Recenzje

“Maria Magdalena” – Recenzja

Mikołaj Krebs

Maria Magdalena

Wielkanoc minęła, Jezus zmartwychwstał, a na kinowe ekrany wchodzi kolejny film dotyczący jego życia. Choć może bardziej życia Marii Magdaleny, bo to ona jest tytułową bohaterką filmu Gartha Davisa, który w luźnej interpretacji tworzy portret Apostołki Apostołów.

Portret, w którym wbrew powszechnie panującej wśród katolików opinii, Maria nie jest wcale nawróconą grzesznicą, a jedynie kobietą, która sprzeciwia się swojej własnej rodzinie i decyduje się podążyć za Jezusem i jego apostołami. Przyjmuje od niego chrzest i od tego czasu wydaje się być osobą, której najlepiej rozumie nauki Mesjasza.

Muszę przyznać, że ciężko mi powiedzieć, co w tym filmie jest udane. Chyba tylko i wyłącznie krajobrazy. Cała reszta zmusza mnie, by nazwać ten film po prostu tragicznym. Postać Marii Magdaleny z jednej strony próbuje być osią, wokół której ma być zbudowana historia, z drugiej strony jest niesamowicie niewyraźna – dostajemy parę przesłanek o jej wyjątkowości, które później giną w burzliwych dyskusjach apostołów, między cudami Chrystusa, przyćmione wewnętrznymi rozterkami Judasza. I nagle to Maria staje się tłem swojej własnej historii.

Kolejną fatalną wadą dzieła Davisa jest przesadzona odmienność od tekstu źródłowego. Jeśli tylko dało się coś zrobić nie tak jak w Biblii, zostało to zrobione. Jezus Chrystus będący ciągle na skraju płaczu i wyczerpania psychicznego? Zrobione! Łazarz wskrzeszony tuż po śmierci, a nie ze swojego grobu? Zrobione! Bracia Piotr i Andrzej są innej etniczności niż cała reszta Izraela? Zrobione! Judasz popełnia samobójstwo wieszając się na budynku, a nie na osice? Zrobione!

Przeczytaj również:  Czego słuchaliśmy w 2020 roku

I tak dalej, i tak dalej. Przykłady można mnożyć i mnożyć, bo to prawdziwe piekło teologa. Nie mówiąc już zupełnie o przekłamaniach chronologicznych. Jeśli miało to pokazywać, że to jedynie interpretacja biblijnych wydarzeń, to jest to subtelne jak budzenie nalotem dywanowym. W innym wypadku zupełnie nie rozumiem tego zabiegu.

Maria Magdalena próbuje poruszyć zbyt wiele tematów na raz. Z postaci Apostołki Apostołów stara się zrobić niejako symbol feminizmu, dzięki któremu oderwany od rzeczywistości w jakiej żył i dorastał Chrystus wygłasza kazanie i przekonuje kobiety, by sprzeciwiały się woli mężów. Próbuje z niej zrobić najważniejszą z apostołów i kość niezgody między pozostałą dwunastką, czego zwieńczeniem jest odrzucenie jej przez Piotra jako tej, która „osłabiła Chrystusa”. Stworzyć z niej symbol miłosierdzia. I w żadnej z tych ról nie wybrzmiewa wystarczająco dobitnie, finalnie tworząc z postaci szarą papkę, która obchodzi widza w równym stopniu, co wszystko inne na ekranie. I tak to się ciągnie całe dwie godziny.

Ciężko mi niestety z polskiego punktu widzenia ocenić jak w swoich rolach wypadają Rooney Mara i Joaquin Phoenix, gdyż polska dystrybucja nakarmiła nas wyłącznie dubbingiem, dobrym, ale jednak dubbingiem, kneblując tak wybitnym aktorom usta. Z chęcią usłyszałbym monologi Chrystusa z ust Joaquina, a nie Przemysława Bluszcza, z całym szacunkiem dla tego drugiego. Może uratowałoby to choć trochę ten film w moich oczach.

Garth Davis serwuje nam momentami przyjemną nijakość i nudę, tworząc film, który nie jest ani biblijną paszą, ani arthousowym występkiem. Jest po prostu słaby. I nic więcej na jego temat nie warto mówić, najlepiej zapomnieć i trzymać kciuki, że kolejny film powtórzy sukces na miarę Liona.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.