Seriale

“Mindhunter” – Morderstwa zamiast morderców, czyli 2. sezon [RECENZJA]

Mikołaj Krebs

Mindhunter to jeden z seriali, który po moim zdaniem niepełnym, pilotażowym wręcz pierwszym sezonie, nie zagościł w mojej osobistej czołówce. Choć kusił dużą ilością ciekawych wątków, to ostatecznie nie rozwinął większości z nich w stopniu satysfkacjonującym. Przy czym sam koncept fabularny trafił do mnie i wydał się interesujący zanim w ogóle dowiedziałem się o czymkolwiek innym związanym z serialem. Z tego miszmaszu wyszło całkiem przyzwoite coś, które ciężko było zakwalifikować jednoznacznie jako serię kryminalną. Niemniej jednak, czekałem z niecierpliwością, by dowiedzieć się, jaki kierunek obierze Behavioral Science Unit w drugiej odsłonie. A obrało bardzo różny od tego, co widzieliśmy w poprzednim sezonie.


Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki


Bez większych zaskoczeń, kontynuujemy tam, gdzie skończyliśmy przed prawie dwoma laty. Holden dostaje ataku paniki i kończy w szpitalu, w FBI następuje zmiana hierarchii, pojawiają się konsekwencje wycieku taśmy z przesłuchania Specka, a nowym zwierzchnikiem BSU zostaje Ted Gunn, co otwiera nowe możliwości przed agentami, ale także wiąże się z nowymi oczekiwaniami.

Wprawdzie dostajemy mały urywek tego, co pokochaliśmy w poprzednim sezonie, czyli fascynujących dialogów z różnymi mordercami, m. in. powracającym na krótką chwilę Edem Kemperem, czy nawet Charlesem Mansonem i Texem Watsonem, ale zostaje przeniesione to z głównego toru fabularnego. Na ten zaś wkracza kontrowersyjna (na tyle kontrowersyjna, że w marcu tego roku wznowiono dochodzenie) sprawa morderstw w Atlancie w latach 1979-81, która pochłania większość sezonu. Dla Forda i Tencha to pierwsza oficjalna sprawa ich jednostki w FBI, pierwszy prawdziwy sprawdzian ich metod.

Szczerze mówiąc, byłem początkowo sceptyczny takiej zmianie scenerii. Tym bardziej, że początek sezonu kusił nas sprawą BTK, znanego także jako Dennis Rader, czy też „ten enigmatyczny człowiek z krótkich, nie związanych z niczym urywków”. Owe urywki pojawiają się również i w tym sezonie, ale po wyłożeniu kart(oteki) na stół, już tak enigmatyczne nie są.

Jednakże, stan Georgia okazał się strzałem w dziesiątkę. Zanurzenie idealistycznego Forda i pragmatycznego Tencha w świecie bagien, napięć rasowych i absurdalnej polityki, a także zderzenie ich ze sporą czarną społecznością, w tym z rodzinami, które straciły w tym czasie swoje dzieci, było niesamowicie odświeżające. Coś, co wydawało mi się nudą i niepotrzebnym skrętem w sprawy społeczne, które w dzisiejszych produkcjach są powielane wielokrotnie, trafiło do mnie po słowach jednej z postaci.

Pozwolę to sobie ująć w tych słowach – Mindhunter przestał skupiać się ekskluzywnie na psychologii seryjnych morderców, choć nadal to oni grają pierwsze skrzypce. Wgryzł się niejako w psychologię rodzin ofiar, w psychologię tłumu, psychologię mniejszości, a także w psychikę wszystkich prowadzących dochodzenie. Odsunął kamerę od dwójki agentów, pokazując nam całe spektrum sytuacji i dając pstryczek w nos, mówiąc: „hej, to nadal prawdziwy świat”.

Sami członkowie BSU dostali więcej miłości w tym sezonie. Tench dostał skomplikowany wątek rodzinny, który co prawda jeszcze nie rozwija pełni skrzydeł, ale dodaje głębi jego postaci. Podobnie sprawa wygląda z doktor Carr, której twórcy również poświęcili więcej czasu ekranowego – choć w tym przypadku można to oceniać zarówno pozytywnie, jak i negatywnie, wszak nie jest ona tak kluczową postacią jak dwójka naszych agentów. Przygasła jedynie gwiazda Holdena Forda, który nie wysuwa się już wyraźnie na pierwszy plan. No i Gregg, jak to Gregg, cały czas jest popychadłem.

Przeczytaj również:  "Locke & Key", czyli guilty pleasure i dzieło algorytmów [RECENZJA]

Technicznie to nadal świetny serial, z majestatycznie zrealizowaną scenerią, idealnie odwzorowanymi postaciami i dobrze dobranymi kostiumami. Nadal lubujący się w przyjemnych muzycznych montażach, przeważnie z wykorzystaniem rocka i popu. Od tej strony ciężko mu cokolwiek zarzucić – to jedna z najlepiej zrealizowanych produkcji, z jakimi miałem do czynienia.

