Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Coś”

Maksymilian Majchrzak

Kosmici, czy to jako humanoidalni przybysze z innej planety, czy jako UFO (niezidentyfikowane obiekty latające) byli obecni w amerykańskim kinie już od lat 50. Ich pojawienie się na srebrnym ekranie miało związek z fenomenem ogólnokrajowych obserwacji latających spodków, jakich Ameryka była świadkiem począwszy od incydentu z Roswell w 1947 roku. Archaiczni obcy byli przedstawiani często w błyszczących strojach, a ich statki nieco przypominały domowe odkurzacze. Współczesne kanony wizerunku i zachowania kosmitów stworzył Steven Spielberg, najpierw w Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia, potem w E. T. Drugi z tych filmów pochodzi z tego samego roku (1982) co bohater dzisiejszego odcinka Klasyki i mocno popsuł szyki dziełu Johna Carpentera, jeśli chodzi o wyniki finansowe czy recenzje krytyków. Dlaczego? Myślę, że stanie się to jasne, gdy zobaczymy, z jakimi typem kosmity mamy do czynienia w The Thing.

Kadr z filmu “Coś”

Obcy, zjawisko ponadnaturalne i niewyjaśnione przez naukę jawią się jako doskonałe narzędzia do siania grozy z filmowego ekranu. A jeśli by tak abstrakcyjny strach przed latającym spodkiem i zielonymi ludzikami zastąpić bardziej skonkretyzowaną, odrażającą, zwierzęcą z natury kreaturą – raczej dzikim drapieżnikiem, niż gwiezdnym odpowiednikiem ludzi? Bo któż może wiedzieć, co czyha w odmętach przestrzeni kosmicznej. I na ten pomysł wpadł już oczywiście Ridley Scott, tworząc w 1979 roku Obcego. Odrazę i horrorowy potencjał ksenomorfa Carpenter postanowił podnieść do kolejnego poziomu. Jak się bowiem bronić przed obcą formą życia, która nie ma stałego wyglądu, przenosi się niczym wirus, tworząc odrażające mutacje wraz ze swoimi nosicielami? Całą akcję reżyser obsadził na podniesionym do potęgi typowym dla horroru odludziu w postaci stacji badawczej na Antarktydzie. Stąd naprawdę nie ma gdzie uciec, to nie jest opuszczony dom dwie mile od najbliższej drogi. Mając taką scenerię i bohatera (warto wspomnieć, że film bazuje na opowiadaniu Who Goes There? klasyka amerykańskiej literatury science fiction Johna Campbella) Carpenter zaprasza widza do wzięcia udziału w niecałych dwóch godzinach śnieżnego piekła, do budowania napięcia używając syntezatorowej muzyki Ennio Morricone. Chowanie się za poduszką może okazać się niezbędne.

Przeczytaj również:  Szaleńcza podróż w głąb siebie. Omówienie filmu "Fitzcarraldo" Wernera Herzoga

 

Kadr z filmu “Coś”

Film rozpoczyna się niezwykle znaną i w jakiś sposób abstrakcyjnie przerażającą sceną. Oto helikopter z norweskimi oznaczeniami i snajperem w drzwiach ściga przez antarktyczne śniegi… psa. Czy już wtedy jest to replika opanowana przez kosmiczną kreaturę, która świadomie stara dotrzeć do nowego siedliska nosicieli, czy jedynie przerażone zwierze? Tego nie wiemy. Po śmierci załogi helikoptera (jest to pokazane w nieco absurdalnym, b-klasowym stylu) mamy chwilę czasu na przyjrzenie się personelowi amerykańskiej stacji badawczej. Można by się tutaj spodziewać jakiejś elity nudnych profesorów, jest jednak znacznie bardziej różnorodnie. Wszyscy, począwszy od kucharza, przez gościa zajmującego się psami, dowódcę placówki oraz naukowców wydają się być pogrążeni w apatii, ciężko znosząc trudy odosobnienia na lodowym pustkowiu. “Wykończenie” takiej załogi nie będzie trudne, można by rzec. I pewnie nie byłoby, gdyby nie charyzmatyczny arktyczny kowboj MacReady (w tej roli Kurt Russell), pilot śmigłowca w kapeluszu, który w sytuacji kryzysowej okazuje się być urodzonym przywódcą. Bo to starcie charakterów, wzajemna nieufność i podejrzenia są źródłem wrażeń niemal równie mocnych co spotkania z obcą formą życia.

Zobacz również: Coś za mną chodzi – Klasyka w Dniu Premiery

Ten pojedynek będzie długi, krwawy i przerywany licznymi momentami, gdy agresora nie widać, lecz wciąż obecne jest napięcie towarzyszące świadomości jego nieuchronnego następnego ataku. Gwoździem programu są tu oczywiście klasyczne, mechaniczne i plastyczne efekty specjalne wykonane według projektu Roba Bottina. To on odpowiada za liczne, do szpiku kości przerażające inkarnacje obcego, bazujące czy to na psach, czy na ludziach…. czy na obu tych gatunkach łącznie. Klasyka body horroru, dopracowanie tych efektów docenia się w pełni po obejrzeniu prequelu z 2011 roku (również zatytułowanego po prostu The Thing, który opowiada o wydarzeniach z norweskiej bazy, z której pochodził uciekający przed helikopterem na początku oryginału pies). Tam próbowano odtworzyć to co uzyskał Bottin klasycznymi metodami za pomocą CGI i efekt końcowy był o kilka półek jakości mniej przerażający.

Przeczytaj również:  Łona i jego ulubione filmy I Audiowizualni #03
Kadr z filmu “Coś”

Wymienione w tekście atrybuty składają się na wypadkową w postaci perfekcyjnie przerażającego horroru i tzw. instant classica. Ogromnym zaskoczeniem więc, także dla samego Carpentera, była całkowita klapa The Thing, jeśli chodzi o wyniki w box office i zimny prysznic negatywnych recenzji ze strony krytyki filmowej. Dlaczego tak się stało? Tutaj mogę w końcu sięgnąć po przywołanego na początku tekstu E. T. Spielberga. Ten optymistyczny film opowiadający o przyjaźni dziecka z groteskowo nieporadnym kosmitą miał premierę dokładnie 2 tygodnie wcześniej, 11 czerwca 1982 roku. Ameryka była w ekstazie, UFO stawało się maskotką popkultury, a każdy dzieciak marzył, by zakolegować się z własnym kosmicznym dziwolągiem. Gdzie tu klimat dla nihilistycznego, ponurego i obfitującego w niesłychane wręcz potworności horroru science fiction? Coś było na każdym poziomie zaprzeczeniem E. T., a jeśli latem 82 roku chciałeś zarobić na filmie pieniądze, to lepiej by była to optymistyczna bajeczka. Skalę klapy The Thing najlepiej pokazuje fakt, że niedługo po jego premierze Carpenter został zwolniony z posady reżysera Podpalaczki. Docenienie przyszło dopiero później, a film stał się chodliwym towarem na rynku kaset VHS. Dzisiaj pojawia się w czołówkach wielu list najlepszych horrorów w historii. Carpenter pewnie do teraz żałuje, że wartość jego filmu nie została odkryta już w dniu premiery, gdyż to zapewne zablokowało mu awans do pierwszej ligi hollywoodzkich twórców.

2 odpowiedzi na “9 perełek niemieckiego kina”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.