Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

Checked! TOP10 Netflixa – “Bagienna cisza” [RECENZJA]

Mikołaj Krebs
Bagienna cisza
fot. Kadr z filmu "Bagienna cisza"

Pedro Alonso przykuł do siebie uwagę za pomocą świetnej roli Berlina w Domu z papieru. Ewidentnie nie może pozbyć się łatki grania psychopatów, bo podobna rola przypadła mu w Netflixowej produkcji. Bagienna cisza jest próbą stworzenia kryminalnego thrillera z elementami kina psychologicznego. Ale to nie popularność gatunku przyciąga widzów, a twarz Berlina, czy teraz raczej Q na miniaturce.

Akcja rozgrywa się w Valencii, w Hiszpanii. Głównym bohaterem wydaje się być właśnie Q – pisarz bestsellerowych kryminałów, a jednocześnie psychopatyczny morderca, który zarabia na własnych historiach. Przynajmniej z takim wrażeniem zostawia nas początek filmu.
Zarys fabularny brzmi jak najbardziej typowy kryminał świata – mafia współpracuje z rządem, jest świadek koronny, jak się wygada, to cały statek tonie.

Bagienna cisza
fot. Kadr z filmu “Bagienna cisza”

Szczerze nie pamiętam, kiedy i czy kiedykolwiek widziałem obraz tak wyprany z treści. Niby coś tam się dzieje, niby mamy zarysowane jakieś postacie, ale film za mocno wziął sobie do serca swoje własne słowa – nigdy nie dowiadujemy się, czemu morderca właściwie zabija. Nie dowiadujemy się również, jak dokładnie działa cała intryga mafii z rządem. Mamy niedbale zarysowany wątek braterstwa, który nie jest w stanie w żaden sposób poruszyć widza, gdyż ten nie wie kompletnie nic o osobach, które go tworzą. Wszystkiemu tutaj brakuje motywacji i uzasadnień, co sprawia, że przez całe 90 minut nie byłem ani trochę zaangażowany w to, co działo się na ekranie.

Przeczytaj również:  "Formuła 1: Jazda o życie", czyli jak nadążyć za bolidami F1 [RECENZJA]

Najwyraźniej jest tu pokazany niejaki Falconetti, czyli „główny zły”. Wydaje się wręcz, że posiada więcej czasu ekranowego, niż nasz bohater-narrator. Ale jeśli o twojej najwyraźniejszej postaci wiemy tyle, że bił ją ojciec, chce mieć emeryturę w Maroku, i nie stroni od przemocy, to coś jest nie tak.

Co do towarzyszącej seansowi narracji, to głównie pseudofilozoficzne przemyślenia opierające się na metaforach bagiennej fauny i flory. Niewiele wnoszą ani do fabuły, ani do kreacji Q i służą jako typowy zapychacz czasu. Plus w tym minusie jest taki, że głos Pedro Alonso jest naprawdę przyjemny dla ucha. Na pewno można go postawić koło Morgana Freemana i Petera Cullena – są to osoby, które mogłyby być narratorami życia.

Bagienna cisza
fot. Kadr z filmu “Bagienna cisza”

Tylko że sam głos to za mało. Alonso nie ma tu za wiele do pokazania – jego postać ogranicza się do kilku linijek w dialogu, drobnej mimiki i dwóch ujęć krzyku. Jeśli ktoś chciał obejrzeć Bagienną ciszę z nadzieją, że zobaczy tutaj więcej jego popisów aktorskich, to mam dla niego smutną wiadomość. Aktor po prostu nie miał z czym tutaj pracować.

Reżyser i scenarzyści pozwalają sobie również na jeden niezrozumiały dla mnie zabieg. Tutaj będzie spoiler, więc ci, którzy dopiero chcą obejrzeć, niech lepiej pominą ten akapit.
Końcowa scena załamuje granicę między tym, co prawdziwe, a tym, co jest fikcją, istniejącą tylko w głowie autora. Nie daje ostatecznej odpowiedzi na to pytanie, które jest obecne tak naprawdę gdzieś od początku. Zamiast tego jest jak paskudny budzik, który dzwoni by nas powiadomić, że nie możemy mieć własnej zamkniętej opinii na ten temat.

Przeczytaj również:  Nolens volens TVP. Recenzja "Ziei" Glińskiego.

Oto i cała Bagienna cisza. Jeśli zależy wam na mojej szczerej opinii – nie tykajcie tego. Serwisy streamingowe, a nawet i sam Netflix, mają na tyle bogatą ofertę, że bez problemu znajdziecie lepszą produkcję, na którą przeznaczycie te półtorej godziny. Ten film jest jak woda – kompletnie bezsmakowy, bezwonny, nijaki. Z tą różnicą, że to wszystko czyni wodę dobrą, a ten seans – po prostu nudnym.

 

 

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.