Advertisement
FelietonyPublicystyka

“Annette”, czyli dlaczego warto pomęczyć się z filmem

Rafał Skwarek
Annette
fot. materiały prasowe "Annette" / Gutek Film

“Annette” spotkało się z dość niejednoznacznym przyjęciem ze strony krytyków i widowni. Wśród branżowych recenzji spotkać można takie, które umieszczają najnowsze dzieło Leosa Caraxa wśród „filmów najznakomitszych” [Bilge Ebiri, Vulture], jak i takie, które uznają je za twór przeznaczony dla widowni pożądających kina „możliwie jak najbardziej odpychającego” [Ann Hornaday, The Washington Post]. Pośród tych niejednorodnych głosów można jednak wyszczególnić pewien element wspólny. Bez względu na ogólną opinię o filmie, autorzy tekstów wydają się głosić wspólnie: “Annette” to dzieło „przytłaczające” [Jonathan Romeny, Screen Daily], „frustrujące” [Mae Abdulbaki, Screen Rant], „szargające widza” [David Sims, The Atlantic]. W tym miejscu pojawia się pytanie – co kryje ta męcząca fasada i czy warto przez nią przebrnąć? 

Współczesne kino przyzwyczaiło widza do intuicyjnego pojmowania musicalu jako gatunku skupionego na piosenkach. Służą one w nim za możliwie emocjonalnie efektowne przerywniki do klasycznie prowadzonej fabuły. Odbiorcę, który wybierze się na Annette, spodziewając się podobnych tendencji, czeka mniej lub bardziej (nie)miła niespodzianka. W najnowszym dziele Caraxa muzyka połączona ze śpiewem bądź melorecytacją, obecna jest stale, wypełniając niemalże każdą scenę filmu. Bohaterowie tragicznej historii miłosnej ubierają swe kwestie w nuty bez względu na okoliczności i emocje. Z jednej strony można by rzec, że Annette dąży w ten sposób do bycia musicalem totalnym, jednak równie dobrze uznać można, że staje się poprzez to musicalem karykaturalnym. Doprowadzone do skrajności natężenie elementu charakterystycznego dla danego gatunku filmowego wywołuje zmęczenie, a czasem i irytację. Dla porównania, nietrudno wyobrazić sobie, jak ciężkim do przesiedzenia seansem byłby film akcji, składający się z samych scen strzelanin. Tak samo horror upstrzony na każdym kroku jump scarem za jump scarem.   

Annette czy warto
fot. materiały prasowe “Annette” / Gutek Film

W tym szaleństwie jest jednak metoda. Gdy już przebrnie się przez wstępnie nieprzyjazne przestrzenie musicalowego fundamentalizmu, gatunek ten otwiera się przed widzem na nowo. Idea wokalno-muzycznego filmu przestaje być formatem zbudowanym na naprzemiennych elementach fabuły i towarzyszącym jej piosenkom. Staje się wyjątkowym, w pełni zespolonym z obrazem mechanizmem audionarracyjnym. Utwory nie służą ilustracji tego, co przekazano już wcześniej, tylko same w sobie służą za źródło filmowej informacji. Niejednokrotnie zawierają szczegóły, których próżno doszukiwać się w przekazie wizualnym. W Annette warstwa muzyczna braci Mael – odpowiednio wspierana przez scenariusz również ich autorstwa – rzeczywiście staje na równi z obrazem. 

Choć uwrażliwienie na niestandardową formę musicalu ma w kontekście całego filmu bardzo duże znaczenie, wywołujący frustrację przesyt ma w produkcji Caraxa jeszcze inną, znacznie ważniejszą funkcję. W zgodzie z tak ukochaną przez reżysera neobarokową estetyką, niemal wszelkie elementy filmu pozbawione są umiaru i racjonalnego wyczucia. Aktorzy nie tyle odgrywają emocje, co je ucieleśniają. Programy plotkarskie straszą swoją brzydotą zewnętrzną i wewnętrzną. Instrumentalny charakter dziecka wyraża się poprzez drewnianą kukłę. Wewnątrzfilmowi odbiorcy kultury stanowią jednorodną masę, służącą do wykonywania prostych reakcji. Każdy żart komika musi być obrazoburczy. Każda śmierć śpiewaczki musi być pełna patosu. Sztorm pochłania wszystko na swojej drodze, a śpiew dziecka oczarowuje każdego niczym w bajce sygnowanej logiem Disneya. Z początku łatwo te elementy sprowadzić zbiorczo do dość prostej, postmodernistycznej ironii na show-biznes i jego bezlitosny, destrukcyjny charakter. Ta męcząca tendencja reżysera do naigrywania się z wszystkiego prowadzi jednak do czegoś głębszego. 

