FilmyKinoRecenzje

“Wyspa fantazji” – Tropikalny koszmar widza [RECENZJA]

Rafał Skwarek
Wyspa fantazji
Fot. Materiały prasowe / UIP

Zaczęło się w 1977 roku od dwóch filmów telewizyjnych, których sukces zrodził serial. Ten przyjął się wśród amerykańskiej publiki zaskakująco dobrze, mimo dość późnego czasu emisji, a finalnie zakończone w 1984 roku oryginalne Fantasy Island mogło poszczycić się aż siedmioma sezonami. Czternaście lat później doszło do próby wskrzeszenia marki, jednak ani wzbogacenie przygodowo-obyczajowej formuły serialu o czarny humor, ani zwiększenie nacisku na motywy nadnaturalne, ani też zaangażowanie Malcolma McDowella, nie zapewniły tej wersji kontynuacji po pierwszych 13 odcinkach. Dziś Jeff Wadlow proponuje nowe, osadzone w kinie grozy spojrzenie na motyw tajemniczego Mr. Roarke’a zarządzającego wyspą, na której spełniają się wszelkie ludzkie pragnienia. Tylko czy po pierwszej nieudanej reanimacji, druga ma jeszcze sens?

Będę jak tegoroczna Wyspa fantazji i od razu zlikwiduję wszelki suspens, podając odpowiedź: „nie”. Jeff Wadlow już w pierwszej scenie ograbia widza z wszelkiego napięcia, wyraźnie przekazując, że w tropikalnej krainie dzieją się złe rzeczy, a jej właściciel – grany przez pozbawionego złowieszczej charyzmy Michaela Peñe – o wszystkim wie. Wydawać by się mogło, że taka gra w otwarte karty z widzem może zapowiadać jakieś ciekawe dekonstrukcje materii horroru, tak ostatnio popularne w kinie grozy, jednak nic bardziej mylnego. Wadlow po prostu zakłada, że widz i tak się tego rozwinięcia fabuły domyśla, więc nie próbuje zrobić nic, by zbudować wokół niego jakikolwiek niepokój. I tak jest w sumie z każdym kolejnym elementem horroru występującym w tej produkcji. Zwycięzcy konkursu, którzy przybywają na wyspę, by spełnić swe ukryte zachcianki, spotykają kolejne koszmary burzące iluzje ich fantazji, jednak o jakimkolwiek strachu nie ma mowy. Popularne motywy, jak choćby zniekształceni cieleśnie brutale, naznaczone oparzeniami upiory, zamaskowani terroryści, czy choćby pojawiająca się co rusz czarna woda, są tylko i wyłącznie odhaczanymi ze scenariusza elementami, którymi reżyser nie potrafi przerażać. Nie, żeby nie próbował, ale używa do tego zabiegów tak topornych, że ciężko brać jego próby na poważnie – wyłączenie muzyki, spowolnienie pracy kamery i niemrawe audiowizualnie jumpscare’y bardziej rozśmieszają niż straszą.

Przeczytaj również:  "W lesie dziś nie zaśnie nikt" – Pierwszy polski slasher? [RECENZJA]
Wyspa fantazji
Fot. Materiały prasowe / UIP

Powodem tego stanu rzeczy może być to, że piszące scenariusz trio Jeff Wadlow, Jillian Jacobs i Christopher Roach wydaje się w swym tekście poświęcać zdecydowanie więcej uwagi aspektom dramatyczno-moralnym, traktując grozę bardziej jako coś uatrakcyjniającego odbiór. Podejście to zgadzałoby się z duchem oryginalnego serialu, jednakże i w tej przestrzeni czekają na widza rozczarowania. Intryga wykreowana przez scenarzystów jest co prawda rzetelniej poplątana, niż by to się mogło z początku wydawać, jednak jej główne nośniki – fantazjujący wizytatorzy wyspy – to wycięte z kartonu szablony bez własnej tożsamości. Mamy więc niezręcznych braci-imprezowiczów, bezpośrednią i wulgarną dziewczynę, której dokuczano w dzieciństwie, melancholijną kobietę w średnim wieku i porządnego, amerykańskiego pana policjanta. Każdy z nich ma swoje pragnienia i sekrety, jednak głębia emocjonalna ich ukrytych motywacji sprowadza się do przykładowego: „chciałem przespać się z tymi wszystkimi kobietami, bo nadal nie pogodziłem się z tym, że nie zawalczyłem o moją prawdziwą miłość”.  Sprawie nie pomagają marnie odegrane dialogi, które nie grzesząc subtelnością, bezpośrednio przekazują, kto jak się teraz czuje i o czym aktualnie myśli. Mimo że fabuła ma swoje interesujące momenty, to prezentujące niezwykle niską jakość postacie skutecznie blokują wszelkie zaangażowanie odbiorcy. Elena, Melanie, Randall, Brax i Bradley nie przypominają ludzi z krwi i kości, a jedynie służące za narzędzia do popychania fabuły kreacje scenarzystów.

Sprawa ma się nie najlepiej również w przestrzeni wizualnej filmu. Gdybym miał absolutnie bez żadnych złośliwości powiedzieć, jakiego rodzaju produkcje najbardziej przypominają z wyglądu i klimatu Wyspę fantazji, to powiedziałbym, że pełnometrażowe produkcje dla młodzieży rodem z Disney Channel, jak np. Czarodzieje z Waverly Place: Film. Jednolite oświetlenie, mnogość planów amerykańskich i wysokie poszanowanie wobec stylu zerowego sprawiają, że film Wadlowa wydaje się mieć wysoce telewizyjny rodowód. Można to uznać za swego rodzaju hołd dla pierwowzoru, jednakże dziś rozwiązanie to wydaje się zwyczajnie tanie i nieestetyczne, żeby nie powiedzieć prześmiewcze.

Przeczytaj również:  5 klasycznych francuskich komedii dla początkujących
Wyspa fantazji
Fot. Materiały prasowe / UIP

No właśnie, aż dziw, że tegoroczna Wyspa fantazji nie jest pastiszem. W takim przypadku śmieszność filmowej grozy, papierowość bohaterów, klimat filmów dla nastolatków i wątpliwe walory audiowizualne można by jakoś sensownie uzasadnić, jednak produkcja Wadlowa w najważniejszych momentach sama traktuje się jak najbardziej poważnie, serwując pełne patosu tragedie i związane z nimi pouczenia. Teoretyczny potencjał zabawy z gatunkowymi formułami zostaje zaprzepaszczony przez sentyment do prościutkich moralitetów, które kompletnie nie zmieniły się od 1977 roku. Wyspa fantazji nie jest więc ani dobrym horrorem, ani dobrym dramatem, ani postmodernistyczną satyrą. Wychodzi na to, że po prostu nie jest warta waszej uwagi.

Ocena

3 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Prawdę czy wyzwanie"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.