WE’RE IN THE ENDGAME NOW – Ranking wszystkich filmów MCU

Rok temu, w oczekiwaniu na Avengers: Infinity War publikowaliśmy podobny ranking, ale typowo subiektywny, będący po prostu osobistym zestawieniem ulubionych filmów MCU w wykonaniu naszego redaktora, Mikołaja Krebsa. Teraz jest to zestawienie oparte na głosach 11 członków naszej redakcji, którzy uszeregowali komiksowe produkcje od najgorszej do najlepszej. Zapraszamy wszystkich czekających i nieczekających na Endgame do lektury.


21. Incredible Hulk (2008, reż. Louis Leterrier)

Można powiedzieć, że pierwsza oraz początek drugiej fazy Marvel Cinematic Universe były dla dziecka Kevina Feige etapem raczkowania oraz nauki chodzenia. Brzdąc podczas tej nauki zaliczył wiele upadków w postaci chociażby obu Thorów czy drugiego Iron Mana, ale za najgroźniejszy z nich każdy bezdyskusyjnie uzna introdukcję Hulka, która zostawiła taką bliznę, że do tej pory jest jedynym solowym filmem o przygodach zielonego stwora. Od kilku lat uważam się za fana MCU, ale z powodu wiadomo jakich opinii oraz memów krążących po różnych miejscach sieci oraz wśród moich znajomych nigdy nie odważyłem zmierzyć się z Edwardem Nortonem w roli Bruce’a Bannera… Aż do niedawna, oczywiście w ramach przygotowań do “Endgame”.

Od początkowych napisów połączonych z montażem narodzin tytułowej bestii wiedziałem, że to nie będzie zwykły seans, że Louis Leterrier przygotował dla widzów spirytualną ucztę, której spożycie będzie wymagało nieludzkiego wysiłku. Następnie wraz z Edwardem Nortonem i Timem Rothem przedzieramy się przez brazylijskie fawele zatłoczone niezdarnym montażem, by w końcu jakimś cudem, z przystankiem w Gwatemali, trafić do Wirginii Zachodniej, w której wszystko się zaczęło. Dzieło to było tak angażujące, że 2 tygodnie po seansie nie pamiętam nic poza cameo Stana Lee, które było jedyną jego częścią, która zasługuje na miano dobrej. Pozostaje nam cieszyć się, że dziecko Kevina Feige zaliczyło ten poważny upadek tak wcześnie i zdołało się podnieść, by dorosnąć do, miejmy nadzieję, wspaniałej formy w postaci “Końca gry”. (Kamil Popielarz)


20. Thor: Mroczny świat (2013, reż. Alan Taylor)

Mroczne komando-elfy za pomocą niesamowitych scenariuszowych zbiegów okoliczności i wygody niedopowiedzeń zmuszają zupełnie źle skonstruowanego głównego bohatera, by ten ratował cały świat i swoją ukochaną równie desperacko co twórcy ratujący najgorsze love story w całym Marvelu. Przynajmniej Loki wyszedł w tym wszystkim na dobre, dosłownie, jak i w przenośni. Film konsekwentnie na ostatnich miejscach list wszystkich członków naszej redakcji, z Hulkiem wygrywa tylko dlatego, że więcej osób go oglądało. (Mikołaj Krebs)

Marvel


19. Thor (2011, reż. Kenneth Branagh)

Pierwszy film z bogiem piorunów eufemistycznie ujmując nie jest filmem dobrym. To toporne origin story z pierwszej fazy MCU: schematyczne, generyczne i nudne. Niby widać tutaj szczątkowy zarys przyszłej całkiem udanej relacji między przyrodnimi braćmi, Thorem a Lokim, ale musicie poczekać jeszcze ładnych kilka lat na pewnego Nowozelandczyka, który tchnie w Hemswortha życie, a w serię odświeżający humor.

