Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Gniazdo” – Solidny fundament i ściany z kartonu [RECENZJA]

Rafał Skwarek
Gniazdo 3
Fot. Materiały prasowe / M2 Films

Rodzina jako podstawowa instytucja społeczna powinna w teorii spełniać mnogie funkcje – zapewniać trwałość populacji, tworzyć odpowiednie warunki do rozwoju dzieci, gwarantować jej członkom stabilność i bezpieczeństwo, przyczyniać się do powiększania gospodarczego dobrobytu. Jak jest w praktyce? To skomplikowane.

Rory i Allison O’Harowie (Jude Law i Carrie Coon) decydują się na kolejną przeprowadzkę, tym razem transatlantycką, do Anglii. Brytyjsko-amerykańskie małżeństwo decyduje się na świeży start w podlondyńskim Surrey, gdzie wraz z dwójką dzieci – Benem i Samanthą – przybywają do starej, acz wciąż imponującej i eleganckiej posiadłości. Rodzina z początku odnajduje się w nowych warunkach – Rory rozwija swą karierę przedsiębiorcy, Allison rozpoczyna budowę stajni, a ich progenitura kształci się w prestiżowych szkołach.  Z czasem jednak niezdrowe ambicje Rory’ego zaczynają dekonstruować życie O’Harów od środka.

Reżyser, a zarazem scenarzysta – Sean Durkin – kładzie pod opowiadaną przez siebie historię bardzo solidne fundamenty. Powoli i dokładnie wprowadza on widza w życie rodziny – pokazuje zwyczaje, zarysowuje specyfikę relacji, prezentuje charaktery, zwraca uwagę na detale. Rory i Allison z jednej strony zostają zbudowani jako postacie wiarygodne i intuicyjnie zrozumiałe, z drugiej zaś twórca pozostawia w nich margines nieoczywistości, dzięki któremu zaangażowanie się w uważnie snutą intrygę przychodzi z łatwością.

Gniazdo 1
Fot. Materiały prasowe / M2 Films

Reżyser wykazał się również pomyślunkiem osadzając akcję Gniazda w latach osiemdziesiątych. Zestawienie mocnych wartości życia rodzinnego z nieokiełznanym popędem prestiżu i pieniądza świetnie splata się z rozkwitającymi wtedy ideami taczeryzmu i reganomiki. Traktowanie małżeństwa O’Harów jako rewizji neokonserwatyzmu byłoby tu jednak z mojej strony nadinterpretacją. Durkin przedstawia historię, której przesłanie jest jak najbardziej aktualne i w dzisiejszych czasach korporacyjnego wyścigu szczurów, tyle że dzięki wykorzystaniu motywów bazujących na tendencjach sprzed niespełna czterdziestu lat reżyser osiąga efekt filmowej świeżości.

Przeczytaj również:  Scrolluję dalej. Recenzujemy "Sweat" Magnusa von Horna!

Choć fabuła filmu to bezsprzecznie dramat rodzinny, Durkin zdecydował się przedstawić ją w konwencji nierzadko bardzo zbliżonej do thrillera. Już pierwsze ujęcie – statyczny kadr na dom bohaterów – przypomina niepokojące ujęcia ekspozycyjne z rasowych dreszczowców. Później zaś świetnie oświetlone zdjęcia Mátyása Erdély’ego wzmagają suspens długimi, powolnymi, płytkimi zbliżeniami i nieoczywistymi perspektywami. Pięknie łączą się one z muzyką debiutującego w roli kompozytora filmowego Richarda Reeda Perry’ego, multiinstumentalisty znanego z zespołu Arcade Fire. Jego oszczędne, bardzo inteligentnie zaprojektowane kompozycje poruszają się w nieoczywistych sferach emocjonalnych, pozostawiając duże pole do popisu wyobraźni odbiorcy. Reżyser zaś sprawnie korzysta z tych elementów, samemu podstawiając widzowi poszlaki i tropy, które sugerować miałyby rozgrywające się poza wzrokiem kamery mroczne intrygi. Durkin prowadzi z widzem inteligentną grę, oplatając dramatyczną treść w charakterystyczną, gatunkową formę.

Niestety, cała ta misterna, filmowa konstrukcja, choć opiera się na solidnych fundamentach, finalnie okazuje się być zbudowana pospiesznie, niechlujnie i w sposób rozczarowujący. Gdy wodzenie widza za nos traci na znaczeniu, bo przychodzi kolej na rzeczywisty przekaz fabularny, wychodzi na jaw, że napisana przez scenarzystę historia jest przewidywalna, prosta i co najgorsze emocjonalnie nieangażująca. Durkin decyduje się na ograbienie widza z satysfakcji płynącej ze śledzenia thrillerowej warstwy filmu, jednak nie daje nic w zamian. Historia rodziny O’Hara, gdy obrobi się ją z potencjalnej intrygi, oferuje jedynie narracyjny szkielet, na który pospiesznie narzucono zestaw przeciętnych scen i pozbawiony niuansów rozwój postaci, tak oczywisty, jak tylko się da. Filmowi nie pomaga również jego warstwa symboliczna, która stoi kliszami i wyświechtanymi motywami. Ile jeszcze koni odwiedzi sny na jawie filmowych bohaterów? Ile jeszcze razy będę musiał oglądać postacie, która by wyrazić niemoc wobec otaczającej ich rzeczywistości, decydują się na niepohamowany niczym taniec?

Przeczytaj również:  „Patrick” - Uczucia obnażone [RECENZJA]
Gniazdo 2
Fot. Materiały prasowe / M2 Films

Jeśli jest jednak element, który utrzymuje na przestrzeni Gniazda stałą jakość, to jest to zdecydowanie gra aktorska. Jude Law jako podręcznikowy, brytyjski yuppie promienieje charyzmą, arogancją i samouwielbieniem (tu i ówdzie wybrzmiewają echa Piusa XIII). Carrie Coon znajduje odpowiedni balans pomiędzy stonowanym kontrowaniem ekspresyjnego, filmowego męża a ucieleśnianiem silnej, zdeterminowanej, amerykańskiej kobiety. Partnerujący im młodzi aktorzy – Oona Roche i Charlie Shotwell – prezentują się bez zarzutu i dotrzymują aktorskiego kroku uznanym nazwiskom. No i byłbym niesprawiedliwy, gdybym w tej wyliczance pochwał nie wspomniał o Michaelu Culkinie, który w roli szefa głównego bohatera sprawił się znakomicie.

Gdy wybrzmiało ostatnie ujęcie, zapadła ciemność, a na ekranie pojawiły się napisy końcowe czułem, jak aktywnie miesza się we mnie złość i rozczarowanie. Gniazdo od pierwszych minut prezentuje potencjał, do bycia filmem przynajmniej dobrym. Umiejętna reżyseria, świetna praca pionów audiowizualnych i solidne aktorstwo zderzają się jednak z miałkim scenariuszem, który zamiast w pełni ukształtowanym, artystycznym dziełem, wydaje się być tylko kanwą do dalszej, bardziej szczegółowej, literackiej pracy. Solidne fundamenty niestety nic nie zdziałają, gdy ściany zrobiono z kartonu.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Martha Marcy May Marlene", "Koneser"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.