Advertisement
FelietonyPublicystyka

Monstrum, czyli chwalenie i narzekanie – analiza Wiedźmina

Mikołaj Krebs

Minęło już kilka dni od premiery najbardziej wyczekiwanego serialu tego roku i nawet na łamach naszego portalu pojawiła się już jednogłośna opinia, że netfliksowy Wiedźmin jest w porządku. W tym samym czasie pojawiły się też inne – jedne bredzą o tym, że to najlepszy serial tego roku i w ogóle wszechczasów, a inni: że to najgłębsze szambo i gracze oraz Polacy powinni kogoś pozwać. Wśród publiki zdecydowanie głośniejsze są te pierwsze i większość wydaje się zadowolona.


Zobacz również:  Wiedźmin” bez spoilerów [RECENZJA CAŁEGO SEZONU]

Chciałbym przez różowe okulary patrzeć jedynie na te aspekty, które wyszły tutaj dobrze, a czasami nawet lepiej niż dobrze. Chciałbym też móc się obrazić na wszystko to, co mi się nie podobało i skreślić przez to cały serial. Niestety, dziwnym trafem okazuje się, że jestem osobą, która krytycznie odbiera sztukę. Dlatego też zdecydowałem się popatrzeć na każdy aspekt nowego serialu o Geralcie, a nie tylko narzekać lub chwalić.
Nie będę przy tym ukrywał – ten tekst powstał głównie po to, by ukazać wady Białego Wilka i usprawiedliwić negatywne głosy, które się pojawiają.

Słowem wstępu – są spoilery.

Oczywiście z miejsca dyskredytowane są jakiekolwiek uwagi na zasadzie „elf jest czarnoskóry”, czy „w książce było inaczej”. Nie uniknę tu porównań do twórczości Sapkowskiego, czy też interpretacji z gier, ale nigdy zarzutem nie będzie to, że różnice istnieją – ich wpływ na przekaz już tak. I po tym miłym wprowadzeniu, czas zacząć tyradę.

Geralt

Wiele tu do powiedzenia nie ma. Casting Cavilla do głównej roli wzbudził sporo dyskusji, ale jego ostateczny występ wszystkie je wyłączył. Brytyjski aktor to zdecydowanie najjaśniejszy punkt programu, a i sama postać jest dokładnie taka, jaką pokochali ją czytelnicy i gracze. Chłód, obojętność i czarny humor. Jedynie „zaraza” pada tu rzadziej niż f-bomby.

Ciri

Tutaj też wiele powiedzieć nie można, ale z całkowicie innych powodów. Ciri jest po prostu mało i nie została ukształtowana. Dostajemy jakiś przedsmak jej mocy, ale nic konkretnego. Jej relacje z innymi postaciami są bardzo miałkie i szybko zanikają. Szczerze, jeśli mam wybierać między jednym złem, a drugim, wolałbym, żeby wątek Ciri w pierwszym sezonie nie istniał, albo w samej końcówce stał się mostem do właściwej części fabuły. Twórcy woleli nie wybierać wcale, a więc Cirilla Fiona Elen Riannon jest, ale tak, jakby jej nie ma. Ocena jej postaci w tym momencie wydawałaby się niesprawiedliwa.

Yennefer

Tutaj mam dość poważny zgrzyt. Pachnąca bzem i agrestem czarodziejka to kompletnie inna postać względem jej poprzednich wcieleń. Samym rozwiązaniom fabularnym poświęcony jest duży akapit niżej, więc nie będę się w tym miejscu dużo na ten temat rozpisywał. Anya Chalotra jest fantastyczną osobą i szybko zyskuje na popularności za swój występ, który w moich oczach jest mocno… średni. Niby łapię zamysł, jaki chcieli przekazać mi scenarzyści, ale nie potrafię tego odczuć od samej bohaterki. I nie rozgryzłem jeszcze, czy to wina twórców, czy aktorki, a może obu na raz. Mówiąc prościej – Yennefer jest niewyrazista. Nie znamy jej motywów, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czemu podejmuje niektóre działania, a jedyne, co w niej wyraźnie wybrzmiewa, to problem z autorytetem.

