Advertisement
AktualnościFelietonyPublicystyka

Kino nawiedza opactwo – relacja ze Slot Art Festival 2026

Wiktor Małolepszy
Slot Art Festival
Slot Art Festival / mat. prasowe

Lipcowy Slot Art Festival w Lubiążu zajmuje wyjątkowe miejsce na mapie polskich festiwali – w niemalże całości utrzymywany jest ze środków ze sprzedaży biletów i crowdfundingu, współtworzony przez uczestników, odbywający się w wyjątkowej przestrzeni gigantycznego barokowego opactwa Cystersów i jego błoni. Przebywanie tam, bardziej niż porównania z Open’erem czy Nowymi Horyzontami, wzbudziło wspomnienia z kolonii, na które wysyłano mnie w dzieciństwie. Na Slocie, podobnie jak tego typu obozach, uczestnik zostaje wrzucony w otwartą przestrzeń, która może pozostawić uczestników z różnymi doświadczeniami – nie ma oczywistych opcji, jak występy headlinerów czy pokazy galowe. Zamiast mierzyć się z dylematem wyboru między Clipse a Calvinem Harrisem, trzeba było wybierać między nauką chodzenia na szczudłach a zbieraniem owadów na łące pod okiem przyrodniczki – a to dopiero początek zalet!

O wyjątkowości Slotu świadczy przede wszystkim jego społeczny aspekt. Około 2000 uczestników festiwalu to wolontariusze, którzy biorą w nim udział, nie tylko pracując w obsłudze czy informacji, lecz również twórczo. Można bowiem zaangażować się w festiwal przy współtworzeniu zinu, prowadząc spotkania autorskie z zaproszonymi pisarzami i praktycznie ucząc się artystycznej współpracy. Innym sposobem na artystyczny wolontariat na Slocie jest udział w projekcie SloTV – codziennym paśmie krótkometrażowych, spontanicznych filmów, wyświetlanych na wielkim ekranie każdego wieczoru o północy, często przygotowywanych do ostatnich minut. Kreatywność szortów tworzonych przez festiwalowych wolontariuszy robiła spore wrażenie – były wśród nich zarówno klasyczne sondy i minireportaże o konkretnych warsztatach, jak i abstrakcyjne parodie gier komputerowych lub programów telewizyjnych, bazujące na festiwalowych żartach. Stanowią też codzienną przestrzeń koncentrującą wszystkich festiwalowiczów, zazwyczaj rozpierzchniętych po różnych spotkaniach, seansach i warsztatach, lecz przychodzących co północ, żeby podsumować dzień na klasztornym dziedzińcu przed wielkim ekranem.

Blues Brothers
fot. „Blues Brothers” / zdjęcie własne

Kino plenerowe pełniło szczególną rolę podczas tej edycji Slotu. Tegoroczny temat festiwalu – „Portal” – był nie tylko sprytnym wytrychem, którym przy odrobinie kreatywności można określić każdy produkt kultury. W tym roku to właśnie wielki ekran na dziedzińcu, zastępujący „dużą scenę”, na której występowali popularni polscy artyści, miał być owym portalem transportującym uczestników festiwalu do filmowych światów. Tym samym kino podczas tegorocznego Slotu miało znacznie istotniejszą rolę niż podczas poprzednich edycji, a plenerowe pokazy codziennie o 22:00 miały nieść ze sobą coś więcej niż prosty eskapizm. Program, którego kuratorem był w tym roku Miłosz Stelmach, składał się z wyborów dopasowanych do targetu, jakim jest rodzinny festiwal, lecz każdy z filmów niósł ze sobą bagaż tematyczny, pokrywający się z ideami samego wydarzenia lub zagadnieniami podejmowanymi danego dnia. Jak chociażby otwierający kino plenerowe Blues Brothers, nawiązujący zarówno do chrześcijańskich korzeni Slota (trudno o lepsze miejsce do oglądania filmu o ratowaniu klasztoru niż klasztor), jak i wypełniający lukę muzyczną pozostawioną przez zlikwidowaną scenę koncertową. Czy też Bałtyk Igi Lis – letni i wakacyjny, lecz ukazujący wspólnotę, tworzącą dzięki swojemu zaangażowaniu i pasji miejsce, do którego co roku chce się wracać.

Moim ulubionym seansem w tej sekcji byli jednak Sami swoi. Klasyk Sylwestra Chęcińskiego z oczywistych względów przyciągnął tak wielu widzów, że zabrakło leżaków przed ekranem. Jego efektywność nie tkwiła dla mnie jedynie w oczach Kuśmierskiej i błazeństwach duetu Kowalski & Hańcza. Tego samego dnia gościnią specjalną festiwalu była Joanna Kuciel-Frydryszak, która opowiadając o pracy nad Chłopkami, nawiązała do filmu Chęcińskiego. Powiedziała, że nie da się zrozumieć okresu powojennego bez przyjrzenia się okresowi międzywojnia. Jej opowieści o doświadczeniach kobiet w tamtym okresie posłużyły więc za doskonałe tło do seansu Samych swoich – kina bezpośrednio, choć z dozą socrealistycznego idealizmu, opowiadającego o przesiedleniach dotykających mieszkańców tej ziemi, na której właśnie leżałem, wpatrując się w ekran. Seans Samych swoich w takich warunkach sprawił, że spojrzałem na ten film w zupełnie inny sposób, a krótkie wypowiedzi – gdy babka mówi o wojnach światowych, które cudem przeżyła, lub gdy Witia namawia Jadźkę do zamieszkania w jednym z wielu pustych domów wokół – nabrały dodatkowego, przykrego wydźwięku.

