FilmyKinoRecenzje

“Serce do walki” – Oczy do wydłubania [RECENZJA]

Rafał Skwarek
Serce do walki
fot. Materiały prasowe / Kino Świat

Nie będę ukrywał, na Serce do walki wybierałem się tylko i wyłącznie z recenzenckiego obowiązku. Od początku miałem jakieś przemożne wrażenie, że pełnometrażowy debiut Kacpra Anuszewskiego najprawdopodobniej nie będzie zbyt dobrym filmem. Czy było to wywołane kompletnym brakiem promocji tytułu, jakością innych tegorocznych polskich filmów sportowych, czy może tym, że za produkcję odpowiadało bardzo subtelnie i wcale nie egocentrycznie nazwane studio Kacper Anuszewski Production? Nie wiem. Wiem za to, że żadne moje przewidywania nie były w stanie przygotować mnie na katastrofę, z którą dane mi było się zmierzyć na sali kinowej.

Zanim jednak rozpocznę tyradę, parę słów o czym w ogóle Serce do walki jest. Otóż jest to historia biorącego udział w nielegalnych, ustawianych przez mafię walkach Piotra, który dostaje szansę wzięcia udziału w profesjonalnej – choć również ustawianej – potyczce kick-boxerskiej. Ciąży na nim spory bagaż emocjonalny, bo gdy był jeszcze małym chłopcem najpierw w wypadku samochodowym zmarł mu tata, a niedługo po tym wydarzeniu jego starszy, około 10-letni brat, świetnie zapowiadający się kick-bokser Andrzej stracił władzę w nogach, po tym jak w obronie Piotra został uderzony dużą gałęzią w plecy przez inne dziecko. Po około 20 latach od tamtych tragedii protagonista walcząc, nie tylko rozwija własną karierę i zdobywa pieniądze na operację dla brata, ale też kontynuuje jego sportowe dzieło.

Wstęp mamy z głowy, a teraz do rzeczy. Jeśli motyw trwałego kalectwa wywołanego dziecięcym uderzeniem wydał wam się trochę naciągany, to jesteście na dobrej drodze do odkrycia pierwszej z paskudnych przywar Serca do walki. Napisany przez reżysera scenariusz w trakcie przedstawiania kolejnych wydarzeń i elementów narracji kieruje się nie prawidłami logiki, czy zdrowym rozsądkiem, ale magią prawdopodobieństwa i pojęciem „Deus ex machina”. No bo czy istnieje szansa, by żyjący tragedią niespełnionego w kick-boxingu brata Piotr nie wiedział, że sprawca krzywdy Andrzeja jest aktualnym mistrzem Polski w tym sporcie? Czy możliwe jest, by jakikolwiek mężczyzna umawiał się na zwyczajne, koleżeńskie spotkanie z przyjaciółką pod adresem najlepszego w mieście klubu go-go, gdzie akurat stoi nasz główny bohater, gotowy, by się z rzeczoną damą zapoznać? Czy oddział policji może się pojawić w idealnym miejscu o idealnym czasie, tak by rozwiązać sytuację bez wyjścia, mimo że wcześniej o ingerencji, czy powiadamianiu jakichkolwiek służb nie było żadnej mowy? Teoretycznie przy każdym z tych pytań odpowiedź brzmi „tak”, ale szanse na to są tak marginalnie niskie, że oglądając historię, jesteśmy w stanie gołym okiem dojrzeć nie grube, lecz otyłe nici, którymi jest ona szyta.

Przeczytaj również:  "W lesie dziś nie zaśnie nikt" – Pierwszy polski slasher? [RECENZJA]
Serce do walki
fot. Materiały prasowe / Kino Świat