Jaskier

Jestem fanem nowego Jaskra. Rozumiem przez to, że nadal nienawidzę tej postaci i niezwykle mnie ona irytuje. Czyli wszystko tak, jak powinno być. Czuć w nim dozę brytyjskiego humoru, która mocna kontrastuje z pseudomrocznymi realiami Wiedźmina i jego czarnym humorem. Zrobiono z niego większą ofermę niż zazwyczaj, ale wierzę, że przyjdzie jeszcze czas, w którym wicehrabia pokaże swoją ciepłą stronę dobrego ducha drużyny. Joey Batey wzorowo oddaje założenia postaci (polecam posłuchać wywiadów – naprawdę ma pomysł na swoją kreację), a jego wykonanie piosenki (piosenek!), która podbiła serca całej rzeszy fanów, to tylko i wyłącznie dobre rokowania na przyszłość.

 

Postacie poboczne

 

No tak, głupia sprawa. Postacie trzecioplanowe to coś, z czym serial kompletnie sobie nie radzi. Jak mówiłem – pomijam sprawy wizualne, o które drze się koty od czasu castingów. W stosunku do książki występuje tu dużo nieścisłości, ale nie skreślają one automatycznie dzieła. Inna sprawa, że te postacie są płytkie bardziej niż powinny. Stregobor, Sabrina Glevissig, Triss Merigold, Renfri, Borch Trzy Kawki. Wszystko co widzimy od starego czarodzieja to czarne słońce, „Geralt pomóż” i „czarodziejki i Vilgefortz, nie lubię was”. To i tak ogromne rozbudowanie postaci względem książek, ale jeśli decydujemy się na taki krok, to wypadałoby dodać mu trochę głębi. Foltest, dla przykładu, miał chyba być poważnie skonfliktowanym człowiekiem w sprawie strzygi. Dostaje więc trzy linijki, że może mu trochę smutno. I znika na zawsze. Fajnie, nie? O Filavandrelu nawet nie chcę wspominać, tamta scena jest dla mnie jak zły sen. Jeszcze gorzej ma się taki Eyck z Denesle, czy Triss, którzy mogliby w ogóle nie istnieć i żadna zmiana nie byłaby odczuwalna.

Dlatego lepiej skupcie się na tym, do czego przyłożono się bardziej, czyli drugim planie. Istredd, Tissaia, Calanthe, Jaskier – to postacie, które dostały więcej miłości od scenarzystów i stają się filarami dla tworzenia pozostałych postaci.

Casting

Opcje są dwie. Jedna: Netflix to furtka dla nowych, obiecujących aktorów. Druga: Netflix nie ma pieniędzy na porządny casting aktorów, którzy wymagają więcej niż minimalna branżowa. To chodzenie po polu minowym – raz się wdepnie, raz nie. Raz postać będzie zagrana dobrze, a raz nie. Raz dostaniemy Eista, a raz Cahira. Raz Renfri, a raz Darę. Dysproporcje mocno rażą i szkodzą odbiorowi produkcji.
I dlaczego w rolach krasnoludów innych niż Yarpen obsadzono karłów? Czy w bitwie pod Brenną zatrudnią kilka setek karłów-statystów? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
Pozostaje tylko żal, że z tak dużym budżetem, poziom aktorski serialu jest nierówny, zamiast być stale wysokim.

Przeczytaj również:  Anielska podróż w świat żywych. Omówienie "Nieba nad Berlinem" Wima Wendersa

Potwory

Tu jest tak pół na pół, a raczej ¾ na ¼. Strzyga, Doppler, kikimora i hirikka wyglądały świetnie i powyżej moich oczekiwań. Sylvan budzi we mnie mieszane uczucia – jego motoryka i ogromne czoło sprawiły, że wyglądał bardziej karykaturalnie niż humanoidalnie. Jednocześnie czuję wyrzuty sumienia krytykując jego wygląd. Nie czuję ich krytykując smoki – nikt temu Villentretenmerthowi nie powiedziałby legendarnego „smoku, jesteś piękny”, a raczej „smoku, gdzie zniknęły ci dwie nogi i co jest nie tak z twoimi zębami?”. Tak, zarzut co do nóg jest właściwy, bo zakładamy, że twórczość Sapkowskiego opiera się na europejskiej mitologii i tak było w książkach w ten sposób smok wygląda o wiele majestatyczniej. Te smoki były po prostu brzydkie i wyglądały jak złota wersja cosplayu Birdmana.

