“Underdog” – Recenzja

Niewiele tworzy się w Polsce filmów podobnych do Underdoga. To w zasadzie jedyny tego typu rodzimy blockbuster (chociaż sceptycznie podchodzę do tego określenia), gdyż na naszym rynku królują komedie romantyczne, a jedyną ich alternatywą zdają się być dzieła autorstwa Patryka Vegi. Z tym większą nadzieją spoglądałem w stronę produkcji Macieja Kawulskiego, który w swoim debiucie zajął się najbliższym mu tematem, czyli MMA. Nawet niezachęcający zwiastun nie spowodował u mnie uprzedzeń i pełen nadziei dałem owej produkcji szansę.

Borys „Kosa” Kosiński (Eryk Lubos) jest byłym zawodnikiem KSW, który zakończył karierę w wyniku wpadki na kontroli doppingowej po wygranej nad swoim rywalem, Denim Takaevem (Mamed Chalidow). W tę historię wprowadza nas sekwencja, w której oczami samego Kosińskiego otrzymujemy mowę motywacyjną od trenera z zespołem Tourrete’a (Janusz Chabior). Po usłyszeniu pięknej metafory o dwóch życiach, dostajemy bardzo enigmatyczny, pourywany obraz tego, co działo się w ringu – cały czas widząc wszystko z perspektywy Kosy. I tu pojawił się mój pierwszy zgrzyt. Choć nie oczekiwałem wprawdzie niesamowitych ilości scen walki jak w Wojowniku O’Connora, ale to jedno z zaledwie dwóch starć w klatce jakie zobaczymy w całej produkcji, gdzie drugie oczywiście będzie dopiero walką finałową. Tym bardziej boli, że zamiast stworzyć płynną choreografię, zdecydowano się pociąć obraz tworząc wrażenie mglistego wspomnienia. Myślę, że nie tylko ja oczekiwałem po prostu czegoś więcej.

Plakat Underdoga zwraca się do nas słowami Kochaj, Szanuj, Walcz. Skoro skreśliliśmy to ostatnie, to warto powiedzieć o czym tak naprawdę jest przedstawiona w filmie historia. Kosa po skończeniu kariery znajduje się na dnie. I nie mam tu na myśli Ełku, któremu sam film robi ładną laurkę. Nie, Borys wstając z łóżka potyka się o puste, szklane butelki po alkoholu, a pierwsze od czego zaczyna swój dzień to dawka leków przeciwbólowych. Nocami pracuje na bramce w klubie. Muszę pochwalić twórców za dobre nakreślenie widzowi obrazu Kosy jako prostego, bardzo bezpośredniego człowieka kierującego się swoimi zasadami i kodeksem moralnym, posiadającego w swoim rodzinnym mieście status celebryty. Jedyną jego słabością zdaje się być miłość do psów, dzięki której to poznaje weterynarkę Ninę (to do niej odnosić się będzie pierwsze hasło z plakatu) czyli główną odpowiedzialną za jego przemianę. Na jego nieszczęście, w momencie wychodzenia na prostą, dogonią go demony przeszłości i stary rywal poprosi o ostatnią walkę.

Innymi słowy, Underdog to kolejna historia odkupienia, podniesienia się z desek i wygranej z własnymi słabościami. Pochopnie więc skreśliłem „walcz” z plakatu, bo walka ze samym sobą to cała oś fabularna. I bardzo ten aspekt kupiłem, ale nie było to zasługą ani Kawulskiego, ani słabego scenariusza, a raczej Eryka Lubosa. Jego kreacja aktorska to absolutne mistrzostwo. Zresztą nie on jeden wypada w tym filmie dobrze – Chabior dość konsekwentnie gra samego siebie, natomiast solidnie prezentują się Aleksandra PopławskaEmma Giegżno, czy nawet Jarosław Boberek, choć jego rola jest epizodyczna. Na szczególne wyróżnienie obok Lubosa zasługuje jednak Tomasz Włosok wcielający się w brata Kosy – nie spodziewałem się bowiem zobaczyć takiego wkładu pracy w tak, mogłoby się zdawać, niewymagającą rolę.

Zaspokoję też ciekawość osób, zastanawiających się jak wypadł Mamed Chalidow – w ringu jest fenomenalny, w scenach w których musiał coś mówić odnajduje się o wiele gorzej. Nadmienię również, że w jednej scenie występują włodarze KSW i muszę przyznać, że nigdy nie podejrzewałbym, że można wypaść nieautentycznie grając samych siebie.

To właśnie obsada aktorska, a raczej jej główna część, ciągnie na swoich barkach reżysera, który ewidentnie nie miał pojęcia, co robi. Nie pamiętam kiedy oglądałem tak beznadziejny technicznie film. Pomijam już kwestię wspomnianego wcześniej scenariusza, który jest bardzo nierówny i momentami wypada autentycznie, a momentami niesamowicie sztucznie. Kamera często nie ma pomysłu, gdzie się podziać, co prowadzi do ogromnej ilości cięć montażowych, a całość wypada niezgrabnie. Innym „genialnym” pomysłem jest zamiana połowy filmu w jeden wielki teledysk – jeśli tylko nie widzimy dwóch postaci, które mogłyby poprowadzić dialog, w tle leci piosenka mniej lub bardziej, choć przeważnie mniej, pasująca do tego, co się dzieje na ekranie. Kulminacją tego zabiegu jest kilkunastominutowa sekwencja treningu Kosy, przeplatana przynajmniej trzema piosenkami, z losowo wplatanym slow-motion, która wygląda naiwnie i sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz zniesmaczenia. Podobnie wygląda też finałowa walka (chociaż już bez piosenek w tle), gdzie dostajemy spowolnienie tempa zaraz po spowolnieniu tempa, zaraz po spowolnieniu tempa. Psuje to dynamikę i niewątpliwie o wiele lepiej oglądałoby się LubosaChalidowa w niezmąconej niczym choreografii, tym bardziej, że panowie naprawdę się w tej klatce bili.

Nie daje mi spokoju wprowadzenie w to wszystko wątku rosyjskiej mafii w Ełku postępującej kompletnie nielogicznie i niezgodnie ze wszystkimi zasadami rozumu i godności człowieka. Nie dość, że jest to wątek nikomu niepotrzebny to w dodatku szkodliwy i niweczący próby zanurzenia się w historii Borysa. Chciałbym kiedyś dowiedzieć się, co natknęło scenarzystę, Mariusza Kuczewskiego, na zdecydowanie się na taki krok, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi musiały być przeciwko.

Reasumując, Underdog jest słaby, ale nie tragiczny. Ma w sobie jasne punkty, choć wzbudził we mnie niesamowitą irytację. Irytację, gdyż pomysł zasługiwał na o wiele lepszą realizację, niż to, co było mi dane zobaczyć. Z każdym kolejnym kwadransem stawał się co raz gorszy i zdecydowanie nie jest filmem, który poleciłbym komukolwiek. Poleciłbym jedynie szybko o nim zapomnieć i mieć nadzieję, że znajdzie się kiedyś w Polsce miejsce dla jakościowych blockbusterów.

1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.