Na tym mankamenty scenariusza się nie kończą – debiut Anuszewskiego oferuje nieangażującą, schematyczną historię, prostotę emocjonalną, płaskie, pozbawione cech postacie, czy wszechobecne motywacyjne frazesy. To jednak nic w porównaniu z tym, w jak bardzo nierzetelny, a niewykluczone, że szkodliwy sposób Serce do walki podejmuje temat objawów depresyjnych wywołanych niepełnosprawnością nabytą. Przykuty do wózka Andrzej przedstawiony jest po prostu prostacko. Jedyne co robi, to pije piwo, krzyczy, by je mu kupić i gra we flashowe gierki na laptopie, co sprowadza go do zwykłej karykatury. Ale jeszcze gorsze jest to, jak do jego ewentualnej “przemiany” doprowadza Piotr. W przesiąkniętej coachingowymi bzdetami i toksycznym, ignoranckim podejściem do schorzeń psychicznych mowie wygłasza do Andrzeja m.in. takie hasła, jak: „Nie tylko nogi czynią człowieka”! Gdy zaś wreszcie aktywizuje brata, zawożąc go do parku, by pograł z innymi, dotkniętymi niepełnosprawnością osobami w koszykówkę, ma się wrażenie, że scenarzysta traktuje Andrzeja bardziej jak niezręcznego nerda, którego ktoś wreszcie wyciągnął na dwór, niż jak dorosłego, obarczonego traumami mężczyznę, który potrzebuje pomocy.

W mierzeniu się z tymi paskudztwami treściowymi nie pomaga również aktorstwo. Żeby jednak nie być złośliwym, powiem najpierw, że część postaci drugoplanowych wypada naprawdę nieźle – Markowi Siudymowi, Marcinowi Zarzecznemu, czy Ewie Kasprzyk nie mam nic do zarzucenia. Związane z nimi nieprzyjemności łączą się tylko i wyłącznie ze scenariuszem i brakiem kierownictwa ze strony reżysera a nie z ich umiejętnościami. Problem w tym, że do głównej roli zaangażowano Łukasza Wabnicę, trzykrotnego mistrza Europy w kick-boxingu i to niestety czuć. Każda z kwestii protagonisty wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nie jest wygłaszana przez profesjonalnego aktora. Wabnica radzi sobie tragicznie i co gorsza ciągnie resztę obsady w dół. Jego drastycznie sztuczne wypowiedzi w zestawieniu z profesjonalnie wypowiedzianymi liniami nie wyciągają tych drugich na wyżyny, tylko jeszcze mocniej pogrążają same siebie, jak i resztę dialogu.

Przeczytaj również:  "Sala samobójców. Hejter" – Nowe pole bitwy [RECENZJA]

Wszystko to może byłoby do przejścia, gdyby Serce do walki sprawdzało się realizacyjnie, ale i tu czekają tylko frustrujące doświadczenia. Produkcja jest klasyczna do bólu, ale i tak nie jest w stanie zachować choćby iluzji poprawności – na zdjęcia nałożone są filtry zniekształcające w plenerach kolorystykę; co i rusz występują problemy z ciągłością montażową; sposobem montażysty dźwięku na tak częsty w polskim kinie problem ze zrozumieniem dialogów nie było odpowiednie modyfikowanie ścieżek, a zwiększenie głośności całej warstwy dźwiękowej; wokół sylwetek obecnych przy ringu komentatorów widać obwódki greenboxa.

Serce do walki
fot. Materiały prasowe / Kino Świat

O jakimkolwiek zmyśle estetycznym również nie ma mowy. Ciężko zliczyć, ile razy na ekranie prezentują się opatrzone tragicznie nijaką muzyką, quasi-emocjonalne sekwencje z ujęciami w zwolnionym tempie. Osobną opowieścią są zaś sceny walki w ringu, gdzie smutne niedobory w pojemności lokacji i liczbie statystów maskuje się agresywnie atakującymi oczy flarami i losowymi plamami obrazu pozbawionymi ostrości. Serce do walki jest paskudnym doświadczeniem audiowizualnym.

Kacper Anuszewski swym debiutem sprawił, że z pewnością na długo go nie zapomnę. Jego nazwisko będzie nawiedzać mnie, gdy tylko na chwilę zatopię się w rozmyślaniach o tym, jak świetne kino potrafimy w Polsce tworzyć. Co najgorsze, premiery jego pierwszego i drugiego filmu dzieli… 12 dni. Futro z misia realizuje on wraz z Michałem Milowiczem. Jakie to szczęście, że to nie ja będę musiał o nim pisać.

Ocena

1 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Fightera"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.