 

O bogowie, walka!

Ten temat chciałbym podzielić na dwie części – walki wiedźmińskie i walki niewiedźmińskie. Jestem w stanie akceptować, że Geralt, będąc mutantem z nadludzką siłą, jest w stanie rozpłatać czyjąś czaszkę na pół. Ba, nawet niesamowicie mi się to podoba. Nie jestem w stanie akceptować, że w środku średniowiecznej bitwy miecze przebijają pancerze szybciej niż rozgrzany nóż masło, a głowy latają na lewo i prawo. Nie dostajemy nawet lekko realistycznych walk. Dla mnie to jest spory minus. Może realistyczna formuła za bardzo przylgnęła do mnie z innych produkcji, a może jestem po prostu historycznym świrem, ale moim zdaniem nadmierne efekciarstwo wygląda tandetnie. Przywodzi mi na myśl filmy Uwe Bolla. Nawet w chwalonej scenie rzezi w Blaviken są małe problemy: sposób walki tasakiem ostatniego z osiłków, oraz zabijanie dynamiki za pomocą trzy czy czterosekundowych przerw w walce z Renfri, żeby ona i Geralt mogli popatrzeć sobie z napięciem w oczy. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo dobra scena i chciałbym więcej takich, ale – jak zawsze – mogło być lepiej.

Ekspozycja

W przypadku tekstu kultury, jakim jest serial czy film, nie mamy przywileju poznawania myśli bohaterów. Jedynym sposobem komunikacji z widzem są słowa wypowiadane przez widziane na ekranie postacie. Tym razem mówią nam “pozdro dla kumatych, kto ma wiedzieć ten wie”. Powiedzcie mi, czym charakteryzuje się kikimora, z którą walczył Geralt? Czemu kolor skóry wiedźmina się zmienia w trakcie walki? Czym w sumie charakteryzują się wiedźmini?
Nie wiecie, bo nikt tego nie wytłumaczył. Są rzeczy, których możemy się domyślić, które zasłyszeliśmy z książek czy gier. Jednakże, moja pierwsza myśl przy rozmowie ze smokiem to nie “aha, to telepatia” tylko “czemu smok nie rusza ustami kiedy mówi?”, a przecież jestem osobą, która zna dobrze świat Sapkowskiego. Twórcy Wiedźmina bardzo oszczędnie dawkują nam informacje, nie pozwalając nam w pełni zagłębić się w fantastyczny świat Kontynentu.


Zobacz również: Krótki przewodnik po świecie “Wiedźmina”, albo Netflixa monstrum opisanie

Fabuła

 

Chronologia

Byłem tym zabiegiem bardzo zafascynowany kiedy oglądałem dwa lata temu Dunkierkę Christopha Nolana. Było to kreatywne rozwiązanie, które potrafiło zbudować plot twist bez faktycznego plot twistu. I tutaj pokuszono się o coś podobnego, ale przyznam się, że nie jestem w stanie spojrzeć na to możliwie obiektywnie. Prowadzenie równoległej genezy Yennefer i Geralta jest nieinwazyjne, a te dwa wątki plotą się ze sobą w odpowiednim czasie. Mamy jednak jeszcze Ciri, która jest samotnym punktem w przyszłości i posiada całe zero powiązań do pozostałych bohaterów, którzy w jej życiu powinni już być. Splata się to wszystko w jakąś całość, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak odbiera to widz, który nie miał styczności z książką. Wydaje mi się to niepotrzebnie zagmatwane i nic nie wnoszące.

Ciri

Wspomniałem, że wolałbym, aby Lwiątko z Cintry nie pojawiło się w ogóle w pierwszym sezonie. Ma to powiązanie po części z chronologią, a po części z tym, jak została potraktowana. Jej więź z Geraltem nie istnieje, oprócz tego, że “coś tam, coś tam, przeznaczenie”. Dostaje jakiegoś ex machina elfa, którego zadaniem jest dosłownie tylko absurdalne pchanie tego wątku do przodu. Brak wnoszących cokolwiek dialogów, brak ciekawego pomysłu na zmianę genezy, po prostu „musi tak być” i tyle. Śmiem twierdzić, że po prostu nie uszanowano wagi wpływu, jaką jej relacje, jej dojrzewanie, i jej sytuacja mają na całość fabuły. Odpowiednia ilość czasu, a wszystkie te dziury dałoby się załatać.
Cierpi też na tym Cahir, który jest jednowymiarowym “złolem” i fanatykiem podążającym za bliżej nieokreślonym planem.

