Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

Checked! TOP10 Netflixa – „Więcej niż myślisz” [RECENZJA]

Anna Czerwińska
fot. materiały prasowe / Netflix

Wszyscy się zgodzą, że polskie tłumaczenia tytułów filmowych pozostawiają czasem wiele do życzenia. Przekład jest albo nazbyt dosłowny, albo zupełnie oderwany od rzeczywistości. Zdarzają się jednak tytuły, które swoje odpowiedniki w naszym języku mają skonstruowane całkiem przyzwoicie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że The Half Of It, czyli omawiane Więcej niż myślisz, należy właśnie do tej kategorii. Otóż nie – z zupełnie innych przyczyn. Film Więcej niż myślisz dał mi paradoksalnie dużo mniej, niż z początku myślałam.

Na początku warto wspomnieć, że nowy film Alice Wu został przyrównany do historii Cyrana de Bergeraca. Opowieść ta jest jednak bardziej współczesna. Alexxis Remire oraz Wolfgang Novogratz zostali idealnie dobrani do ról urodziwych, popularnych dzieciaków z liceum. Natomiast Leah Lewis wcieliła się, rzecz jasna, w pierwszoplanową bohaterkę o niekonwencjonalnym charakterze. Mogłoby się zdawać, że tak sztampowy casting nie zgasi potencjału fabularnego, dostarczonego przez XIX-wieczną sztukę (sic!). Niestety – ciężaru tej odpowiedzialności nie udźwignęli ani aktorzy, ani Alice Wu, która powróciła z Więcej niż myślisz po 16 latach reżyserskiej abstynencji. Dlaczego tak się stało?

fot. materiały prasowe / Netflix

Już na samym wstępie widz może dostrzec pewien niezwykle istotny fakt – film w zasadzie tego wstępu nie ma. Całość rozpoczyna się kilkuminutowym wprowadzeniem, przedstawiającym główną bohaterkę. Zanim zabrała się ona za pisanie listu miłosnego dla Paula, prowadziła prężnie działający rynek wypracowań. Ellie (bo tak właśnie ma na imię) poznajemy w momencie, kiedy to przytacza widzom starogrecką koncepcję miłości i poszukiwania „drugiej połówki”. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że już ten początek – okraszony prostą animacją – nadaje jednostajny ton filmowi. Nastawia odbiorcę na romantyczny klimat i szukanie zawiązania akcji podczas miłosnych podbojów. Dosyć szybko okazuje się, że Ellie potrafi nie tylko opracować koncepcję Platona na sześć sposobów, ale umie również zrobić z tego niezły biznes. O dziwo, o wszystkim wie osoba prowadząca przedmiot, niemająca z tym najmniejszego problemu. Odnoszę wrażenie, że amerykańskie szkoły to zupełnie inny wymiar absurdu.

Przeczytaj również:  "Formuła 1: Jazda o życie", czyli jak nadążyć za bolidami F1 [RECENZJA]

Do głównego wątku dochodzimy w momencie, gdy Paul prosi Ellie, by ta napisała list miłosny do Aster. Dziewczyna jest obiektem jego zainteresowania. Po kilku próbach przekonania Ellie do tego zadania, tak właśnie się dzieje. Aster niespodziewanie postanawia odpisać. Nietrudno wywnioskować, że zmusi to Paula do kolejnych pisarskich konsultacji oraz nada rytm historii. On sam jest postacią, której dosyć topornie idzie wyrażanie uczuć w sposób poetycki. Średnio radzi sobie też z jakąkolwiek poważniejszą rozmową. Ellie zostaje w końcu zatrudniona na pełny etat i staje się główną pośredniczką na linii Aster – Paul.

W pewnym momencie pojawia się problem, wokół którego będziemy się już kręcić do napisów końcowych. Główna bohaterka zakochuje się bowiem w Aster. Poprzez korespondencję kierowaną do niej w imieniu Paula, wyraża tak naprawdę własne uczucia. Owszem, ta oprawa jest ładna, bo reżyserka pokusiła się tu o przyjemny zabieg. Mianowicie na początku filmu Ellie dzieli się z Paulem opisami sytuacji, które w jej ocenie są po prostu głupie, a ich bohaterowie nie potrafią zachować się rozsądnie. Następnie, gdy to właśnie jej przytrafiają się tego typu przeżycia, działa na przekór, by postąpić słusznie. Szkoda tylko, że takie klamerki kompozycyjne nie wystarczają. Postaci nie da się polubić na żadnym głębszym poziomie zrozumienia czy empatii.

fot. materiały prasowe / Netflix

W Więcej niż myślisz nie znajdziecie twarzy znanych z innych produkcji filmowych lub telewizyjnych. Nie działa to jednak na plus, bo przy tym, jak nijakie i papierowe są tam postacie, aktorów nie da się po prostu zapamiętać. Przez cały seans miałam wrażenie, że słowa bohaterów nie są zsynchronizowane ani z ich mimiką, ani z podejmowanymi decyzjami. Film jest bardzo fragmentaryczny. Pocięty tak, by pewne sceny celowo się powtarzały, ale niczego to nie zmienia i w niczym niestety nie pomaga.

Przeczytaj również:  To my - niechciani, nielubiani. "Skandal. Ewenement Molesty" [RECENZJA]

Co prawda Aster, Paul i Trig wpasowali się w stereotypy charakterów, jakie narzuca im scenariusz, jednak nie można tego samego powiedzieć o postaci Ellie. Główna bohaterka jest zwyczajnie niesympatyczna, nieautentyczna i irytująca. Nie chodzi tu już o moje osobiste preferencje – Ellie ma nieustający grymas na twarzy, a jej usposobienie to seria wyrzutów. Może kryje się za tym coś więcej, co tłumaczyłoby przy okazji uczucia reszty bohaterów, przedstawionych nadzwyczaj płytko i niezrozumiale? Tego z filmu nie jest nam dane się dowiedzieć, bo najwyraźniej reżyserka uznała, że w produkcji o miłości bardziej dogłębne zarysowanie emocji i motywów postaci nie jest najważniejsze.

fot. materiały prasowe / Netflix

Co w takim razie twórcy uznali za najbardziej istotne, jeśli nie wewnętrzne portrety swoich bohaterów? Szczerze, chyba nic. Więcej niż myślisz nie ma dopracowanego żadnego elementu na tyle dobrze, by móc wyliczyć go jako plus. Za dosyć przyjemne aspekty można ewentualnie potraktować przystępność filmu, prosty humor i fakt, że niektóre ujęcia “pachną wiosną”. Dlatego też obstawiam, że to właśnie dlatego film znalazł się w TOP10 polskiego Netflixa tuż po majówce. To po prostu standarowa produkcja do obejrzenia w słoneczny weekend – niezbyt długa, nieangażująca i mało skomplikowana. W mojej ocenie jednak zbyt mocno uderzającym jest stworzenie fikcji istnienia jakiejkolwiek fabuły. Co za tym idzie – brak dostatecznego pogłębienia czy rozwinięcia akcji; nie o to przecież chodzi, żeby przedstawiona historia bazowała na szkicu. Lekkich filmów, dedykowanych raczej dla nastolatków, w klimacie miłości i szkolnej beztroski jest cała masa już na samym Netflixie. Wybierzcie po prostu inny tytuł, jeśli nie chcecie stracić czasu.

 

Ocena

3 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Do wszystkich chłopców, których kochałam

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.