Thor rozczarowuje na wielu poziomach. Absolutnie niczego ciekawego nie robi z takimi świetnymi aktorami jak Natalie Portman, Anthony Hopkins, Stellan Skarsgård czy Idris Elba, marnując ich potencjał, a nasz czas. Podobnie, dysponując tak bogatą mitologią nordycką (jakkolwiek uproszczoną do komiksowych realiów), prezentuje nam płaski i brzydki świat bogów, który po czasie zlewa się w umyśle widza w złoto-niebieską breję. A przecież Asgard mógł być taki piękny! (Andrzej Badek)


18. Avengers: Czas Ultrona (2015, reż. Joss Whedon)

Halo, policja? Ktoś próbuje zepsuć całkiem fajne filmowe uniwersum. Powszechnie wiadomo, że „więcej” nie zawsze oznacza „lepiej”, a „więcej” połączone z „dlaczego ten Ultron zachowuje się jak komediowy Terminator?”, „po co to miasto lata?” i „dlaczego te pościgi i wybuchy są takie nieangażujące?” to już w ogóle oddala się od „lepiej”. Głównym złem nie jest przeciwnik, lecz przesyt wątków przy jednoczesnym braku zdrowego rozwoju bohaterów oraz kompletny brak emocjonalnej więzi z widzem.

To już druga próba stworzenia najambitniejszego filmu krzyżowego w historii kinematografii i druga z kolei porażka. „Avengers: Czas Ultrona” sprawdza się dobrze tylko w jednym aspekcie: jako prequel „Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów”. I to zarówno jako fabularne przygotowanie do wypuszczonej rok później produkcji, jak i jako swoisty kontrast – wszak wszystko (nawet kameralny „Ant-Man”) zaczęłoby wyglądać dobrze po porównaniu z tym czymś. (Michał Piechowski)


17. Iron Man 3 (2013, reż. Shane Black)

Nie bez powodu to właśnie Iron Man został jako pierwszy wprowadzony do tego, co dzisiaj z powodzeniem aspiruje do miana najbardziej kompleksowej popkulturowej franczyzy naszych czasów. Tony Stark uosabia wszystko to, co charakteryzuje także MCU: jest błyskotliwy, inteligentny, wpływowy, zniuansowany i nie brakuje mu okazji – i motywacji – by z powodzeniem walczyć z sobie podobnymi. Filmy z nim z powodzeniem torują sobie drogę wśród pierwszofazowej mielizny (z przeszkodami takimi jak pierwszy „Thor” i „Incredible Hulk” na czele), a urodzony wręcz do roli ekscentrycznego miliardera Robert Downey Jr. to tylko i wyłącznie wartość dodana.

Trzecia i ostatnia odsłona solowych przygód Tony’ego Starka to perfekcyjne zwieńczenie całej trylogii Człowieka-Żelazko i zarazem film-pomost, który nie tylko kondensuje w sobie siłę początków MCU, ale jest także zwiastunem naprawdę jakościowych czasów drugiej fazy. To jeden z pierwszych w świecie Marvela dowodów na to, że humor i akcja to doskonałe połączenie oraz faktu, że największym wrogiem superbohaterów są oni sami. Nie potrzeba kosmitów, by nasza planeta była najniebezpieczniejszym miejscem na świecie. Wystarczy ludzka niedoskonałość.

„Iron Man 3” jest od nas zgoła inny i jawi się jako produkcja doskonała oraz zdecydowanie najjaśniejszy punkt pierwszych kilku (co najmniej siedmiu) lat MCU. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy: dlaczego reszta redakcji ma inne zdanie niż ja? (Michał Piechowski)

Marvel15


16. Iron Man 2 (2010, reż. John Favreau)

Szybciej, więcej, mocniej, drożej i bardziej na pokaz. I to chyba jest zasadniczy problem drugiego filmu o Tonym Starku. Jeśli kupi się zaproponowaną przez Favreau konwencję, to dostaje się odjechany, jednoosobowy spektakl Roberta Downeya Jr. wspieranym przez boską Scarlett Johansson i wspaniale przeszarżowanego Sama Rockwella. Nawet jeśli wszystko odbywa się kosztem logiki i zdrowego rozsądku, ja ten film stawiam wysoko w moim osobistym rankingu całej marvelowej sagi właśnie z powodu pędzącego przed siebie scenariusza, który nie bierze jeńców, nie spogląda za plecy i co najważniejsze – kreuje wzorce.

Bo nawet jeśli nie wszystko przybierze odpowiedni kształt, wydźwięk czy fakturę, to Kevin Feige będzie miał jeszcze 9 lat na wygładzenie tych wszystkich nierówności.

