“Żniwa” – Zmarnowany potencjał debiutanta [RECENZJA]

Etienne Kallos w swoim pełnometrażowym debiucie Żniwa zabiera widza do odciętej od świata zamkniętej wspólnoty afrykanerów gdzieś w Wolnym Państwie, w Republice Południowej Afryki. Tam właśnie 15-letni Janno (Brent Vermeulen) mieszka ze swoją rodziną na jednej z największych farm całego rejonu. To bardzo konserwatywne i religijne społeczeństwo, w którym dominuje obraz mężczyzny jako silnego, ciężko pracującego żywiciela i głowy rodziny. Obraz, w którym chłopiec się nie odnajduje. Problemów przybywa, gdy jego rodzina adoptuje Pietera (Alex van Dyk), sierotę, syna handlarza narkotyków i prostytutki, dla którego ma zostać nowym bratem. Pieter jest całkowitym przeciwieństwem Janno. Podczas gdy ten drugi jest dobrze zbudowany, wrażliwy i zagubiony, pierwszy jest wątły, bezczelny i pewny swojej wartości. Chłopców łączy jednak jedno – wiedzą, że nigdy nie będą częścią otaczającego ich świata.

Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Żniwa to kino, które ciężko zamknąć w jednej definicji. Porusza tematykę queerową, coming of age, toksycznej męskości, ale także różnic społecznych i szukania siebie w otaczających nas realiach. Wisienką na torcie są właśnie realia, w których te problemy są poruszane, czyli afrykańskie farmy. I to wszystko brzmi pięknie i ładnie na papierze, bo mimo niewątpliwie najszczerszych chęci reżysera, wcale tak pięknie i ładnie nie jest. Nie jestem jedną z osób, którą kupuje jedynie tematyka filmu. Ważniejszy jest dla mnie sposób przekazu, nawet jeżeli z samym przekazem mogę się nie zgadzać. I jeśli ktokolwiek myśli podobnie do mnie, nie znajdzie tutaj satysfakcji.

Fot. kadr z filmu “Żniwa”

Kallos wchodzi w bardzo repetetywną formę, opierając się na sekwencji: problemy Janno – problemy Pietera – presja rodziny – afrykański krajobraz, powtarzając ją kilkukrotnie w przeciągu 100 minut. Nie mogę mu odmówić, że parę jego zabiegów trafia w punkt, ale znajdują się tu również tanie emocjonalne chwyty pokroju zabijania psa. Gdyby całość mogła wybrzmieć tak jak otwierająca scena, zdecydowanie wyszłoby to filmowi na dobre. We wspomnianej scenie matka modli się do Boga o to, by krew i nasienie jej syna było silne. Im dalej w seans, tym bardziej uświadamiamy sobie, że matka wierzy w moc Boga bardziej niż we własnego syna, a sam Janno zamiast mieć w głowie przedłużanie rodziny, ma w niej pewnego chłopaka.

Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Niestety, ze względu na tę powtarzalność, większość poruszonych kwestii blaknie. Czułem się podobnie jak przy czytaniu tekstów naukowych z XX w., w których na 100 stron tekstu występuje 20 samej treści, a pozostałe 80 to ciągłe powtarzanie tego samego. Chociaż w tym przypadku dobre 20 to przydługie obrazy południowoafrykańskich równin, małych zabudowań, pól uprawnych i rzek.

Całe szczęście większość to nie całość. Subtelnie pokazany jest tutaj problem regresji białego społeczeństwa w Afryce, które z pozycji dominującej staje się mniejszością, otaczającą się jedynie „swoimi”. Społeczeństwa, które żyje w strachu, z powodu powtarzających się ataków na białych farmerów. I które swoją nadzieję lokuje w swoim dziedzictwie. Silnie wybrzmiewa również toksyczna konserwatywność w rodzinie, która jest przyczyną wszystkich wewnętrznych konfliktów Janno – chłopiec wiecznie musi udowadniać, że jest godzien, by pewnego dnia przejąć pieczę nad farmą, jednocześnie ukrywając swoje słabości, prawdziwe przekonania i żądze.

Fot. kadr z filmu “Żniwa”

Tyle, że to wszystko. Spośród tylu różnorodnych problemów jakie próbują poruszać, Żniwa skuteczne są tylko na dwóch polach. W tej różnorodności zresztą jest pies pogrzebany – przez reżysera też dosłownie. Odniosłem wrażenie, że Kallos spytany jaką tematykę chce poruszyć w swoim filmie odpowiedział Tak! tworząc wielki miszmasz niczego. A szkoda, bo od strony technicznej to całkiem niezły debiut. Operowanie kadrami w niektórych scenach jest wręcz mistrzowskie, a dźwięki tła i muzyka bardzo dobrze harmonizują się z chwilą przedstawioną na ekranie. Świetny jest również Vermeulen, który dał mi od swojej postaci więcej niż oczekiwałem.

Zobacz również: „Jutro albo pojutrze”, czyli „Boyhood” na deskorolce [RECENZJA]

Ostatecznie Żniwa zostawiają mnie z bardzo mieszanymi uczuciami, stąd też nie przywiązuje zbyt dużej uwagi do końcowej oceny. Gdybym mógł, zostawiłbym tę recenzję bez żadnej cyferki, ale jeśli już – większość przechyla szalę na negatywną stronę. Chciałbym docenić ten film za wszystko, co zrobił dobrze, ale jednocześnie potępiam go za wszystko to, co zrobił źle. Na pewno jest to pozycja, którą trzeba zobaczyć, by wyrobić sobie o niej własne zdanie. Również, z całą pewnością, jest to pozycja, której wcale zobaczyć nie trzeba.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.