“Tam gdzieś musi być niebo” – bojownik o wolność z ironicznym półuśmieszkiem [RECENZJA]

Odrobinę drwiąco uśmiechnięty starszy Pan w okularach i kapeluszu, ubrany w marynarkę, z rękoma założonymi za plecami, wpatruje się niby to w widza, niby będąc trochę nieobecnym, swoim przenikliwym spojrzeniem. Od tego, czy ten widok przypadnie nam do gustu zależy w dużym stopniu poziom zadowolenia odbiorcy w trakcie seansu, gdyż frontalne ujęcia reżysera Elii Suleimana będą nam towarzyszyć już do końca filmu. Filmu, który będąc swego rodzaju egzystencjalną fuzją występów Bustera Keatona i Rowana Atkinsona,  oddziałuje na widza w zupełnie niezwykły, niepowtarzalny sposób.

Przeczytaj również: Klasyka z Filmawką – “Leon zawodowiec”, czyli moje serce ma inny kształt

Fascynacja Suleimana prostymi czynnościami, zamiłowanie do pokazywania jazdy samochodem czy policjantów w trakcie czynności służbowych są dobrze znane. I trzeba przyznać, że ma on niezwykle dobre oko do wyłapywania ikonicznych oraz ironicznie melancholijnych kompozycji ludzi i przedmiotów w ruchu. Opuszczając rodzimą Palestynę, udaje się najpierw do Paryża, a potem do Nowego Jorku by napotkać znów te same problemy z komunikacją i znalezieniem sobie przestrzeni do życia.

Kadr z filmu “Tam gdzieś musi być niebo”

Czy uznany reżyser, pochodzący z kraju w trudnej sytuacji politycznej albo społecznej, powinien ze swojej twórczości korzystać jako tuby nagłaśniającej dramat swej ojczyzny i zabiegać o uwagę wpływowych zachodnich kręgów? Czy jak Nadine Labaki w niedawnym Kafarnaum, reżyserzy z Azji Mniejszej są skazani tylko i wyłącznie na śmiertelnie poważne manifesty? Suleiman nie porzuca walki, ale jest innego rodzaju bojownikiem o wolność Palestyny. Takim, który zbyt wiele razy się już zawiódł i zbyt wiele razy odbił od szklanego sufitu. Skąd wzięła się jego zrezygnowana postawa doskonale możemy zobaczyć w scenie rozmowy z producentem, który odmawia dystrybucji jego filmu z powodów politycznych.

Czy to ironiczny uśmieszek człowieka, który zamiast tłuc bezrefleksyjnym, pozbawionym finezji młotem banały na temat Palestyny do głowy zachodniego widza, widząc daremność całej sytuacji, postanowił go w odrobinę nietypowy, slapstickowy sposób zabawić? To, czy ta rozrywka jest wysokiej jakości, pozostanie kwestią kontrowersyjną. Po seansach filmu spotkałem się z całym wachlarzem opinii na temat poczucia humoru Suleimana, od zachwytów, poprzez ludzi, którzy zaśmiali się tylko kilka razy na krzyż, a kończąc na porównaniu do polskiego kabaretu. Na pewno jestem gotów bronić poglądu, że gra na oczekiwaniach zachodnich widzów spodziewających się kolejnego ckliwego dramatu o trudniej sytuacji w Palestynie jest niezaprzeczalną wartością tego obrazu.

Kadr z filmu “Tam gdzieś musi być niebo”

Heaven, heaven is a place, a place where nothing, nothing ever happens – ten fragment piosenki zespołu Talking Heads postanowił chyba urzeczywistnić palestyński reżyser. Tak, troszkę przynudza, ale robi to w tak uroczy sposób, ze nie potrafię mieć mu tego za złe. Seans wspominam jako niezwykle immersyjną podróż do innego świata, która znacznie bardziej zainteresowała mnie tym palestyńskim twórcą niż zrobiłby to hiperpoważny, ciężki gatunkowo film. Czy jednak to na pewno był potencjał na pełny metraż? Czy skrócenie jednak by temu filmowi nie zrobiło dobrze? Nie podejmuję się wybierać za tak uznanego reżysera, tę kwestię pozostawiając do oceny każdemu z osobna. Bo to tak niezwykły film, że ciężko o nim pisać, tego trzeba po prostu samemu doświadczyć.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.