No i wreszcie – „Iron Man 2” jest dla mnie niczym „Kevin sam w Nowym Jorku”. Z jednej strony efekciarstwo przełożono ponad rozsądek, ale czy możemy mieć za złe to, że Elon Musk został współczesną wersją Donalda Trumpa?


15. Ant-Man i Osa (2018, reż. Peyton Reed)

Wbrew niskiej pozycji w rankingu (która wynika głównie z tego, że mało osób widziało ten film; efekt świeżości, czy bardziej kameralne filmy o przygodach Człowieka-Mrówki po prostu nie przyciągają aż tak, jak ich bardziej epicka konkurencja ze stajni MCU?) uważam Ant-Mana i Osę za naprawdę dobre, rozrywkowe kino i udaną kontynuację pierwszej części, którą szczerze kocham. Do niezaprzeczalnych wad tej produkcji można jednak na pewno zaliczyć słabiutką postać głównej antagonistki. O obecność uśmiechu na twarzy dba jednak znana z pierwszej części drużyna bohaterów, grana przez fenomenalnie dobranych aktorów takich jak Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas, Michael Peña czy Cassie Lang.

Humor jaki prezentują obie odsłony historii Ant-Mana, ja jednak go uwielbiam – zdecydowanie czuć klimat głupiutkich absurdalnych komedii Adama McKaya, który jest tutaj współscenarzystą, a którego regularnym współpracownikiem jest Paul Rudd. Sam wybór aktora do głównej roli, który nie ma aparycji modela ani nie jest weteranem kina akcji, a po prostu komikiem słynącym z niezdarności również u mnie punktuje, jako miła odmiana w uniwersum. Dobry seans do wyłączenia myślenia i dania się ponieść żartom, które uznalibyśmy za “bezbeki”, ale z odpowiednio popcornowym nastawieniem i otwarciem na autoironiczną  konwencję zapewnią nam wiele uśmiechu. Jeśli pomijaliście filmy o Ant-Manie z uwagi na fakt, że nie mają takiego budżetu, gwiazd i liczby wybuchów jak reszta, to gorąco polecam do zapoznania się z tą bardziej kameralną częścią uniwersum. (Maksymilian Majchrzak)

MArvel


14. Kapitan Marvel  (2019, reż. Anna Boden i Ryan Fleck)

Na „Kapitankę” czekałem z umiarkowanym entuzjazmem. Chyba wszyscy byliśmy pod wrażeniem zapowiedzi jej filmu po napisach „Infinity War”, a Brie Larson wydawała się idealną osobą do odegrania tej roli. Jednak zwiastuny niekoniecznie budowały pozytywny wizerunek produkcji Marvela, a ja sam, odczuwający już lekki przesyt retromanią w superbohaterskich uniwersach, nie byłem nastawiony optymistycznie na perspektywę oglądania kolejnego origin story. No i „Kapitan Marvel” stał się dla mnie bardzo trudnym seansem – jest w nim masa rzeczy, które uwielbiam, ale hamowane są przez zachowawcze klisze orane w dziesiątkach filmów tego gatunku.

Z jednej strony bardzo podobała mi się uchodźcza paralela oraz fantastyczna chemia między Larson i Jacksonem. Ale kiedy postaci przechodziły do bijatyk i pościgów zaczynałem wiercić się w fotelu, a perspektywa sprawdzenia godziny na ekranie smartfona nagle stawała się bardzo kusząca. Rozwleczona i momentami dość nielogiczna fabuła również nie pomagała – chociaż muszę docenić poczucie humoru twórców. Także „Kapitanka” – chociaż ambitna i na pewno likeable – nie była tak rewolucyjna jak ją zapowiadano. Miło, że kobieta dostała pełnoprawny superbohaterski flick. Szkoda tylko, że niczym innym się nie wyróżnił. (Wiktor Małolepszy)

Marvel


13. Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie (2011, reż. Joe Johnston)