 

Czarodziejki i czarodzieje

Nic nie rozumiem z tego, co tu zaszło. Kapituła staje się organizacją, która kontroluje świat poprzez doradzanie królom. Ma przy tym zwierzchność nad Nilfgaardem. Jednocześnie są w niej poważne wewnętrzne konflikty, szczególnie na linii Aretuza – Ban Ard.
Pozytywnie wpływa to na znaczenie magów w świecie, jednocześnie tworząc poważne wątpliwości względem słuszności takiego zabiegu. Wśród zakazanych magii znajduje się magia ognia, ale za to reszta żywiołów jest w porządku. Wiecie, zabicie setki osób ogniem, a zabicie setki osób dusząc ich pnączami to duża różnica. Mogą też rzucać zaklęcia, ale czasem muszą je wypowiadać, a czasem nie. I nikt nie wie, od czego to zależy.
W książkowej wersji czarodzieje to też odmieńcy, a sposób ich traktowania różnił się. W tej wersji to nie czarodzieje są traktowani, ale to oni traktują. Oni stoją za wielkim planem wszechświata, a ostatecznie też – za inwazją Nilfgaardu na Północ.

Przeczytaj również:  "Formuła 1: Jazda o życie", czyli jak nadążyć za bolidami F1 [RECENZJA]

Do tego dochodzi bitwa o Sodden, która zamiast być wielkim starciem magicznym, staje się czarodziejskim Alamo, ratowanym w ostatniej sekundzie nagłym przypływem mocy u Yennefer. Tam, gdzie wszyscy zmagają się z realistycznymi problemami, tam magowie korzystają z wygodnych rozwiązań fabularnych. Do tego jeszcze dochodzi przemiana Vilgefortza, która jest, łagodnie mówiąc, dziwna.

Jestem bardzo przeciwny takiemu podejściu do kreacji świata, gdyż gryzie się ono z całym konceptem realistycznych problemów w odbiciu fantasy. Bo co to za problem, kiedy scenarzysta ma katalizator, by rozwiązać go kilkoma linijkami tekstu, bez żadnego wysiłku?

 

Przeznaczenie

Istnieje, czy nie? Jest nieuniknione, czy może sami jesteśmy kowalami swojego losu? Gdzie kończy się zbieg okoliczności, a zaczyna przeznaczenie właśnie? Jeśli odpowiedzi miałbym szukać w netfliksowym Wiedźminie, to wyszedłbym z wnioskiem, że istnieje, nic nie mogę z tym zrobić, a przy okazji wszyscy dookoła będą o nim uparcie wspominać. Chwilowo serial nie ciągnie pozornej gry z widzem, czy to przeznaczenie pcha losy bohaterów, a wręcz podaje jego istnienie jako prawdę objawioną. Rozumiem, że zabieg ten miał na celu przyspieszenie pewnych elementów fabuły, ale zabija to tajemnicę. To jednak mały mankament, który zapewne istnieje tylko w tym sezonie.
 

Opowiadania

Mogłyby skorzystać z bonusowego czasu ekranowego. Wydłużenie odcinków o 10-20 minut, albo poszerzenie sezonu o dwa odcinki na pewno pozytywnie wpłynęłoby na możliwości w przekazywaniu treści. A tak, niektóre opowiadania zostały okrojone. Renfri nie bierze mieszkańców jako zakładników, co sprawia, że interwencja Geralta jest wątpliwa. Odczarowywanie Strzygi to w zasadzie w większości walka i puste dialogi, bo nie było czasu na rozterki moralne króla Temerii. Spotkanie z Torque i Filavandrelem to dosłownie kilka minut. Dżinn nie wychędożył się sam. Jedynie Pavetta i Duny dostają pełnię historii.
To małe rzeczy, wręcz nieistotne, ale byłyby przyjemne.

