Jabłka i Holocaust – recenzja filmu “Przepraszam, że przeszkadzam”

Bezduszne korporacje, dehumanizujące swoich pracowników, będące monopolem narzucającym nieludzkie warunki pracy, dla których produktów nie ma alternatywy. Ogłupiająca popkultura, która sprawia, że niemożliwe jest odróżnienie prawdy od fałszu, wartości od antywartości. System dławiący indywidualizm, ciemiężący szare masy i tworzący wąską elitę niesprawiedliwie uprzywilejowanych władców świata. Do tego perfekcyjnie domknięty, tworzący z ludzi niewolników z własnej woli, twór, którego każdy element służy temu by obywatele się nie ocknęli i nie zaczęli kwestionować jego prawdziwej natury.

Te motywy są szeroko obecne w światowym kinie przynajmniej od premiery Podziemnego Kręgu, a i jeszcze 20 lat od niego starsza Sieć Sidneya Lumeta prezentowała podobne zapatrywanie na świat. I gdyby tylko czymś takim było “Przepraszam, że przeszkadzam”, pewnie przeszedłbym obok niego obojętnie i poprawił ziewnięciem, bo ile razy już widziałem podobną dekonstrukcję kapitalizmu, globalizmu i wszystkich innych “-izmów”, jakie jeszcze twórcy przyszły do głowy. Na szczęście debiutujący jako reżyser raper Boots Riley postanowił tę dosyć zgraną tematykę podnieść na kolejny poziom, dokładając od siebie nowych pokładów absurdu, groteski i szalonych plot twistów.

Kadr z filmu “Przepraszam, że przeszkadzam”

By zarysować fabułę: mamy naszego klasycznego dyżurnego lenia Cassiusa Greena (Lakeith Stanfield), mieszkającego w garażu wujka wraz ze swoją dziewczyną Detroit (Tessa Thompson), która jest awangardową artystką-performerką. Gdy w końcu zaległości w czynszu zaczynają grozić mu eksmisją, bohater podejmuje pracę w call center. Zderzenie ze światem wielkiej korporacji jest brutalne i zdaje się, że Cash jest skazany na klęskę w postaci szybkiego zwolnienia. Do tego wraz z poznanymi tam przyjaciółmi organizuje się w związek zawodowy, którego celem jest wywalczenie w końcu godziwej płacy i warunków pracy, co musi skończyć się konfrontacją z pracodawcą. Lecz niespodziewanie Cassius, podążając za radą starszego, doświadczonego kolegi odkrywa przysłowiowy “jeden prosty trik”, który pozwala mu się piąć po szczeblach awansu i finalnie zostać prestiżowym Power Callerem… To ten moment, gdy jako recenzent nie mogę powiedzieć za dużo, by nie rozzłościć czytelnika ujawnianiem fabuły, ale wierzcie mi na słowo, że gdy do całej tej mieszanki dodamy jeszcze demonicznego szefa korporacji Steve’a Lifta (bezbłędny w tej odsłonie Armie Hammer) to będzie się działo dużo absurdalnie szalonych rzeczy.

Kadr z filmu “Przepraszam, że przeszkadzam”.

Te wątki zostały uzupełnione niezwykle trafnym i przenikliwym komentarzem na temat współczesnego rasizmu. Podobnie jak Jordan Peele w Get Out czy raper Kendrick Lamar na albumie To Pimp a Butterfly, Riley pochyla się nad uprzedzeniami rasowymi obecnymi w kręgach liberalnych, uchodzących za oświecone w tym względzie. Reżyser prześwietla panującą tam podskórną pogardę, protekcjonalizm oraz niezrozumienie afroamerykańskiej kultury, która jednak jest absorbowana z powodu swojej popularności i nośności społecznej. Dobrze pomyślana jest również metafora, jaką stanowi tak zwany white voice, którego bohater musi się nauczyć używać, by cokolwiek sprzedać. Tutaj udaje się przenikliwie ująć problem podświadomych uprzedzeń, jakie są udziałem białej klasy średniej odnośnie mniejszości rasowych, które w jej oczach są przedmiotem wielu niesprawiedliwych stereotypów i po prostu nie kojarzą się z sukcesem.

Do tego jeszcze gorzka refleksja na temat kondycji współczesnych social mediów i wątpliwej jakości serwowanych w nich treści, którą byłbym skłonny nazwać krzyczeniem starego dziada na chmurę (reżyser jest w końcu przed pięćdziesiątką), gdyby nie to, jak trafne są to spostrzeżenia. Próby Cassiusa ujawnienia prawdy na temat demonicznej korporacji za pośrednictwem internetowych viralów prezentują wysoki poziom czarnej komedii, będąc jednocześnie groteskowo śmiesznymi i ponurymi konstatacjami na temat zainteresowań współczesnej masowej publiki. Całość to feelgoodowo-wybuchowa mieszanka, której nie zawsze udaje się w stu procentach spinać ze sobą wszystkie swoje elementy, ale która nadrabia pewne nieścisłości pomysłowością i szaleństwem surrealistycznych pomysłów reżysera.

Kadr z filmu “Przepraszam, że przeszkadzam”.

Sorry to Bother You ze względu na swoją dziwność i odjechanie ma szansę stać się dziełem oglądanym także w Polsce i polecanym sobie przy wszelkiego rodzaju dyskusjach, gdy ktoś prosi o te słynne “filmy ryjące banie”. Choć widać jeszcze kilka błędów i zadyszek, debiut Rileya z pewnością można uznać za udany i skoro Boots jest człowiekiem obdarzonym taką fantazją, pozostaje czekać na jego kolejne produkcje. Jeśli odpowiednio podejdziecie do tego filmu, co sugerowałbym zrobić poprzez odstawienie zmysłu filmowego snoba na bok i przymknięcie oka na pewne błędy debiutanta, będziecie się świetnie bawić obserwując starcie współczesnego afroamerykańskiego kamikadze ze złowieszczym, nie szanującym szarego człowieka systemem. Z plejadą świetnych aktorów w tle i  surrealistycznym stylem.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.