Jeżeli ktoś zapytałby mnie o to, jak moim zdaniem powinno wyglądać dawkowanie patosu w szeroko pojętych tekstach kultury, pokazałbym mu właśnie ten film. Umieszczone w realiach drugiej wojny światowej początki kariery Steve’a Rogersa to produkcja, która imponuje swoją konsekwencją w utrzymywaniu propagandowej stylistyki, wyrazistością postaci drugoplanowych (Tommy Lee Jones i Dominic Cooper już od samego początku przygód Kapitana Ameryki zdają się potwierdzać regułę, że w swoich solowych filmach Rogers bynajmniej nie błyszczy najjaśniejszym światłem) oraz jednym z lepszych – a na pewno najsubtelniejszym – romansem w całym MCU. Największą wadą jest tutaj fakt, że kolejne dwie części „Kapitana Ameryki” są jeszcze lepsze. (Michał Piechowski)

Marvel


12. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz (2014, reż. Anthony i Joe Russo)

“Zimowy żołnierz” to przypadek nietuzinkowy, owiany legendą godną swojego tytułowego bohatera. Część fanów (do których zaliczam się również ja) nazwie film braci Russo krokiem przełomowym w uniwersum MCU. Bowiem druga część opowieści o Kapitanu Ameryce wyłamuje się wszystkim utartym schematom przypisywanym produkcją z etykietą superhero. Nie uświadczymy tutaj typowej trójaktówki, a w jej miejsce otrzymujemy mięsisty, przepełniony zwrotami akcji thriller, przypominając bardziej “Tinker Tailor Doldier Spy”, niż “Pierwsze starcie”. Pytanie tylko – i myślę, że stąd pozycja w środku rankingu – czy powrót do klasyki kina akcji, jest czymś czego oczekujemy od filmów sygnowanych przez Marvela. (Maciej Kędziora)

Marvel


11. Iron Man (2008, reż. Jon Favreau)
Po tych 11 latach widać ograniczenia epoki oraz obciążenie związane z byciem filmem, który miał dopiero przetrzeć szlaki komiksowej nawałnicy.
Cóż więcej jeszcze można napisać? Jakie były początki każdy widzi, jednak to ta aura pewnej niezwykłej przygody jaka kreowana była przez następną dekadę nakazuje nam powtarzać sobie, że grzechy pierwszego spotkania z MCU zostają odpuszczone.
Bo ile można eksplorować temat przeplatania się wielkiej mocy z wielką odpowiedzialnością, kiedy możemy pochwalić się latającym skafandrem? Wiele traci tylko podczas zestawienia z najlepszymi tworami Marvela, co tylko udowadnia, jak mocnym otwarciem był film o bogatym gościu w lekko za dużym garniturze, co zostaje uprowadzony na pustyni. Dla osiągnięcia pełni radochy zabrakło Liama Nessona próbującego uratować Tony’ego Starka. No ale w 2008 roku był on już zajęty. (Martin Reszkie)

Marvel


10. Ant-Man (2015, reż. Peyton Reed)

Relatywnie wysokie miejsce Ant-Mana może wydawać się dla Was niemałym zaskoczeniem, choć wynika głównie z faktu, że po długim okresie, w którym Marvel nie był odważny (niektórzy pewnie powiedzą, że wciąż nie jest), w pewnym momencie zauważył, że klasyczna MCUowska formuła filmu się kończy i czas zacząć eksperymentować. Dostaliśmy muzyczną space operę o Strażnikach Galaktyki, klasyczne coming of age w postaci najnowszego filmu o człowieku pająku, a gdzieś w miedzy-czasie pojawił się również heist movie odpowiadający na pytanie co by było gdybyśmy mogli zmniejszyć się do mikroskopijnych rozmiarów. 

Pierwowzór z którym zderzyli się twórcy filmowego Ant-Mana nie był takim dużym źródłem inspiracji z jakim mogli obcować twórcy filmów o Kapitanie Ameryce czy Iron-Manie, bo tak naprawdę postać zyskała swoje drugie życie dopiero w 2015 roku, gdy właśnie po premierze filmu z człowiekiem mrówką w roli głównej oraz komiksu spod szyldu wydawniczego Marvel Now, „Ant-Man: Second-Chance Man”, pióra Nicka Spencera (tak, tego który z Kapitana zrobił kiedyś nazistę). 

