Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

“Ekscentrycy w LA” – Sztuka ulicy [RECENZJA]

Rafał Skwarek
Ekscentrycy w LA
Fot. Materiały prasowe / Netflix

Netflix dość swobodnie podchodzi do tłumaczeń tytułów rozmaitych produkcji w swojej ofercie, jednak w przypadku Ekscentryków w LA przekład zgubił niemalże całą istotę nowego, pełnometrażowego dokumentu czerwono-czarnego giganta. Tłumacz zdecydował się potraktować obecne w pierwotnym tytule (LA Originals) słowo „originals” jako rzeczownik pochodzący od określenia kogoś „wyjątkowego” lub „niepowtarzalnego” [ang. original], kiedy w rzeczywistości chodzi raczej o „pochodzenie” [ang. origin]. Ekscentrycy w LA to nie film o oryginalnych jednostkach, które w ramach zbiegu okoliczności przebywają akurat w Los Angeles, tylko dokument o ikonicznej kulturze biednego śródmieścia Miasta Aniołów z przełomu wieków, której ikonami i archiwistami jest dwójka miejskich artystów – tatuażysta, graficiarz i grafik Mister Cartoon oraz fotograf i reżyser (również tego filmu) Estevan Oriol.

W ramach prędkiej i rwanej, ale przy tym zaskakująco czytelnie poprowadzonej narracji widz bez pardonu wrzucany jest do dokumentalnego kotła, w którym miesza się sztuka więzienna, kultura hip-hopu i folkowość Chicano (jedna z nazw etnicznej mniejszości Meksykanów w Stanach Zjednoczonych). Do tempa trzeba się jednak przyzwyczaić, gdyż LA Originals niemalże od pierwszej minuty wrzuca piąty bieg i nie rozstaje się z wysokimi obrotami przez bite półtorej godziny. Powody dla takiego stanu rzeczy wydają się być dwa.

Ekscentrycy w LA
Na zdjęciu Mister Cartoon i Estevan Oriol, Źródło: Materiały prasowe / Netflix

Po pierwsze – dotychczasowe doświadczenie reżyserskie Oriola sprowadzało się do teledysków (dla m.in. Cypress Hill, Blink-182 i P.O.D.) i jednej dokumentalnej krótkometrażówki. Charakterystyka tego typu materiałów (z naciskiem na te muzyczne) wyraźnie wpływa na dynamikę montażu tria Belgeri-Gatti-Smeke. Reżyser znajduje w tym jednak logiczne przedłużenie kultury, którą przedstawia. Materiały zespolone w wideoklipowym stylu z muzyką Erica Bobo Correa w bardzo spójny sposób obrazują kulisy sceny hip-hopu pędząc na falach emulujących ówczesne trendy beatów.

Przeczytaj również:  "Słuchajcie Dziewczyny!" - Viva la Vulva! [RECENZJA]

Po drugie – ilość materiałów, które LA Originals ma do zaoferowania jest ogromna. Na przestrzeni kariery reżyser często nosił ze sobą kamerę i kręcił wszystko, czego był częścią. Dokument staje się przez to niezwykle cennym archiwum kultury ulicznej Zachodniego Wybrzeża z jej dobrymi i złymi stronami włącznie – hip-hop, graffiti, gangi, lowridery, airbrushing, meksykański kult maryjny, narkotyki, latynoski smooth, tatuaże, GTA San Andreas, domino i prison art – film znajduje miejsce na wszystko. Do tego dochodzi pokaźna baza wywiadów. Cartoon i Oriol współpracowali z tuzami amerykańskiej popkultury, więc nabyte znajomości pozwoliły na pojawienie się w LA Originals wielu ciekawych twarzy. W filmie wypowiadają się m.in. Eminem, Kobe Bryant, Snoop Dogg, Travis Barker, Michelle Rodriguez, Terry Crews, Sen D.O.G. i Danny Trejo (a nie biorę pod uwagę materiałów archiwalnych). Nic więc dziwnego, że taka masa materiału przy sensownym metrażu prowadzi do nazbyt prędkiego tempa. Z początku może to delikatnie frustrować, jednak z czasem forma przyzwyczaja do siebie i jej przebieg wydaje się już potem jak najbardziej adekwatny.

Na tym jednak pochwały się kończą. Głównym elementem, przez który dokument nie wybija się na wyżyny jest postać samego reżysera, a raczej jego podejście do własnej historii. Jak już wcześniej wspomniałem, Estevan Oriol występuje w LA Originals nie tylko jako twórca filmu, ale i jako jego bohater. Taka pozycja daje mu olbrzymie pole do rzetelnego i autentycznego przedstawienia jego środowiska. Jednakże, jako że decyduje się na opowiedzenie o nim poprzez historię własną i bliskiego przyjaciela, można by śmiało oczekiwać, że film wejdzie głęboko nie tylko w alejki Los Angeles, ale i w samych artystów. Tak się niestety nie dzieje. Za każdym razem, gdy przychodzi do momentu krytycznego, czy tragicznego w życiu bohaterów Oriol skrzętnie wycofuje się na bezpieczną pozycję i prezentuje widzom zdawkowe, niesatysfakcjonujące informacje, co najmocniej czuć, gdy poruszane są kwestie jego odwyku narkotykowego i znacznej różnicy w statusach majątkowych przyjaciół na dalszych etapach kariery. Wielokrotnie czuć, że gdyby za sterami filmu stał ktoś inny, ktoś kochający te środowisko, ale nie będący przy tym jego ikoną, a Oriol po prostu wręczyłby tej osobie archiwalne materiały, LA Originals miałoby szansę być czymś prawdziwie świetnym. Na szczęście, na osłodę, warto zauważyć, że film unika wrażenia permanentnej autolaurki, szczególnie w finale, który pokazuje, że najważniejsza w kulturze jest kultywująca ją społeczność, a nie jej dwie legendy.

Przeczytaj również:  "Judasz" czyli piękna udręka [RECENZJA]
Ekscentrycy w LA
Na zdjęciu Estevan Oriol i Travis Barker, Źródło: Materiały prasowe / Netflix

Ekscentrycy w LA to dokument, któremu nie brak klimatu i intrygujących materiałów, ale przy tym taki, któremu brakuje wielowymiarowości bohaterów, mimo że to na nich kładzie większość ciężaru. Niemniej jednak, kryje w sobie na tyle dużo serca, że jest w stanie zainteresować prezentowaną kulturą, nawet jeśli estetyka jej sztuki nie idzie w parze z gustami odbiorcy. Tak było w moim przypadku. Twory artystów śródmieścia Los Angeles nierzadko bardziej bawią mnie niż wzbudzają podziw, co nie zmienia faktu, że Oriol wzbudził mój szacunek do nich ze szczerością pokazując, co za nimi stoi. To właśnie w tym tkwi największa siła LA Originals.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Tattoo Nation", "Lowriders"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.