozycji, którym przyznałbym moralną słuszność to nie sposób nie odnieść wrażenia, że nieco przesadził z tą tendencyjnością w przedstawianiu administracji Busha jako swoistego dworu Lucyfera. Dick Cheney jako uosobienie wszelkiego zła i oportunizmu? W porządku, ale czemu nie dać tutaj jeszcze bardziej zepsutego i przeżartego moralną korupcją sekretarza obrony Donalda Rumsfelda (Steve Carell)? Takie doprowadzenie satyry do ściany ekstremizmu odbiera jej nieco wpływu wśród niezdecydowanych i sprawia, że dotrze ona głównie do tych, którzy za Bushem i jego palatynami nie przepadali już przed seansem. Merytoryczna wartość filmu, który z emfazą podkreśla swój edukacyjny aspekt podobnie jak wcześniejszy Big Short jest jednak niezaprzeczalna i stanowi on dobrą lekcję realiów i meandrów amerykańskiej polityki początków XXI. wieku.

Vice, mimo komediowej formy, średnio się nadaje jako kandydat na niezobowiązujący weekendowy wypad do kina. Jest to film bardzo mocno zakorzeniony w realiach kulturowych USA i wymagający od widza podstawowej wiedzy na temat tamtejszej polityki, by móc w pełni zrozumieć co się dzieje na ekranie. Seans generalnie dostarcza dobrych komediowych wrażeń, nie udało się jednak uniknąć kilku przestrzelonych metafor i paru dłużyzn. W sezonie oscarowym na pewno będę trzymał kciuki za obsadę tego dzieła, bo wszyscy aktorzy dostarczyli naprawdę świetnych kreacji.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.