Dlatego też dodatkowo doceniam to, że ktoś w ogóle zdecydował się na film o postaci, która z jednej strony jest nader klasyczna, a z drugiej przez wiele lat nie mogła się pochwalić żadnym dobrym komiksem. Filmowy Ant-Man ujmuje wszystko to, co w postaci można pokochać i więcej – do tego stopnia, że wręcz ciężko znaleźć komiks, który byłby lepszy niż produkcja Peytona Reeda. Mimo bardzo średniego antagonisty, film nadrabia warstwą humorystyczną idealnie wymierzoną pod ową postać, licznymi smaczkami, genialnym aktorstwem (Douglas, Lily, Rudd!) i naprawdę dobrym scenariuszem. Takim, który wie czym jest i się tego nie wstydzi, ale próbuje też wypływać na szersze wody. Takie próby w kinie bohaterskim kocham najbardziej. (Maja Głogowska)

Marvel


9. Avengers (2012, reż. Joss Whedon)

Zanim Mr. Penautbutter pytał “What is this, a crossover episode?”, świat otrzymał jedno z najbardziej przełomowych dzieł w historii blockbusterów. Bo tak trzeba patrzeć na pierwszych “Avengersów”, którzy bez wątpienia zredefiniowali rynek produkcji wysokobudżetowych. Choć po czasie, można wiele zarzucać filmowi Whedona, to nikt nie zabierze mi najczystszej formy ekstazy, gdy z rumieńcami oglądałem kolejne starcia gigantów, znanych  z kart komiksów.

Swoją drogą, ten film to również moje ulubione cameo w całym uniwersum, bo rola niedocenianego u nas Jerzego Skolimowskiego jest komediowym majstersztykiem. Podobnie zresztą jak wszystkie kreacje aktorski, na czele z cichym bohaterem mojego serca i MCU – Hawkeeye’m. (Maciej Kędziora)

Marvel


8. Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017, reż. James Gunn)

Strażnicy Galaktyki vol. 2 to dość dziwny przypadek wśród filmów Marvela, bo w przeciwieństwie do pozostałych wewnątrzfranczyzowych sequeli nie skupia się na poszerzaniu świata, wprowadzaniu nowych postaci czy wpisywaniu się w szerszy, fabularny plan (choć oczywiście wszystkie te elementy są w drugich “Guardiansach” obecne), tylko na pogłębianiu rysów charakterologicznych znanych nam już postaci. W filmie Gunna niemal każdy z głównych bohaterów dostaje kilka minut na zanurkowanie w siebie, swoje pragnienia, motywacje czy lęki.

Na drugi plan schodzi marvelowe mięsko, czyli szycie uniwersum i spektakularne naparzanki, mimo że te obecne są w ilościach jak zwykle ponadprzeciętnych, a do tego z charakterystyczną dla Gunna przewrotną wyobraźnią. Nie jest jednak idealnie – tak ważna dla filmów Marvela rzecz jak humor w drugiej części “Strażników” po prostu leży. Większość żartów rozminęła się ze mną o lata świetlne, montując mi na plecach nieprzyjemne ciarki wstydu. Ale to chyba nieważne , kiedy równolegle dostajemy porządny dramat obyczajowy zamknięty bodaj najlepszą końcową walką spośród wszystkich Marveli, przepięknie zmontowaną z najpotężniejszym utworem Fleetwood Mac. (Bartek Bartosik)

Marvel


7. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016, reż. Anthony i Joe Russo)

Gdy 3 lata temu rozpoczynała się trzecia faza Marvel Cinematic Universe każdy fan wiedział, że tworzy się przed nim historia. Uniwersum jakiego nie było i najprawdopodobniej nie będzie(patrzę na Ciebie, DC), lecz z tyłu głowy pozostawał niedosyt. Brakowało tu filmu, który można nazwać czymś więcej niż bezmyślną mordobitką między tymi dobrymi, a tymi złymi. Na szczęście mając dostępny tak długi serial twórcy już w Czasie Ultrona zasiali, delikatnie mówiąc, ogromne nasionko niezgody między Capem a Iron Manem, które nie potrzebowało dużo by ewoluować w konflikt. Konflikt, w którym widz nie miał z góry zarzuconych stron dobrej i złej. Konflikt, w którego samo zarzewie rzucili widza bracia Russo, każąc mu natychmiast wybrać czy chce wraz z Starkiem podpisać Porozumienia Sokovii czy wraz z Rogersem zostać niezależnym buntownikiem.

