“Król Lew” – ćwierć wieku później [RECENZJA]

Przyznam się do czegoś – Król Lew to film, którego nie widziałem od bardzo długiego czasu, a polskiej wersji językowej na pewno nie ruszałem od czasów podstawówki. Nie zmienia to faktu, że nadal potrafię bezbłędnie zaśpiewać Hakuna Matata w obu językach, a śmierć Mufasy to najbardziej traumatyczne przeżycie mojego dzieciństwa (tak, to było spokojne dzieciństwo). Animacja z 1994 roku to nie tylko dla mnie, ale i dla wielu osób, ogromny ładunek sentymentalny. Nie trzeba być na „świeżo”, żeby pamiętać wszystkie ikoniczne sceny i piosenki.
Legenda dostała w tym roku swój live-action remake gdzie fauna i flora wyglądają bardziej realistycznie, a który podniósł dużo głosów sprzeciwu osób żyjących wspomnieniami oryginału.

Nie da się niestety uciec od porównywania obu wersji. Na samym początku już zaznaczę, że tak, Król Lew sprzed ćwierć wieku jest lepszy. W sporej mierze jest to winą sposobu zrealizowania remake’u. Mimo niekiedy koślawej kreski i oczywistych ograniczeń technicznych, kreskówkowy styl pozwala o wiele dokładniej oddać emocje postaci, pokazywać bardziej nierealistyczne interakcje między nimi, czy też zabawić się skomplikowanymi choreografiami w muzycznych fragmentach. Pseudorealizm wykorzystany w produkcji Jona Favreau zabrania lwom, np. posiadania kciuków i tym samym trzymania hien za szyję tak, jak robił to oryginalny Skaza.

Oczywistości zostały już powiedziane, czas skupić się na tym, co istotne. Zacznę od najważniejszej sprawy – Be Prepared. Wyobrażacie sobie brak przemowy Theodena w Powrocie Króla? Albo okrojenie Szeregowca Ryana ze sceny, w której Tom Hanks strzela do czołgu? Albo Króla Lwa, w którym brakuje Be Prepared?

Występuje zaledwie namiastka owej piosenki, z nieznacznie zmienionym tekstem (przynajmniej w angielskiej wersji, polska wersja dorobiła się już istotnych zmian, pokroju innego tytułu oraz żenującego tłumaczenia z „dobrą zmianą”), co zostawia ogromny niesmak. Przez statyczność sceny dopiero po kilkunastu sekundach uświadomiłem sobie, że „o, to już to”. Taka alteracja najbardziej ikonicznej piosenki wśród złoczyńców Disneya to niewątpliwie ogromny zawód w trakcie seansu.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Zrzucając ten ciężki kamień z serca, mogę ruszyć do spraw przyjemniejszych. Nowe brzmienie Simby, Nali, Timona, Pumby, a może i nawet Zazu, to zdecydowanie lepsze brzmienie. Beyoncé jako młoda lwica to prawdopodobnie najlepszy występ w całej produkcji. Donald Glover nie tylko nie spowodował wypadku, w którym zginęły dwie osoby, płacąc za to jedynie grzywnę 175 dolarów, ale również o wiele lepiej moduluje głos – i śpiewa – niż Matthew Broderick. Zresztą śpiew w piosenkach wskoczył tutaj na wyższy poziom, ale kiedy dwóch profesjonalnych muzyków, z czołówek list przebojów, zabiera się za Can You Feel The Love Tonight (Miłość rośnie wokół nas), naturalnie musi wyjść z tego arcydzieło. Jedyna strona, w którą mogę rzucać kamienie, to Mufasa (tak, mimo tego, że to ten sam aktor), młody Simba i Skaza.

Nie chcę przy tym urazić umiejętności Chiwetela Ejiofora, ale jego kreację królewskiego brata. Jeremy Irons brzmiał przebiegle, w jego głosie można było wyczuć czyste zło, ale i geniusz za nim stojący, co pokrywało się zresztą ze słowami samej postaci. Nowy Skaza mówi te same słowa, ale bardzo donośnym głosem, pełnym agresji; brzmi bardziej na osiłka, niż myśliciela.

Wracając do spraw technicznych – przyznałem wcześniej, że kreskówkowe emocje oddane są lepiej niż w formie live-action, ale to wcale nie oznacza, że nowoczesnej wersji ich brakuje. Postacie ruszają brwiami, unoszą kąciki ust, zwężają i rozszerzają oczy, odchylają uszy. Pumba nadal głupio się uśmiecha. Gama uczuć jakie możemy odczytać z każdej sceny jest naprawdę spora i szczerze mówiąc, byłem tym zaskoczony. Jeśli to jest przyszłość kina animowanego, to jestem na tak.

Zobacz również: “Marzenia w przestrzeni” – o kamienicy i jej mieszkańcach, którzy zaraz przestaną istnieć [FRONT WIZUALNY]

Najmocniejszą stroną tegorocznej produkcji jest jednak warstwa wizualna. Co z tego, że lwy nie mogą charakterystycznie wykrzywiać swoich paszcz, jeśli możemy zobaczyć ruch każdego jednego włosa w ich sierści. Każde źdźbło trawy, kropla wody i ziarenko piasku jest stworzone z ogromną precyzją, nie gorzej jest zresztą ze zwierzętami. Udaje się przy tym utrzymać zdrową granicę między realizmem a sztucznością. Tworząc niejako wyidealizowaną wersję rzeczywistości mamy nie tyle świadomość, że jest wygenerowana komputerowo, co chęć, by prawdziwy świat faktycznie wyglądał tak… bajkowo.

Odnośnie fabuły nie ma się co rozpisywać – słowo remake mówi samo za siebie. Mimo nieznacznych zmian, historia została w zasadzie taka sama; nawet dialogi w lwiej części się pokrywają.

Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie – po co? Absolutnie nie mam pojęcia. Nie wydaje mi się, żeby było konieczne odświeżenie tak rozpoznawalnego tytułu. Remake, mimo że błyszczy estetyką, nie wprowadza nic nowego, a kilku aspektach jest nieznacznie gorszy od poprzednika. Ale wiecie co, to kompletnie nic nie znaczy, ponieważ to nadal dobra produkcja. Seans dla mnie był niesamowicie satysfakcjonujący i podejrzewam, że będzie taki dla każdego, kto pozbędzie się niesprawiedliwego przywiązania do oryginału. Dajcie się ponieść miłości, która rośnie wokół nas.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.