Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

Checked! TOP10 Netflixa – „The Old Guard” [RECENZJA]

Anna Czerwińska
fot. materiały prasowe/Netflix

Wątki fantasy, czy też szeroko pojętych supermocy, w ostatnich latach poważnie nabrały tempa. Bliżej zżyci z tymi klimatami fani raczej jednogłośnie twierdzą, że gwałtowna popularyzacja nadprzyrodzonych zjawisk w filmach działa na ich niekorzyść. Świadczy wręcz o spadku jakości produkcji, a nie, jak kiedyś, o innowatorskich rozwiązaniach fabularnych. Mnie, jako miłośniczkę fantastyki, taka tendencja zwyczajnie smuci. Muszę natomiast przyznać, że tłumy mają rację. Vox populi, vox Dei.

Świeżynką w zbiorach filmów fantasy od Netflixa jest The Old Guard. Film ekranizuje serię komiksów o tym samym tytule. Nie dziwi więc nikogo, że jeden z twórców papierowej sagi, Greg Rucka, podjął się stworzenia scenariusza. Za reżyserię odpowiada Gina Prince-Bythewood (Miłość i koszykówka, Sekretne życie pszczół). Autorami zdjęć do filmu są Tami Reiker – współpracujący już wcześniej z reżyserką przy W cieniu jupiterów, a także Barry Ackroyd (Gorący temat, The Hurt Locker. W pułapce wojny). Poza tym, na ekranie zobaczymy wiele znanych twarzy. W rolach głównych obsadzono bowiem Charlize Theron, rozkwitającą aktorsko KiKi LayneMatthiasa Schoenaertsa. Na dalszym planie mamy natomiast Chiwetela Ejiofora czy Harry’ego Mellinga. Słowem – obiecująco.

Film rozpoczyna się dosyć enigmatycznie, ale nie sprawia wrażenia chaotycznego. Na samym początku widz dowiaduje się, że pierwszoplanowa grupa bohaterów to istoty nieśmiertelne. Ich dar od wielu lat służy pomaganiu ludziom, ratowaniu słabszych, jednak nie w doskonale opatrzony, superbohaterski sposób. Odpowiedniejszym określeniem są najemnicy działający w dobrej wierze. Mimo iż pojawiają się oni w tak znamiennych lokacjach, jak Sudan czy Afganistan, starają się zacierać wszystkie pozostawione po sobie ślady. To akurat motyw standardowy – w parze z nadprzyrodzonym idą wścibskie i koniunkturalne pytania. Andy, Booker, Joe oraz Nicky są nieśmiertelni wystarczająco długo, by wiedzieć, że należy żyć w cieniu, niepostrzeżenie.

fot. materiały prasowe/Netflix

Twórcy wyraźnie nie owijają w bawełnę i wprowadzają nas w główny wątek szybko, jak na film akcji przystało. Grupka zostaje wrobiona w akcję ratunkową przez Copley’a – człowieka zafascynowanego ich zdolnościami. Koniec końców żadnych potrzebujących nie ma, a Copley nagrywa scenę, stanowiącą potwierdzenie na nieśmiertelność wojowników. Przekazuje ten materiał Merrickowi, właścicielowi koncernu zajmującego się badaniami nad komórkami macierzystymi oraz zapobieganiem śmiertelnym chorobom. Andy i reszta stają się ich celem, który należy schwytać, aby przeprowadzić szereg badań i poznać sekret długowieczności.

Przeczytaj również:  "Mighty Morphin Power Rangers. Rok drugi", czyli udane spotkanie z nostalgią [RECENZJA]

W międzyczasie do grupy zwerbowana zostaje Nile. Młoda przedstawicielka amerykańskiej armii odkrywa swoje zdolności podczas jednej z misji w Afganistanie i nie trzeba czekać długo, kiedy zjawia się u jej boku Andy. Pod pretekstem tworzenia armii zabiera ogłuszoną wcześniej Nile ze sobą. Ostatecznie Andy udaje się ją przekonać, że tacy, jak one, muszą trzymać się razem. Ich tropem, za sprawą nagrania Copley’a, podążają ludzie Merricka.