Reżyserowie bardzo sprawnie panują nad akcją, która stanowi lwią część filmu. Doskonale też radzą sobie z budowaniem napięcia, lecz w tym momencie niestety widać ich komediowe korzenie, bo jak w środku odcinka paintballowego “Community” żart jest jak najbardziej na miejscu, tak w Bitwie Bohaterów wydaje się on rzucony na siłę, powodując, że misternie budowane napięcie pęka jak bańka. Nie zmienia to jednak faktu, że zamknięcie trylogii Kapitana Ameryki bezsprzecznie zasługuje na tak wysokie miejsce w naszym rankingu (a nawet wyższe).

PS. Rewatch przypomniał mi, że na napisach końcowych pojawia się utwór Alt-J – Left Hand Free. Jak tu nie kochać tego filmu? (Kamil Popielarz)

Marvel


6. Thor: Ragnarok (2017, reż. Taika Waititi)

Wrzucając do garnka wyważony humor, widowiskowe montaże, świetną ścieżkę dźwiękową i nazwisko Feige, otrzymamy bardzo generyczny film Marvela. Jeśli wrzucimy tam jeszcze trochę bezsensu, szczyptę Goldbluma i co najważniejsze, pozwolimy, by kucharzem był Taika Waititi, to nasze pierwotne danie przejdzie całkowitą przemianę.

Zerwanie ze starymi konwencjami Thora było potrzebną mu rewolucją. Po potknięciach, jakimi były dwie pierwsze przygody jasnowłosego boga, dostał on kompletny remodeling. Pozbyto się jego włosów, pozbyto się jego młotka, za którym jęczał przez pierwsze dwie części swoich przygód, i zrobiono z niego naprawdę złodupnego, lubianego przez fanów bohatera.

I choć wiele osób zarzuca filmowi, że zbyt mocno opiera się na swoim humorze, czy też jest momentami karykaturalnie patetyczny, to i tak spełnia najważniejszą zasadę kina superbohaterskiego – zapewnia ogromne ilości frajdy. Zdecydowanie mój najprzyjemniejszy seans wśród całego MCU i ślepo poleciłbym go każdemu, kto ceni sobie przede wszystkim radość z oglądania. (Mikołaj Krebs)

Marvel


5. Doktor Strange (2016, reż. Scott Derrickson)

W przypadku serii, w której twórcy każdego filmu mają gdzieś z tyłu głowy wyryty miliard dolarów, który jest pożądanym zwrotem z inwestycji znanej jako MCU dość ciężko o innowacyjne podejście i odciśnięcie autorskiego śladu na filmie. Zdarzyło się tak do tej pory raptem trzykrotnie (miło mi widzieć wszystkie przypadki w tej lepszej połowie naszego zestawienia), a Doktor Strange ten trend zapoczątkował. Jak to z nowymi pomysłami w korpo bywa, nasz Doktor nie mógł sobie pozwolić na skok na głęboką wodę, musiał wybadać grunt, żeby nastąpić po nim mogły Ragnarok i druga część Strażników Galaktyki.

Stoi więc w rozkroku między marvelowską generycznością (Strange to de facto nieślubne dziecko Tony’ego Starka i Sherlocka Holmesa z supermocami), a wizualną miazgą, która niespodziewanie zrobiła miazgę i ze mnie. Magiczne sceny zrealizowane są w sposób, który ostatnio widziany był w “Incepcji” – elementy rzeczywistości zostały dynamicznie powyginane, rozciągnięte i powrzucane w losowe miejsca, tworząc psychodeliczny kalejdoskop, jakiego chyba nikt się od tak familijnej nie spodziewał i to właśnie (chyba wyłącznie) niesamowite wizualia windują Doktora blisko szczytu naszej listy. (Bartek Bartosik)


4. Czarna Pantera (2018, reż. Ryan Coogler)

Czarna Pantera weszła na ekrany kin zaledwie w zeszłym roku, a już zdążyła zakorzenić się w popkulturze i dyskursie filmowo-społeczno-politycznym. Pierwsza, w pełni czarna produkcja superbohaterska w historii, zapewniła MCU historyczną nominacje do Oscara za najlepszy film. Ryan Coogler wykorzystał estetykę afro-punku i afrofuturyzmu, redefiniując kinowe podejście do czarnych, pokazując społeczność której nie dotknęło brzemię kolonializmu. Czarna Pantera oferuje nam jednego z najciekawszych (a chyba nawet najciekawszego) antagonistę z całego uniwersum Marvela. Nie pomija również perspektywy feministycznej, prezentując armię Wakandy jako złożoną jedynie z silnych bojowniczek i przede wszystkim dowodzoną przez kobietę, która nie tylko jest silna w walce, ale ma też realny wpływ na króla T’Challę. Ponadto osoba odpowiadająca za cały rozwój technologiczny narodu Wakandy to siostra Czarnej Pantery, młoda dziewczyna, której nie dyskwalifikuje ani jej wiek, ani płeć.

