Advertisement
FestiwaleFilmyOctopus Film Festival 2022Recenzje

A może tak rzucić wszystko…? Recenzja „Wild Men” z Octopus Film Festival

Rafał Skwarek
Kadr z filmu „Wild Men”
fot. „Wild Men” / mat. prasowe / Octopus Film Festival

„Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Formułka tyleż oklepana, co intuicyjnie zrozumiała. Bez względu na to, czy marzą nam się odludne górskie szczyty, samotna latarnia morska czy może drewniana chatka nad brzegiem rzeki, koncepcja nagłej ucieczki od codziennej formuły życia na rzecz czegoś prostszego i bardziej naturalnego okazjonalnie dopada znaczną część z nas. Co jednak, jeśli rzeczywiście uciekniemy? Nieśmiało pyta i odpowiada film Wild Men.

Martina (Rasmus Bjerg) poznajemy w ciężkich chwilach. Odziany w zwierzęce skóry mężczyzna łka żałośnie gdzieś pośrodku przepięknego norweskiego lasu. Chwilę po otarciu łez sytuacja jeszcze się pogarsza. Ustrzelona przez niego z łuku koza ucieka i znika bez śladu, zaś spożyta z desperacji żaba wywołuje ostre wymioty. Wyczerpany i głodny bohater udaje się więc na… pobliską stację benzynową. Po tym jak zawodzi próba przehandlowania jedzenia za skórę jelenia i broń, Martin wdaje się w niewielką bójkę i ucieka z łupem bez płacenia. Okazuje się, że dla protagonisty to dopiero dziesiąty dzień na łonie natury. A jego działania nie są podyktowane dzikim instynktem, lecz kryzysem wieku średniego. Gdy jednak do jego samotni trafia ranny, dzierżący tajemniczą torbę, poszukiwany przez policję Musa (Zaki Youssef), będzie zmuszony opuścić bezpieczny obóz. Tak rozpocznie się wyprawa w poszukiwaniu wioski, której mieszkańcy żyją jak drzewiej wikingowie.

Choć Wild Men mówi o rzeczach niełatwych, przez niema cały czas film utrzymuje ciepłą i przyjemną atmosferę. Jest to głównie zasługa scenariusza Thomasa Daneskova i Mortena Papy, który pełny jest skandynawskiego, suchego humoru, świetnie współgrającego z mroźnymi krajobrazami i pełnymi wewnętrznych wątpliwości postaciami. Twórcom należą się również pochwały za mnogość mikrowątków i drobnych elementów rozwijających osobowości pobocznych bohaterów. Znaczna część głównej linii fabularnej skonstruowana jest w klasyczny, dość przewidywalny, ale rzetelny i sprawny sposób. Stąd też każdy detal pogłębiający przestrzeń poza dwójką protagonistów odbierałem jako mile widziany, niespodziewany naddatek.

Przeczytaj również:  Raport z Gdyni #4

Wejść w świat przedstawiony bardzo pomaga utalentowana obsada aktorska. Pomiędzy wspomnianymi wcześniej głównymi bohaterami czuć mocną chemię, a ich postacie są interesujące i łatwo im kibicować. Umiejętności Bjerga i Youseffa sprawiają, że większość niezbyt rozsądnych zachowań ich bohaterów wydaje się… może nie tyle „w pełni uzasadniona”, co „w tej sytuacji zrozumiała”. Świetnie wypada również Bjørn Sundquist w roli starego i zmęczonego życiem, choć wciąż dziarskiego komendanta policji. Jego podwładni (choć lepszym słowem byłoby „podopieczni”) tworzą zaś tak sympatyczny, fajtłapowaty duet, że zaraz po seansie sprawdzałem, czy odgrywający ich Håkon T. Nielsen i Tommy Karlsen nie mieli już za sobą jakiegoś podobnego wspólnego występu wcześniej. Nawet bardzo niewielkie role dziecięce Katinki Evers-Jahnsen i Camilli Frey zaskakują wiarygodnością.

Kadr z filmu „Wild Men”
fot. „Wild Men” / mat. prasowe / Octopus Film Festival

Osobnym bohaterem filmu jest zaś lokacja, w której umieszczono akcję. Norweskie fjordy, lasy i rzeki wprowadzają w jednoczesny stan kontemplacji i zachwytu. Znacznie łatwiej znaleźć zrozumienie dla wewnętrznych rozterek Martina, gdy ten w strachu przed wygodnym, nowoczesnym, zwyczajnym życiem, ucieka w miejsce tak malownicze. Kiedy zaś zdjęciom zaczyna towarzyszyć relaksujące folk rockowe granie, prezentowane przestrzenie nabierają niemal idyllicznego charakteru.

Wróćmy jednak do pytania ze wstępu: co jeśli rzeczywiście uciekniemy? Daneskov w swym filmie opowiada o kryzysie tożsamości, o tęsknocie za utraconym, o życiowym zagubieniu i o potrzebie zmiany codzienności, nawet jeśli jest ona przyjemna i bezpieczna. Problem jednak w tym, że wszelkie pomniejsze rozważania wraz z rozwojem fabuły ulatują gdzieś w przestrzeń. Im bliżej końca filmu, tym bardziej reżyser wycofuje się na bezpieczną pozycją i przenosi ciężar Wild Men na bliską kinu sensacyjnemu akcję. Tam, gdzie powinien wybrzmieć zdecydowany, oczyszczający okrzyk, pojawia się asekuracyjna zmiana tematu. Rozczarowuje to tym bardziej, że duet scenariopisarski stawia przeciętnemu, białemu, heteroseksualnemu Europejczykowi naprawdę słuszne diagnozy. Niestety, finalnie nie przychodzą po nich ani recepty, ani nawet choćby znaczące wnioski.

Przeczytaj również:  Sami przeciw wszystkim. Podsumowujemy konkurs główny 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych

Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że seans Wild Men to jak najbardziej przyjemne doświadczenie. Scenariusz zapewnia całkiem sporo okazji zarówno do śmiechu, jak i skromnej refleksji. Z kolei tło audiowizualne służy za piękne, kojące tło. Thomas Daneskov pokazał, że jest sprawnym reżyserem, choć w przyszłości liczę z jego strony na więcej odwagi. Moja finalna ocena jest pozytywna, a gdybym natrafił na Wild Men podczas przeglądania kanałów telewizyjnych w weekendowe popołudnie, prawdopodobnie znów dałbym filmowi moje sto kilka minut życia. Szkoda jednak delikatnie zmarnowanego potencjału.

P.S. Nie posiadam telewizji, więc pewnie natrafiłbym na Wild Men w pokoju cichego pensjonatu na „dzikim” urlopie. W Bieszczadach.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Eliten", "Jeźdźcy sprawiedliwości"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.