Jest jeszcze sprawa tego, jak potraktowano Villentretenmertha. Spłyca się do cichego morderstwa, by zahamować wyprawę. Smoczyca, Myrgtabrakke, z niewiadomych powodów nie żyje. Yennefer, którą normalnie powstrzymywałoby jej życie, nagle rezygnuje z marzenia i nie pozyskuje smoczego serca z martwego ciała. Jaskier z jakiegoś powodu przesypia kulminację akcji, a krasnoludy nie biorą w niej udziału. To nie są same kwestie różnicy względem książki – to co się dzieje, po prostu nie ma sensu. Wygląda to jak próby oszczędzania na budżecie kosztem istotnych rozwiązań fabularnych, ale może to po prostu moje przewrażliwione ja.

Mam też przeczucie, że przez usunięcie tych elementów, trochę zaciera się główna wiadomość, którą kusiła nas seria: że największymi potworami są ludzie.

 

Brokilon

Pierwszej osobie, która jest mi w stanie powiedzieć, czemu wrzucono nas w las nieumiejących grać driad, który w obecnej formie jest tylko placeholderem aż wydarzą się inne rzeczy, dam jakąś nagrodę.

 

Yennefer

Najlepsze jak zawsze na koniec. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do samego pomysłu poprowadzenia osobnego origin story dla czarodziejki, w końcu serial nazywa się Wiedźmin. I choć można mieć zarzuty co do realizacji, to stworzyło to fundament nie tyle dla samej postaci, ale dla wszystkich czarodziejek. Z jej perspektywy kreowany jest dla nas ten element świata, jakim jest magia, jej rola, oraz rola jej posiadaczy. Patrząc przez pryzmat zmian, jakie w tym aspekcie zaszły, pozwala to zaaklimatyzować się zatwardziałym fanom książek i gier. Fakt faktem, im dalej w las, tym bardziej jest zniszczony, lecz sam koncept był bardzo dobry i pielęgnuje we mnie iskierkę nadziei na przyszłość.

 

Strona techniczna

Kostiumy

Piękne. Fantastyczne. Fenomenalne. Niesamowicie oddające klimat. Starannie wykonane.
Wyjątek od reguły – zbroje Nilfgaardu.

Scenografia

Przeważnie daje radę, czasami zachwyca (bitwa o Sodden czy Cintra), czasami jest troszkę gorzej (Dol Blathanna). Nie jest to poziom Gry o Tron, ale na pewno na plus.

Montaż i zdjęcia

To jedna z nielicznych produkcji, gdzie praca kamery i montaż w choreografiach walki jest lepszy niż w dialogach. Jestem pod wrażeniem ilości cięć, które można zrobić w ciągu jednego dialogu, ale muszę niestety krytykować ich słuszność. Brakuje tu monumentalnych ujęć, czy dynamicznych dialogów, w których obaj rozmówcy znajdowaliby się w kadrze.

Muzyka

Jaskier nie rozwinął pełni skrzydeł, natomiast Sonya Belousova i Giona Ostinelli – jak najbardziej. Znaleźli idealny kompromis między współczesnym brzmieniem, a średniowieczem. Świetna muzyka, wykorzystywana w rozsądny sposób, potrafi mieć ogromny wpływ na odbiór serialu i tę właśnie rolę spełnia bardzo dobrze w Wiedźminie.

Grosza daj Wiedźminowi…

Podsumowanie

Podszedłem do serialu z dużymi oczekiwaniami. Nie miał to być kolejny netfliksowy średniak, przy którym się będę dobrze bawił, ale o nim zapomnę. Miał to być czołowy serial fantasy, bazujący na międzynarodowej, bestsellerowej serii książek. Miał rywalizować z takimi gigantami jak Gra o Tron, ale nawet i Czarnobyl czy Stranger Things. I jak można wywnioskować, duża część mojej radości z oglądania została zabita przez myślenie „a co, jeśli zrobić to lepiej?”.

Wiedźmin do pięt gigantów nie dorósł. Nie dajcie sobie jednak wmówić takim jak ja, że to zły serial. Może i mógł zrobić wiele rzeczy lepiej, ale to nie zabrania nikomu czerpać radości z oglądania go. A przede wszystkim nie skreślajcie serialu po pierwszym sezonie, bo wszystkie jego błędy mogą jeszcze zostać naprawione.

 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.