Recenzje

“Tajemnica Ojca Pio” – Recenzja i garść rozważań

Maksymilian Majchrzak

Tekst ten nie jest klasyczną recenzją konkretnego filmu, bliżej mu raczej do felietonu na temat sposobu przedstawiania katolickich świętych. Uznałem, że Tajemnica Ojca Pio jest dziełem na tyle wtórnym, ze niewiele byłbym w stanie o nim napisać w tradycyjnym formacie. Będzie tu wiele ostrych porównań, które część osób o religijnej wrażliwości może uznać za krzywdzące, czuję jednak potrzebę użycia ich, przede wszystkim po to być dać odpór szkodliwej i manipulatorskiej narracji, która potencjalnie może mieć szerokie oddziaływanie społeczne. Nie czuję potrzeby autocenzury, ponieważ redakcja Filmawki zapewnia całkowitą swobodę swoim redaktorom, którzy prezentują bardzo szerokie spektrum światopoglądów. Co więcej, o dokumencie Jose Marii Zavali w polskim internecie można przeczytać niemal same pozytywy, co dodatkowo było czynnikiem zachęcającym mnie do opisania swojego, diametralnie innego, punktu widzenia.


Przeczytaj również: “Euforia” – Głucha cisza kiedy krzyczę [FELIETON]

Termin hagiografia, choć początkowo oznaczający po prostu ruch spisywania żywotów świętych w średniowieczu, dzisiaj w większości dyskusji określa dzieła przesadnie pochwalne, bezkrytyczne, tworzone na kolanach. Zamysł wydaje się być niby słuszny – oto chcemy po prostu oddać należny według nas hołd osobie, która uczyniła przecież tyle dobrego, poruszyła serca setek tysięcy ludzi. Jednak najnowsze dzieło Jose Marii Zavali, człowieka który nawrócił się dzięki Ojcu Pio każe postawić pytanie jak blisko takim peanom na cześć świętych jest do żelaznych zasad autorytarnej czy totalitarnej propagandy, opiewającej przywódców Korei Północnej czy Związku Sowieckiego. Przesadna idealizacja i kult postaci nigdy nie bronią się zbyt dobrze, czego koronnym przykładem może być chociażby Jan Paweł II.

Choć film bardzo stara się być nowoczesny w formie, pokazując wiele efektownych i zręcznie zmontowanych ujęć, to ogólne prawidła narracji są raczej bardzo stare – czysty jak łza, absolutnie niewinny i poza jakimkolwiek podejrzeniem wzór cnót wszelakich Pio z Pietrelciny staje do konfrontacji z bezwzględnie zepsutą i z definicji nieobiektywną machiną instytucjonalnego Kościoła. Ojciec Gemelli podważał autentyczność stygmatów świętego, które badał na zlecenie Świętego Oficjum? Przecież nie był wiarygodny, co twórcy skrzętnie “udowadniają” przywołując jego socjalistyczną przeszłość. Papież Jan XXIII nie miał zbyt dobrego zdania o Pio? Owszem, ale został oczywiście zmanipulowany przez krąg swoich doradców, którym potem udowodniono jeszcze liczne machloje. Schemat stary jak świat i gdyby za ścierające się strony podstawić przywódców partii bolszewickiej walczących z “kapitalistycznym okrążeniem” albo “japoński imperializm” dybiący na Kim Ir Sena, to metody snucia opowieści stosowane przez Zavalę pasowałyby jak ulał.

Przeczytaj również:  "Artemis Fowl", czyli spóźniona o ponad dekadę adaptacja kultowej książki [RECENZJA]

Ale skompromitowani i niechętni ludowemu świętemu purpuraci to jeszcze zbyt mało. Reżyser dorzuca jeszcze do tego zazdrosnych braci, którzy fizycznie znęcali się nad poczciwym kapucynem, zamieniając jego codzienne życie w koszmar. Współbracia posuwali się do takich szwindli jak preparowanie wyników badań wskazujących zakażenie syfilisem u innego zakonnika, który zaświadczał o autentyczności cudów Pio – oczywiście po to, by zdyskredytować ich obu. Reżyser nie waha się nawet by użyć mizoginistycznych przytyków wobec koła “fanek” świętego, a wszystko po to by uciąć wszelkie zarzuty o zbyt bliskich relacjach, jakie łączyły go z miejscowymi dewotkami. Chciałoby się powiedzieć – jakieś skrajnie niemoralne i przeżarte relatywizmem to środowisko Ojca Pio, co oczywiście w żaden sposób nie prowokuje autorów filmu do zadania pytania, czy aby on sam nie był przypadkiem oszustem lub manipulatorem.