The Old Guard w pierwszym akcie jest bardzo podchwytliwy i sam wybiera sobie widzów. Ponieważ z początku nie zachęca klimatem, trzeba albo dzielnie „przeczekać”, albo być dostatecznie ciekawskim. Fanatycy kina wojennego, przez wzgląd na miejsca akcji, nie powinni mieć tych rozterek. Zaznaczyłam już we wstępie, że fantastyka jest bliska memu sercu, dlatego postanowiłam dać filmowi szansę i poddać się intrygującej koncepcji. Przyznaję jednak, iż chciałam bardziej sprawdzić, czy również tym razem nadprzyrodzone moce obniżą poziom filmu. Nie wierzyłam, że historia ma jakikolwiek potencjał.

fot. materiały prasowe/Netflix

Chociaż film czerpie ze swojego pierwowzoru komiksowego garściami, nie wychwytuje do końca tego, co najlepsze. Postacie są bardziej tajemnicze, aczkolwiek w mojej ocenie działa to na ich niekorzyść. Twórcy filmu nie stworzyli bowiem odpowiedniego tła fabularnego, a przy mnogości scen walki bohaterowie scenariuszowo rozwijają się wolniej. Dlatego też wypadają oni niestety nijako, niekoniecznie intrygująco. Poza tym, The Old Guard składa się z wielu niedopowiedzeń, które intencjonalnie zalepia krwawa akcja. Osobiście wolę dobrze napisaną historię, niż genialnie nakręcone sceny bijatyk, ale tym razem byłam dosyć usatysfakcjonowana. Kamera nadążała za ruchami Andy i spółki, proponując gdzieniegdzie ciekawe rozwiązania montażowe. Nieśmiertelni bohaterowie, powstający po seriach pocisków oddanych w ich stronę, to jednak niecodzienny widok w tej gałęzi kinematografii.

Przeczytaj również:  Badek: Mamy problem z Oscarami, ale standardy różnorodności to tylko jego niewielka część [FELIETON]

Na całe szczęście The Old Guard podsuwa nam kilka smaczków, dzięki którym nie wyłącza się go w połowie. Balans między kreśleniem historii a strzelankami wyważono na tyle umiejętnie, że dwie godziny i pięć minut filmu nie dłuży się ani przez moment. Nie bez znaczenia pozostaje też to, że postacie nie starają się być niepotrzebnie zabawne. Można się tego spodziewać po mistrzach walki i wiekowych herosach, ale tym razem nikt nie poszedł tą ścieżką. Droga obrana przez twórców należy z kolei do tych z drugim dnem, do tych umiarkowanie zaskakujących, pozostawiających otwartą furtkę na ciąg dalszy. Mnie osobiście urzekł moment delektowania się przez Andy baklavą. Jako największa fanka tej przekąski, doceniam zauważenie przez Prince-Bythewood oraz Ruckę, że nie samą bijatyką najemnik żyje.

fot. materiały prasowe/Netflix

Rozmowy nad drugą częścią The Old Guard trwają, a ja mam nadzieję nie tyle na ich pozytywne zakończenie (bo tego jestem pewna), co na rozsądne i owocne wykorzystanie szansy pociągnięcia tej historii dalej. Liczę też na trafniejsze dobranie muzyki w sequelu. Póki co soundtrack The Old Guard pasuje do całości jak muzyczka, która włącza się przypadkiem w reklamach na niechcianych kartach przeglądarki. Z oryginalnymi komiksami zapoznałam się bardzo pobieżnie, ale zamierzam to zmienić i dotrzeć do końca opowieści przed Netflixem. Jestem przekonana, iż pierwowzór ma do zaoferowania więcej, a ekranizacja z premedytacją skręciła w stronę filmu akcji. Szkoda. Co prawda ostatnie minuty produkcji dają nadzieję na przeważenie szali fabularnej w sequelu, ale ja od tak dawna trafiam na kino zmarnowanego potencjału i linii najmniejszego oporu, że nie uwierzę, dopóki tego nie zobaczę.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Bright, Zabójcze maszyny

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.