Recenzje

“Plażowy haj”, czyli bumelanctwo, które do niczego nie prowadzi [RECENZJA]

Maksymilian Majchrzak

Zaraz zaraz, a do czego ma niby prowadzić próżniactwo, bezczynność, czy leserstwo? Czy z natury nie powinno być właśnie bezcelowe? Tak, powinno być. Co nie znaczy, że oparcie się na takiej formule jest dobrym pomysłem na film. O tym dlaczego tak uważam, postaram się wyjaśnić w dalszej części tekstu.

Wielu z nas słyszało rytualne zawodzenie czy to naszych przepracowanych rodziców, czy znajomych, które wpisywało się w schemat “ja to bym chciał mieszkać w ciepłym kraju, nic nie robić, leżeć pod palmą, jeść owoce z drzewa, spać na hamaku i nie musieć się przejmować tym całym zgiełkiem życia”. Te marzenia polskiego lenia to sytuacja bazowa Moondoga (Matthew McConaughey), który garściami czerpie z uroków życia jakie dostarcza mu rezydowanie na Florydzie. Ale taka sielanka sama w sobie byłaby nudna, więc Harmony Korine czyni z Moondoga nałogowego kobieciarza, seksoholika, awangardowego poetę obficie korzystającego z motywów fallicznych oraz oczywiście rekreacyjnego palacza każdego możliwego typu “zielska”, jaki tylko mu się uda zdobyć. A możliwości ma ogromne, gdyż bogato się wżenił, pobierając się z Minnie (Isla Fisher), w której jednak wciąż, mimo licznych zdrad, pozostaje fanatycznie zakochany.

Kadr z filmu “Plażowy haj”

Ci, którzy spodziewali się transowej dynamiki filmu podobnej do Spring Breakers mogą się poczuć zawiedzeni, Beach Bum jest zdecydowanie wolniejszy, choć nie brak tu kilku pięknie nakręconych, olśniewających estetycznie i hipnotyzujących scen. Pod względem wizualnym zdecydowanie wyróżnia się sekwencja przyjęcia zaręczynowego córki Moondoga, Heather. Z którą bohater ma bardzo generyczną, w żaden sposób nie pogłębioną relację, niestety. Jesteśmy więc w pętli – pływanie łódką, nocne imprezy, palenie, picie, seks, daremne próby powrotu do formy i napisania czegoś wartościowego. Ten świat z początku wciąga, z czasem zaczyna męczyć.

Może postaci drugoplanowe coś tutaj uratują? Na pewno najwięcej ciekawości wzbudzi tutaj obecność Snoop Dogga i jego postać jest w porządku. Jest coś uroczego w tym, jak braki w grze aktorskiej Snoops stara się ukryć za ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi, które nosi niemal cały film. Z tą postacią jednak wiąże się moim zdaniem największa wada filmu – jego prymitywny humor. Za dużo tutaj żartów o rozmiarze przyrodzenia, a puenta niemal każdego gagu zahacza o seks. Tak wygląda większość rozmów Lingerie (bo tak się bohater rapera z Compton nazywa) z Moondogiem. Zdecydowanie brakuje tutaj humorystycznej samoświadomości, czasami wręcz nasuwa się porównanie do polskiego kabaretu używającego jednego schematu przez całą karierę. Czy się kilka razy uśmiechnąłem? Oczywiście, co nie zmienia faktu, że to raczej wujaszkowy humor, z którym lepiej się mierzyć po lampce wina lub innym “rozweselaczu”, niż na trzeźwo. No i odrobinę za dużo w filmie nagości, rozumiem, że ma to odpowiadać realiom historii, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu że kobiety są tu zbyt często pokazywane w przedmiotowy, typowy raczej dla lat 90. sposób.

Przeczytaj również:  "Pierwsze kuszenie Chrystusa", czyli żenujący festiwal czerstwego humoru [RECENZJA]
Kadr z filmu “Plażowy haj”

Zostaje jeszcze Jonah Hill jako agent Moondoga, zaskakująco udany zarówno humorystycznie jak i w głębszych, bardziej emocjonalnych momentach. Dawno nie widziany na ekranie Martin Lawrence wraca w roli groteskowego przewodnika morskich wycieczek, na których można podziwiać delfiny – sam Kapitan Wack jest wielkim miłośnikiem tych ssaków i na tym opiera się cały komizm tej postaci. Niestety te żarty są tak nadużywane, że szybko zaczynają nudzić. Bardzo urokliwą ciekawostką jest Zac Efron w roli niesamowicie kiczowato wystylizowanego współtowarzysza odwyku, na który zostaje skierowany Moondog.

Wreszcie sam Moondog – sztampowa postać południowego menela, trochę taki odpowiednik polskich starszych panów w koszulce Dżemu proszących żeby im się dołożyć do taniego wina na Pol and Rock Festiwalu. Nie sposób jednak odmówić kunsztu Matthew McConaughey’owi w tym, jak realistycznie tę postać zagrał, jakiego życia i luzu w nią tchnął. Mam wrażenie, że reszta filmu nie dorównuje poziomem swojemu głównemu bohaterowi, nie wykorzystuje jego potencjału stawiając go wciąż w tych samych i banalnych sytuacjach, każąc uporczywie powtarzać gagi.

Podsumowując – jeśli zaplanujecie sobie seans The Beach Bum w niezobowiązującym towarzystwie znajomych, wasza tolerancja na niskich lotów humor jest duża oraz cenicie bardzo fajnie skomponowane piosenkowe soundtracki, jest szansa, że Wam się spodoba. Dla mnie to jednak wciąż raczej męczące doświadczenie, włóczące się gdzieś bez celu po zakamarkach mojej percepcji jak tytułowy plażowy menel. Harmony Korine po efektownej introdukcji zaczyna krążyć w kółko, a każde okrążenie jest coraz bardziej bolesne dla widza.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.