Reżyser nawet nie udaje, że zbieranie informacji o świętym stanowi dla niego przyczynek do autentycznych rozważań, próby wyrobienia sobie o nim zdania czy zweryfikowania swoich poglądów. Nie, tu wszystko jest dobrane pod tezę, która staje się  oczywista już na samym początku. Szybkie tempo narracji pozwala pominąć wiele niewygodnych faktów, a całą chronologię historii mocno rozmydlić. Za to z lubością oddaje Zavala głos licznie zgromadzonym “dzieciom duchowym” kapucyna, które bez śladu mrugnięcia zaświadczają o wszystkich cudownościach i nadprzyrodzonych rzeczach, jakie wydarzyły się za jego sprawą. Błąd logiczny w postaci dowodu “społecznego”? Odhaczony. Jakby tego było mało reżyser dorzuca jeszcze argument z autorytetu, szeroko pokazując jak to Pio był uwielbiany przez śpiewaków operowych czy słynne włoskie aktorki swoich czasów.

Osobny akapit należy poświęcić podejściu do kwestii rzekomych cudów Ojca Pio prezentowanych przez ten obraz. Nie ma on nic wspólnego z uczciwością intelektualną, nawet nie próbuje odwołać się do jakichkolwiek badań naukowych. O prawdziwości “uzdrowień” zaświadcza lekarka, oczywiście występująca w białym kitlu, która jednak… w czasach gdy zakonnik jeszcze żył była kilkuletnim dzieckiem, więc nie miała jakiejkolwiek fizycznej możliwości badania tych przypadków. Więcej głosów ekspertów, nawet najbardziej sprzyjających Ojcu Pio nie dopuszczono, bo i po cóż. Doskonale wpisuje się to w klasyczne podejście Kościoła Katolickiego do cudów, czyli “każdy widział, nikt nie zbadał” – bo znowu po co zbyt dokładnie badać temat, to mogłoby tylko przynieść szkody (vide chociażby badania radiowęglowe całunu turyńskiego z lat 70.). Takie przedstawianie cudów, oparte tylko na relacjach osób w starszym już wieku (Pio zmarł w 1968 roku), bez żadnej próby zweryfikowania ich autentyczności zasługuje na moralną naganę i jest niczym innym jak manipulowaniem odbiorcami, którzy w części nie będą w stanie dostrzec oczywistych nadużyć faktów. Symptomatyczne, że o sprawie dobrze udokumentowanych podejrzeć, że Pio doprowadzał do powstawania swoich stygmatów za pomocą fenolu (przy zakonniku podobno cały czas unosił się dość znaczący “zapaszek” tej substancji) film nie wspomina ani słowem.

Przeczytaj również:  „Przeklęta” - i do tego niezbyt ciekawa [RECENZJA]

Przykre jest to, że obecnym klimacie niemal niemożliwe jest powstanie uczciwego obrazu o słynnym zakonniku z San Giovanni Rotondo. Wszyscy ci, którzy mieli bardziej krytyczny stosunek do jego osoby raczej już nie żyją, zostało grono apologetów którzy świętego spotkali raczej w początkach swojego dorosłego życia, więc nic dziwnego że mają wyidealizowane jego postrzeganie. W Kościele Katolickim, mimo jego początkowo krytycznego stosunku od dawna dominuje bezrefleksyjny kult Pio. I tak niestety ta postać, mimo braku jakichkolwiek twardych dowodów na jej nadnaturalne zdolności (poza świadectwami ludzi, którzy zarzekają się że “przeczytał im serce”, co jest w oczywisty sposób nieweryfikowalne) będzie postrzegana dalej jako wcielenie świętości. A takie filmy jak Tajemnica Ojca Pio pomogą tylko ten niezbyt dobrze uprawdopodobniony mit utrwalać. Kino pretekstowo tylko maskujące swoje propagandowe zapędy.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.