Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – Most na rzece Kwai

Maksymilian Majchrzak

Tzw. klasyczna era (nazywana też Złotą erą) Hollywood to z grubsza rzecz biorąc okres od końca lat 30. do drugiej połowy lat 60. XX wieku. To z tego czasu pochodzi utrwalony w naszej świadomości obraz amerykańskiej kinematografii retro: piękne aktorki w olśniewających kreacjach i partnerujący im posągowi przystojniacy, ogromny rozmach scenografii i perfekcyjna produkcja obrazów kręconych w potężnych studiach, w których odtwarzano nierzadko całe fragmenty miast. Był to też okres fałszywej pruderii i ścisłych ograniczeń narzucanych przez tzw. Kodeks Haysa, który limitował czas pocałunku na ekranie do maksymalnie 3 sekund, zabraniał używania przekleństw, pokazywania religii w niekorzystnym świetle i wielu innych, powszechnych dziś praktyk. Stąd często oglądając produkcje z tamtego okresu odnosi się dzisiaj wrażenie, że są trochę naiwnie ugrzecznione. Jednym z Midasów tamtego okresu (obok Alfreda Hitchcocka czy Billy’ego Wildera) był David Lean, z pochodzenia Anglik. Ulubieniec amerykańskiej publiczności i akademików, dzisiaj jest szczególnie pamiętany dzięki swoim trzem monumentalnym epopejom. Te filmy, w których osiągnął iście bizantyjski przepych realizacji i niesamowite piękno wizualne to oczywiście: Doktor Żywago (1965, pięć Oscarów), Lawrence z Arabii (1962, siedem Oscarów) i Most na rzece Kwai, o którym będzie ten tekst (1957, też siedem Oscarów).

W 1957 roku w światowej kinematografii zaczynało już pachnieć zmianą (z tego roku pochodzą chociażby dwa przełomowe filmy Ingmara Bergmana), która miała wybuchnąć na dobre za sprawą narodzin awangardowej francuskiej nowej fali dwa lata później. W Moście na rzece Kwai mamy jednak do czynienia z jak najbardziej klasycznymi okolicznościami filmowej „przyrody”. To dramat wojenny z elementami filmu przygodowego, osadzony w japońskim obozie jenieckim dla aliantów gdzieś w tropikalnych lasach Birmy. Mamy rok 1943, a do placówki dowodzonej przez surowego komendanta Saito przybywa wzięty w niewolę oddział dowodzony przez pułkownika Nicholsona (w tej roli świetny Alec Guinness, dziś znany przede wszystkim z roli Bena Kenobi w starej trylogii Star Wars). Typowo angielski flegmatyczny perfekcjonista, legalista i naiwny idealista przeżywa brutalne zderzenie z japońską machiną wojenną, która nie przestrzega żadnych reguł humanitaryzmu w totalistycznych realiach II wojny światowej. Słynna już scena, w której Saito policzkuje Nicholsona papierowym egzemplarzem Konwencji Genewskiej o jeńcach wojennych jest symbolem przykrego upadku obyczajów. To coś więcej niż wojna na froncie, to próba eksterminacji przeciwnika wszystkimi metodami, a brytyjski oficer płaci za swój bunt wysoką cenę, wiele dni spędzając bez jedzenia i wody w blaszanej izolatce zwanej „piekarnikiem”.

Przeczytaj również:  "Isola" - tygrys, żołnierka i trochę Ghibli [RECENZJA]

Postać Nicholsona jest niezwykle kontrowersyjna. Szlachetny wojskowy wierny zasadom do końca, czy człowiek zaślepiony idealizmem działający wbrew logice? Pułkownik zakazuje swoim podkomendnym jakichkolwiek prób ucieczki, ponieważ wcześniej jego oddział otrzymał wyraźny rozkaz poddania się. Zadanie budowy tytułowego mostu, które otrzymali brytyjscy jeńcy traktuje jako możliwość udowodnienia wartości ich pracy i supremacji technicznej, nie zważając na fakt, że to strategiczne połączenie kolejowe umożliwi Japończykom szybszy transport swoich żołnierzy na front, na którym walczą przecież z rodakami samego Nicholsona. Zamiast sabotować, woli szukać współpracy z komendantem Saito, który przecież wcześniej wyrządzł mu tyle złego. Nie sposób postaci pułkownika odmówić idealistycznego, romantycznego uroku pacyfisty, który w realiach wojennej zawieruchy, w której normy moralne zostały zawieszone „na czas nieokreślony” szuka jakichś pozytywnych cech człowieczeństwa i wartości. Warto też zauważyć wagę gestu, jakim jest wyciągnięta przez Most… ręka na zgodę do Japończyków, którzy nie są tutaj przedstawieni w całkowicie negatywnym świetle. To wszystko ledwie 12 lat po tragicznych bombardowaniach Hiroszimy i Nagasaki.

Przeciwieństwem Nicholsona jest amerykański jeniec, komandor Shears( który faktycznie tylko udaje oficera, by polepszyć swoją sytuację w niewoli), w tej roli znany hollywoodzki gwiazdor tamtego okresu William Holden. Cudem udaje mu się zbiec z japońskiego obozu, by później w glorii bohaterskiego uciekiniera korzystać z uciech życia w alianckiej bazie na Cejlonie. Zostaje zdemaskowany przez obecnych tam angielskich oficerów (Lean wręcz upokarza postać Holdena w rozmowie z majorem Wardenem; kontrast między leniwymi oportunistami – Amerykanami, a wzorowymi żołnierzami Brytyjczykami nabiera tu wręcz groteskowych rozmiarów) i zmuszony do udziału „na ochotnika” w tajnej misji, mającej zniszczyć budowany właśnie w pocie czoła przez ludzi Nicholsona most. Czy im się uda? Wszystko to okaże się w niezwykle pięknie nakręconej, dramatycznej końcówce filmu. Zresztą cała droga tajnego komanda do obozu jenieckiego w Birmie w celu zniszczenia dzieła Nicholsona jest nam pokazywana we wręcz oszałamiająco pięknych okolicznościach przyrody.

Przeczytaj również:  Najlepszy Andy wśród Andych

Z pewnością jest to żelazna klasyka kina wojennego i film, który pozwoli się zagłębić w rozmach i piękno klasycznych produkcji z lat 50. Osobiście uważam Most na rzece Kwai za lepszy nawet niż późniejsze i słynniejsze dzieło Davida Leana, czyli Lawrence z Arabii.  Bo mimo monumentalnej formy nie popadł tutaj w manierę przesadnie epickiego rozmachu i długości, choć film ma długość dwóch godzin i 47 minut, to  ogląda się go tak lekko, jakby był przynajmniej z pół godziny krótszy. Most na rzece Kwai to 11. najlepsza brytyjska produkcja w historii według British Film Institute.

 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.