Wiele można mówić o filmie Ryana Cooglera – już dziś powstaje na jego temat masa prac naukowych, do których przeczytania zachęcam, i które na pierwszy miejscu stawiają znaczenie kulturowe. Z drugiej strony są głośni przeciwnicy tego tytułu, krytykujący przede wszystkim słabe CGI (a pomijający ujmująco stworzony świat Wakandy jako całości). Nie da się jednak zaprzeczyć, że Czarna Pantera zasługuje na tytuł najważniejszego filmu zeszłego roku. A swoją intertekstualnością i samoświadomością nie przekreśla swojej wagi jako oddzielne dzieło, stanowiące część ogólnoświatowego dyskursu. I wcale nie trzeba znać kina superbohaterskiego, żeby docenić impact, z jakim Czarna Pantera weszła w popkulturowy świat. (Szymon Pietrzak)

Marvel


3. Avengers: Wojna bez granic (2018, reż Anthony i Joe Russo)

Piętno odciśnięte przez ten “najambitniejszy crossover w historii” na wszelkich społecznościach fanów filmów, których jestem członkiem jest ogromne i rok temu w kwietniu był czas, gdy nie mówiło się o niczym innym.  Przed wyjściem “Infinity War” oglądałem może ze 2 filmy z początków MCU, a na cały cyrk patrzyłem raczej z politowaniem w rodzaju “ile można, piąty-dziesiąty-piętnasty film o tych samych bohaterach to już przesada”. Ale widząc reakcje znajomych kinomanów postanowiłem uniwersum nadrobić i udało mi się to zrobić w takim tempie, że załapałem się jeszcze na jeden z ostatnich seansów trzeciej części “Avengers”, już z dobry miesiąc po premierze. To co zobaczyłem, to definicja współczesnego blockbustera i potwierdzenie tezy, że w sztuce cyzelowania filmów idealnie skrojonych pod gusta masowej widowni spece z Marvela są o krok przed innymi.

Widząc “Infinity War” nabieramy dużego szacunku dla dotychczasowego prowadzenia uniwersum, które bardziej przypomina kinowy serial niż jakąkolwiek wcześniejszą sagę. Pojawiają się pytania – czy planowali to od początku, jak duże było ryzyko projektu z tak szeroką obsadą, czy nie obawiali się, że filmy superbohaterskie się widowni po 10 latach kompletnie znudzą i finał nie dostanie należytej publiczności i wiele innych. To kino jednak spełnia wszelkie pokładane w nim nadzieje i dostarcza zaangażowanej emocjonalnie rozrywki w najlepszym wydaniu. Wiele ikonicznych scen no i oczywiście postać Thanosa, wspaniale pomyślanego złoczyńcy, który zadomowił się w memowej kulturze znacznie silniej, niż jakikolwiek z pozytywnych bohaterów sagi. Sam fakt, że “Wojna bez granic” istnieje, powoduje, że twórcy chałtur takich jak “Suicide Squad” czy “Venom” powinni się spalić za wstydu, że w erze MCU wypuszczali takie zapóźnione o 20 lat produkcje. (Maksymilian Majchrzak)

Marvel


2. Strażnicy Galaktyki (2014, reż James Gunn)

“Wypatruj pobocznych projektów w świecie Marvel Cinematic Universe, bo tam odnajdziesz prawdziwe złoto” – tak brzmiały słowa afrykańskiego szamana, które wypowiedział w moją stronę podczas jednej z moich podróży. Istotnie, tam, gdzie Myszka Miki pakuje trochę mniej pieniędzy w nieznanych bohaterów, tam może pozwolić sobie na trochę więcej ryzyka i szaleństwa.

