„Kadencje dla ogrodu” – dokumentalne ofiary braku treści | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024
Kadencje dla ogrodu (2024), reż. Dane Komljen
kadencja [za słownikiem języka polskiego PWN]
- «określony ustawą czas urzędowania obieralnego urzędnika lub organu»
- jęz. «intonacja opadająca»
- «obniżenie tonu we fragmencie utworu muzycznego, będące sygnałem jego zakończenia»
- «w utworach koncertowych: solowa wstawka o charakterze wirtuozowskim i improwizacyjnym»
Więcej kontekstu nie będzie. Widz żądny konkretnych informacji o oglądanych treściach musi wspomóc się opisami festiwalowymi lub notatkami z baz danych.
Kino dokumentalne nie jest zobowiązane do bezpośredniej dydaktyki, ani też do udzielania odpowiedzi. Niezbędnym jest wtedy jednak, by braki wykładowych treści znajdowały w filmie swoje zastępstwo. Czasem wystarczy twórczy pomysł, o czym przypominają choreografie Symfonii fabryki Ursus. Innym razem to obserwacja bohaterów mówi więcej niż jakakolwiek narracja im poświęcona, jak miało to miejsce w trakcie śledzenia młodziutkich bohaterów Normalnego autystycznego filmu. Niekiedy zaś to audiowizualne piękno niesie za sobą całą potrzebną treść; Antopocen: Epoka człowieka potrafił znaleźć abstrakcję w rzeczywistym.
Co oferują Kadencje dla ogrodu? Dane Komljen przedstawia w swoim obrazie przede wszystkim atmosferę. Atmosferę schyłku, nadchodzącego końca; wyciszenie po climaxie, ostatnie kilka minut przed napisami końcowymi. Na papierze może to brzmieć poetycko i filmowo atrakcyjnie, jednak w praktyce nic tu nie działa.

Kamera obserwuje teren berlińskiego skłotu, jego mieszkańców oraz otaczającą wszystko naturę. Statyczne, długie, przyzwoicie skomponowane ujęcia zachęcają do relaksu, refleksji i zatopienia się w klimacie komunalnego życia. Natura jest tu elementem najbardziej pozytywnym. W skąpanych w słońcu, znajomych dla europejskiego oka listowiach, kwiatach czy hodowanych warzywach, kryje się komfort. Problem w tym, że choć twórcy wydają się sugerować piękno skłoterskiego życia w pobliżu natury, to wszelkie formy cywilizacji jawią się tu jako ciało obce. Jakkolwiek by się nie starać, prowizorka, blacha i rdza nie harmonizuje z naturą, tylko jej przeszkadzają (choć, oczywiście, w znacznie mniejszym stopniu niż galopujący, industrialny kapitalizm).
Bywalcy komuny nie mają w sobie wiele życia, czuć w nich marazm. Śpią, myją się, leżą, jedzą, czytają, przytulają się, kontemplują karty tarota. W skąpych rozmowach o przyszłości czuć niepewność. Najwięcej energii wzbudza wspomnienie imprezy i seksu. Otaczające ich przedmioty wydają się wspomnieniem dawnego funkcjonowania: harmonogram czyszczenia, przetwory, wspólne zdjęcia, akcesoria BSDM, kij bejsbolowy wymalowany w kolory flagi osób transpłciowych. Ponownie, wydaje się, że widz ma gromadzie współczuć, empatyzować z nią, jednak znowu ma się wrażenie, że to ona jest intruzem w cichszym fragmencie świata. Gdy jeden z lokatorów zamyka okno przyczepy, by odciąć się od dudniącej na zewnątrz elektronicznej muzyki, jasne jest, że harmonii dawno już tu nie ma. Dysonans między społecznością i florą stał się dysonansem między mną a treścią filmu.
Mizerną kondycję Kadencji dla ogrodu można by jeszcze wyratować kreatywnością formalną. Niestety, gdy Komljen decyduje się odejść od bezpiecznej poprawności, jego twór osiąga swoje najniższe punkty. Gdzieś w dwóch trzecich filmu reżyser decyduje się nawet na najbardziej leniwą i antyinteresującą sekwencję montażową, jaką miałem okazję oglądać od czasów studenckich ćwiczeń z DaVinci Resolve. Ciągnącej się przez 8 długich minut (a cały film trwa tylko godzinę) złożonej z hiperzbliżeń liści oraz kwiatów zbitce ujęć udaje się zniweczyć wcześniejsze starania estetyczne i pozostawić na ekranie powidok amatorskich, pretensjonalnych fantazji na temat komorebi.

Kontekst jednak będzie. Jest konieczny, żeby zrozumieć skalę przewinienia twórców. Z podstawowych informacji dostępnych w sieci można wyczytać, że lokatorami przestrzeni jest queerowy kolektyw Mollies. Kadencje dla ogrodu są rejestracją ich ostatniego lata w stworzonym przez nich schronieniu koło berlińskiego Ostkreuz. Aktywistów i artystów czeka ewikcja. Komljen ograniczając zakres informacji, pozbawił aktywistów podmiotowości. Ich ciężką sytuację i szczery smutek sportretował w sposób, który nie generuje empatii a obojętność. To, co miało być utworem pożegnalnym, stało się przyczynkiem do refleksji, że „tak chyba będzie najlepiej”.
Najlepszą sceną Kadencji dla ogrodu jest ta otwierająca. Pnącza, beton, cegły, różowa skrzynka w centrum i poetycka narracja z offu. Jej treść przypomina o nieuniknionej przemianie i końcu wszystkiego. Ale też o tym, że pięknym jest móc znaleźć się w tym procesie, że tkwi w nim pewien kosmiczny komfort. Szkoda, że osoby członkowskie Mollies nie mogą znaleźć w Kadencjach dla ogrodu tego typu wsparcia. A widz dobrego dzieła.
korekta: Daniel Łojko
Za dnia kierownik produkcji animowanych, po godzinach magister wiedzy o filmie i kulturze audiowizualnej na usługach filmawkowych tekstów. Gracz, ale nie tak często, jakby chciał. Jeden z trzech w Polsce jednoczesnych fanów wrestlingu i RuPaul's Drag Race. Na gitarze zawsze gra inne solówki, bo nie umie ich powtórzyć.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
lokację z filmu