Annette czy warto
fot. materiały prasowe “Annette” / Gutek Film

Stale zwiększany przez Caraxa dystans do jego własnego dzieła w końcu pęka. Na pewnym etapie nie sposób się już odnosić do wszechobecnych w filmie archetypów, klisz i schematów na podstawie ich intuicyjnie odbieranej, ironicznej wartości. Odpowiednio wydłużona ekspozycja na wyżej wymienione elementy (które oczywiście nie wyczerpują zbioru absurdów) sprawia, że w pewnym momencie nie pozostaje nic innego, jak poważnie zastanowić się nad tym, co tak naprawdę stoi za poczynaniami bohaterów i tym jak skonstruowany jest ich świat. W rdzeniu wszystkiego, co w filmie obecne, kryją się zaś prawdziwe emocje i krzywdy. Choć nieustannie tłamszone, nieświadomie sterują człowiekiem. Reżyser tym samym dokonuje aż dwóch transpozycji wewnętrznej symboliki własnego dzieła. Początkowa sława, blichtr i uznanie przeradzają się, poprzez ironię, w małostkowość, próżność i chciwość. Później, z pomocą metaironii, stają się strachem, żalem i pragnieniem miłości. 

Jako że Annette nie jest dziełem zwyczajnym i tutaj, zmierzając do końca, wrócę do samego początku. W otwierających sekundach filmu konferansjer nakazuje zebranej przed ekranem widowni zachowanie najwyższych standardów kultury osobistej. W celu zapewnienia nieskazitelnej jakości seansu. Z permanentnym wstrzymaniem oddechu włącznie. Komunikat jest jasny: to odbiorcy istnieją dla dzieła, a nie odwrotnie. Jednakże już kilka chwil później w utworze So May We Start usłyszeć można frazy /Stworzyliśmy świat, świat tylko dla ciebie/ czy /Zaśpiewamy i umrzemy dla ciebie/, zaś w trakcie napisów końcowych obsada i twórcy życzą widzom bezpiecznego powrotu do domu. W takim razie, czy pierwszy komunikat był tylko ironiczną złośliwością? Oczywiście, że nie.  

Carax na przestrzeni całego filmu prowadzi z widownią autorską grę o panowanie nad swym dziełem. Wie jednak, że żadna ze stron konfliktu nie istnieje bez drugiej. Naraz prowokacyjnie manifestuje swą pełną wolność twórczą, a jednocześnie szczerze dziękuje każdemu z odbiorców za poświęcony mu czas. Kolejne elementy swojego dzieła projektuje tak, by z początku męczyć, irytować i przytłaczać, a dopiero później, wraz z bliższym poznaniem, zaoferować widzowi nagrodę, którą jest… sama gra. Finalnie wszak z filmu wyciągamy tyle, ile sami będziemy chcieli wyciągnąć. Reżyser zaś może jedynie umieścić w swym dziele wystarczająco fascynujących elementów, by to sam widz nieustannie tworzył z nich znaczenie. Z Annete można wyjść, Annette będzie można wyłączyć. Warto jednak brnąć i chłonąć, bo w coraz głębszych warstwach swego dzieła Carax umieszcza kolejne, wysoce przemyślane i przyjemnie nieoczywiste motywy. Jednak nie zaistnieją one, jeśli sami nie pozwolimy sobie do nich dotrzeć.

Zobacz również naszą recenzję filmu oraz felieton o kampie i formie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.