Tym właśnie są Strażnicy; zaskakująco udaną komedią akcji, osadzoną w kosmosie i pozornie niezwiązaną z resztą uniwersum. To udane kino przygodowe, które zostało naszpikowane humorem. Opiera się on w dużej mierze na niezdarności paczki głównych bohaterów; samotnych wyrzutków, wyobcowanych ze społeczeństwa. I działa to świetnie! Po dziś dzień klasyczna ekipa Avengers może jedynie pozazdrościć doskonałej dynamiki relacji pomiędzy poszczególnymi Strażnikami. (Andrzej Badek)

Marvel


1. Spider-Man: Homecoming (2017, reż. Jon Watts)

W naszej redakcji nie brakowało głosów pełnych zaskoczenia, gdy okazało się, że to właśnie „Spider-Man: Homecoming” uplasował się na pierwszym miejscu tego rankingu. Osobiście przyjęłam tę informacje z wielką ulgą, bo to mój ulubiony Marvel. 

Jak każde dziecko wychowane na popkulturze, moje młodzieńcze lata zajmowały mi przygody człowieka-pająka. Peter Parker był chyba pierwszym bohaterem, z którym mogłam się identyfikować. Jego przygody chciałam czytać na bieżąco, z miesiąca na miesiąc, zamartwiając się – czy z moim ulubionym herosem z sąsiedztwa wszystko w porządku?

Filmy Raimiego nie pokazały nam niestety człowieka-pająka wyrwanego z kart komiksów, a seria o Niesamowitym Spider-Manie nie dostarczyła przede wszystkim atrakcyjnego scenariusza. Zaczął tykać metaforyczny zegar, a fani wpatrywali się w jego wskazówki czekając… Czekając na jakąkolwiek informacje od Sony, jakikolwiek promyk nadziei, jakoby miał on szansę pojawić się w MCU. 

Oczywiście wreszcie się udało, a odświeżoną wersje perypetii nastoletniego herosa mogliśmy ujrzeć na dużych ekranach w lipcu 2017 roku. Ukazaniem jego przygód zajął się Jon Watts i wreszcie pokazał, że można to zrobić dobrze. 

Homecoming działa na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, jako film z gatunku coming of age. Pierwszy raz w rolę pajączka z sąsiedztwa wcielił się ktoś, kto mury liceum opuścił stosunkowo niedawno (w czasie premiery filmu Tom Holland miał 20 lat, a podczas zdjęć był jeszcze nastolatkiem), więc twórcy wreszcie dostosowali do młodzieńczego charakteru produkcji młodzieńcze wątki. Parker jest zauroczony w dziewczynie, której tak naprawdę nie zna. Przed lustrem bawi się w Thora, inspiruje go Iron-Man, a wraz z najlepszym przyjacielem kocha układać klocki Lego (a w filmie układali nie byle jakie, bo Gwiazdę Śmierci). Peter Parker w tym filmie może symbolizować nas – tych, którzy na historiach Marvela dorastali, a jednoczęsnie zacząć przedstawiać nowe pokolenie. 

Zobacz również: “Avengers: Wojna bez granic” – czyli jak garstka komiksowych nerdów spełniła marzenia.

Watts pokazał, że naprawdę potrafi o tym pokoleniu mówić. Rozmowy między Peterem a jego znajomymi wywołują zażenowanie, ale tylko takie spowodowane niezręcznością jego zachowań. Sam scenariusz nie jest źródłem krindżu, które przecież w produkcjach typu coming of age znalazło swoje ujście (Netflix, patrze na was). 

Superbohaterstwo też wychodzi tu tak jak należy. Peter Parker jest postacią przede wszystkim inspirującą, a chyba właśnie tego często nam w Marvelu brakowało. Kogoś, kto sprawi, że wychodząc z sali kinowej będziemy czuć prawdziwy przypływ energii. Bardzo pomaga mu scenariusz, w którym owe bohaterstwo jest bardzo żywe. Homecoming zawdzięczamy również jednego z najlepszych antagonistów MCU, a przecież przed premierą produkcji fani narzekali na wybór właśnie Vulture’a… bo przecież jest zbyt przerysowany, zbyt kiczowaty, zbyt trywialny w swojej istocie. Watts pokazał, że można inaczej i z sępa zrobił postać, której dramat możemy zrozumieć. (Maja Głogowska)

Marvel


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.