Advertisement
NetflixRecenzjeSerialeStreaming

Checked! TOP10 Netflixa – “Król tygrysów” [RECENZJA]

Mikołaj Krebs
Król tygrysów
fot. Kadr z serialu "Król tygrysów"

Minął już miesiąc od kiedy Król tygrysów zadebiutował na Netflixie, a mimo to szum o nim nie gaśnie. Każdego dnia osób, które ukończyły ten siedmioodcinkowy serial dokumentalny, przybywa. A już tylko w pierwsze 10 dni od premiery obejrzało go ponad 34 miliony widzów. Internet tworzy memy, media tworzą artykuły i reportaże, a jeśli wierzyć niektórym plotkom, w planach są kolejne seriale i filmy o Joe Exoticu. Przy takim szumie nic dziwnego, że serial co chwilę powraca do czołowej dziesiątki najczęściej oglądanych seriali platformy.

Tym, którzy nie mają pojęcia, o co chodzi, służę szybkim wyjaśnieniem. W Stanach Zjednoczonych istnieje ściśle powiązana ze sobą społeczność właścicieli i opiekunów dużych kotów – tygrysów, lwów, jaguarów, lampartów i irbisów. Wszystkie, oprócz jaguara, są gatunkami zagrożonymi wyginięciem. Społeczność ta skupiona jest wokół prywatnych zoo w których te zwierzęta przebywają, przy okazji będąc całkiem niezłym źródłem dochodu.
Głównym punktem wokół którego skupia się dokument Netflixa jest Joe Exotic, więzień, samozwańczy król tygrysów i były właściciel jednego z największych parków tego rodzaju – G. W. Zoo w Wynnewood, w Oklahomie. Powiedzieć, że to bardzo ekscentryczna osoba, to jak nie powiedzieć nic. I nic nie przygotuje was na to, co zobaczycie przez siedem godzin tego seansu.

Król tygrysów
fot. Kadr z serialu “Król tygrysów”

Zacznijmy od prostego faktu – świat ogrodów zoologicznych jest szalony. Nie „pozytywnie zakręcony” czy „wesoło zwariowany”. Szalony. W najśmielszych snach nie przyszło mi podejrzewać, że aż do tego stopnia. Przemoc psychiczna, kult jednostki, obozy pracy, nielegalny handel, miliony dolarów. To wszystko i jeszcze więcej. Osobiście odnosiłem wrażenie, że oglądam reportaż o kultach lub mafii, nie o ludziach chcących ratować zagrożone gatunki.
Do obrazu szaleństwa dokładają się sami właściciele. Joe Exotic jakiego poznajemy, to nie tylko pasjonat dużych kotów. To również żyjący w poligamii kowboj-gej z typowym redneckowym akcentem i jeszcze bardziej typową, redneckową fryzurą. A dochodzą do tego jeszcze inne barwne postacie. Bhagavan „Doc” Antle, który stworzył w swoim zoo kult.  Carole Baskin, aktywistka na rzecz praw zwierząt, prowadząca „sanktuarium” dla dużych kotów, oskarżona o udział w zniknięciu swojego byłego męża. Jeff Lowe, playboy, oszust i manipulant, szukający okazji do wykorzystania na swoją korzyść.

Przeczytaj również:  "Trawka: Jak zdelegalizowano marihuanę" [RECENZJA]

I to szaleństwo potrafi pochłonąć. To niesamowicie dziwna przygoda, wypełniona grozą, tragizmem, paskudnymi prawdami, dawką niezamierzonej komedii (chociaż patrząc na niektóre ujęcia, nie jestem pewien braku zamiaru), groteską. Ogląda się to jak swojego rodzaju reality show.

Netflix opakował jednak Króla tygrysów jako serial dokumentalno-kryminalny, więc to właśnie od tej strony wypadałoby do niego podejść. Nie można powiedzieć, że Eric Goode i Rebecca Chaiklin nie starali się dotrzeć do każdej osoby uwikłanej w wydarzenia, o których opowiadają. Wiele pytań dotyczących omawianych spraw pozostaje otwartych – ilu pytanych, tyle różnych opinii. Pole do dyskusji pozostaje więc szerokie i nie dziwota, że te w internecie ciągle wrą.
Serial słusznie zwraca również  uwagę na istotne sprawy, takie jak los kotowatych.
To bardzo dobrze przygotowany dokument, ale nie byłbym sobą, gdybym nie miał jakiegoś „ale”. Zdarza mu się naginać narrację i omijać niektóre fakty na potrzeby sensacji. Fakty, do których trzeba później dotrzeć ręcznie, żeby mieć cały obraz historii. Część uzupełnienia stanowi również specjalny odcinek ósmy, w którym uczestnicy mieli okazję dodać kilka bonusowych zdań od siebie, już po obejrzeniu serialu. Ma też parę wpadek, np. nazywanie jednego z pracowników parku per „ona”.

Król tygrysów
fot. Kadr z serialu “Król tygrysów”

Wspomniałem, że Netflixowy przebój wypełniony jest paskudnymi prawdami. W Stanach Zjednoczonych żyje ponad 10 tysięcy tygrysów; to ponad dwa razy tyle, ile na wolności, w naturalnym środowisku. Samo naturalne środowisko ulega degradacji, co przyczynia się do dalszego wymierania gatunku. Samozwańczy „przyjaciele” zwierząt, ich obrońcy, ostatecznie okazują się ich największymi oprawcami. Krzyżowanie gatunków nie kończy się na legrysach i tyglewach, a handel młodymi przedstawicielami gatunków zagrożonych trwa nadal.

Przeczytaj również:  Absurd, absurd i jeszcze raz nauka. Duet seriali o (słabych) UCZELNIACH

Król Tygrysów to kolejny przykład, że życie pisze najlepsze scenariusze. W tym przypadku napisało scenariusz, który nie mógł do mnie dotrzeć  w pierwszej dobie po seansie. Cały życiorys Joe Exotica oraz osób, które spotkał na swojej drodze, wydają się być niedorzecznymi historiami spod pióra grupy Monty Pythona. Kuriozalność dokumentu od Netflixa to największy jego atut, a jednocześnie skuteczny lep na nowych widzów, którzy skuszeni są zobaczyć ją na własne oczy.  Może i ta recenzja jest bez spoilerów, ale nawet jeśli zacząłbym analizować konkretne elementy przedstawionych historii, nie uwierzycie mi, dopóki tego nie obejrzycie. Dlatego zachęcam, by samemu przejść przez dziurkę od klucza i wejść do magicznego świata dużych kotów.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.