Mam z kolei pewne zarzuty, czy też może podłoże do dyskusji, jeśli chodzi o rozwiązania fabularne. Mam też i pewne pochwały. Ale zacznijmy po kolei.


1. BTK

Mimo pojawiających się teorii o tożsamości tajemniczego serwisanta, miałem cichą nadzieję, że będzie to jeden z fikcyjnych wątków Mindhuntera. Po co wypuklać postać tylko jednego z seryjnych morderców? Tak się niestety nie stało, a samo istnienie BTK jest niejako spoilerem, gdyż łatwo prześledzić jaki los go spotkał. I tutaj mały apel ode mnie, nie róbcie tego; nie sprawdzajcie spraw, o których mówi Mindhunter, póki o nich nie opowie.

2. Wendy Carr

Postać niezbędna, by BSU mogło funkcjonować poprawnie, wreszcie dostała swoje pięć minut. Być może przeprowadza wywiady w mniej ujmujący sposób niż Tench i Ford, ale miło zobaczyć ją na ekranie. Szkoda tylko, że ten ekranowy czas w większości poświęcony jest jej romantycznemu wątkowi, który moim zdaniem jest rozczarowujący i niepotrzebny. Fakt faktem, służy rozwojowi postaci, ale nie jestem pewien, czy cel uświęca środki.

3. Rodzina Tench

Oh my, oh my. Skręt w tę stronę nie był do końca niespodziewany, ale za to dość nagły. Największy pozytyw, jaki ze sobą przyniósł, to Holt McCallany. Jego gra aktorska, jako na zmianę strapionego ojca i męża, a agenta FBI i niańkę Holdena, stoi na najwyższym poziomie. Jednocześnie mam uczucie, że to zostało potraktowane tak samo, jak cały pierwszy sezon – brakuje tu solidnego rozwinięcia, a całość kończy się cliffhangerem. Mam nadzieję na więcej Tenchów w przyszłości.

Przeczytaj również:  Raport z Sundance 2020. 32 warte uwagi tytuły [LISTA]

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że McCallany przygotowywał się do roli samemu odwiedzając seryjnych morderców w więzieniach.

4. Jim Barney

Jeden z większych pozytywów tego sezonu. Fantastyczna, drugoplanowa postać, która przypomniała nam, że para głównych agentów funkcjonuje w świecie, który nie zawsze musi kręcić się wokół nich i nie tylko oni będą w centrum wszystkich wydarzeń.

5. Panika Forda

Cytując klasyka: „a komu to potrzebne, a dlaczego?”

Po incydencie z Kemperem, diagnoza jest jasna – panie Holden Ford, będzie miał pan nawracające ataki paniki. Nie występują one jednak w faktycznie nerwowych sytuacjach, czy przy ponownym spotkaniu z Edem. Nie, występuje jeden atak. Jeden. Po konfrontacji z byłym szefem. Potem wątek jest zupełnie zapomniany, wrzucony do kosza, przemielony przez niszczarkę. Kompletnie tego nie rozumiem, nie wiem, czy jest tu cokolwiek do rozumienia. Może to otwarta furtka, może to odpad po pierwotnej wersji scenariusza. Nie wiem.

6. Spójność

Wiecie, co jest dla mnie najlepsze w Mindhunterze? Każda zmiana zachowania postaci, każde pchnięcie fabularne, jest umotywowane. To są małe rzeczy, z czego część to po prostu kalka z rzeczywistości, ale niesamowicie dla mnie satysfakcjonujące. Rzadko kiedy tworzy się tu coś z powietrza, czy też dla wygody fabuły. Tak to powinno wyglądać (słyszysz, ósmy sezonie Gry o Tron?). Takie zabiegi nadają serialowi realizmu i tworzą niepowtarzalny klimat, którego brakuje jego konkurentom, szczególnie, jeśli mówimy o kryminałach.


Mimo pewnych zmian w charakterystyce serialu, mimo skupienia się na innych rzeczach, Mindhunter to nadal Mindhunter. Jeśli pokochało się pierwszy sezon, pokocha się i drugi. Jeśli miało się pewne obawy, warto dać drugiemu sezonowi szansę. To bardzo solidny i spójny serial, który poziomem wskoczył nieznacznie wyżej. Prawdziwe kryminalne wątki to niemalże samograj, ale jak już udowodnił wszystkim Czarnobyl, to fabularyzacja nadaje tym historiom siły przekazu. I do poziomu świetnie odebranego miniserialu HBO, wiele Mindhunterowi w obecnej formie nie brakuje.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.