Slot Art Festival
Slot Art Festival / mat. prasowe, zdj. Tomek Wiazowski

Wypowiedzi Kuciel-Frydryszak o kobiecych traumach sprawiły też, że znacznie więcej refleksji poświęciłem pokazywanym na festiwalu filmom krótkometrażowym. Istotną częścią Slotu jest selekcja szortów, częściowo współtworzona i programowana przez krakowski festiwal Etiuda & Anima. Miałem okazję wziąć udział w przeglądzie filmów w segmencie „Horyzonty kobiecości”, koncentrującym się na wciąż stosunkowo rzadko podejmowanym temacie problematycznego macierzyństwa. Pięć oglądanych przez nas szortów, wcześniej znajdujących się w selekcji takich festiwali jak Camerimage czy Hong Kong IFF, ukazywało rolę matki, reprezentując szeroki przekrój gatunków filmowych – od dokumentalnych esejów, przez animację poklatkową, po ludowy horror. Jednocześnie ich tematyka była bardzo spójna, często wchodząca ze sobą w dialog pod względem ukazanych zagadnień dotyczących macierzyństwa. Jak w brytyjskim Granacie, w minimalistyczny sposób mówiącym o depresji poporodowej, formalnie korespondującym z brazylijskim Najgorszym rodzajem bólu, który opowiadał o zjawisku położniczej przemocy, niejednokrotnie odbierającej kobietom szansę na zostanie matką. W poprowadzonej przez Jaśminę Madej dyskusji po seansie – stałym elemencie slotowych spotkań – widzki i widzowie szczególnie docenili niemiecką Mamę Micra. Pięknie animowana hybryda dokumentu i eseju filmowego, będąca autobiograficzną opowieścią reżyserki Rebecci Blöcher o własnej matce, zwróciła swoją uwagę nie tylko ambitną formą, ale też pytaniami o granice wolności w relacji między matką a córką.

Dyskusje towarzyszyły też spotkaniom Slotowego Klubu Filmowego, gdzie festiwalowicze mieli okazję obejrzeć kilka istotnych filmów z ubiegłego sezonu, jak Sny o miłości czy Pan nikt kontra Putin. W tej sekcji upatrzyłem sobie seans jedynego niewidzianego przeze mnie wcześniej tytułu, czyli Niedziel – niestety, ze względu na niezbyt zrozumiałą decyzję, żeby nagrodzony w San Sebastian arthouse’owy dramat pokazać z tłumaczeniem w postaci lektora, podjąłem niełatwą decyzję odpuszczenia sobie owej sekcji.

Przeczytaj również:  „Light Pillar” – Chiński Aki Kaurismäki | Recenzja | Animator 2026
Strefa Krótkiego Metrażu
Strefa Krótkiego Metrażu na Slot Art Festival / zdjęcie własne

Oczywiście w ciągu tych pięciu dni na Slocie kino nie było jedynym moim zajęciem – najistotniejszym elementem tego festiwalu jest oferowana przez niego wolność wyboru. Myślę, że mój czas na równo podzielił się między warsztatami, koncertami, spotkaniami z zaproszonymi gośćmi, kołami dyskusyjnymi i seansami filmowymi, jak i po prostu czillowaniem w kafejce lub leżeniem na kocu pod gigantycznym drzewem z nowo poznaną ekipą. Zauważyłem całkiem niezwykłe uczucie, rzadko przeze mnie doświadczane podczas festiwali – że właśnie znalazłem się w przestrzeni wolnej od FOMO, presji zaliczania kolejnych wydarzeń, biegania od sceny do sceny, żeby przypadkiem czegoś nie przegapić. Z jednej strony można zarzucić, że pewnie wynika to z programowej selekcji – codziennej powtarzalności warsztatów, wyboru filmów, które były już pokazywane w kinach lub są dostępne na VOD, muzykach o rozpoznawalności niewykraczającej poza wąskie grono słuchaczy głębokiego polskiego niezalu. Myślę jednak, że to przemyślana decyzja organizatorów – nastawiona na przekierowanie fokusu uczestników z konsumpcjonistycznego pędu na swobodę indywidualnego odkrywania, czym dla nich jest Slot. Dla mnie był on sauną w namiocie, pierwszą w życiu jogą, rozkminami podczas prelekcji w kinie plenerowym, improwizowaną strefą kibica przypominającą ten obrazek z krową, na której ktoś wyświetla Tenet, losowymi spotkaniami ze starymi ziomkami i całą masą nowych. Nie jestem religijną osobą, a i sam festiwal niekoniecznie obnosi się swoim chrześcijańskim rodowodem – jeśli jednak spojrzymy na niego przez pryzmat jednej z ideologicznie najistotniejszych misji Kościoła, czyli tworzenia społeczności i relacji między ludźmi, to Slot z nawiązką wypełnia swoją duchową misję.

Korekta: Oliwia Kramek

+ pozostałe teksty

Skandynawista, autor prac naukowych o „Midsommar” oraz „Scenach z życia małżeńskiego”. Poza Skandynawią lubi też pisać o kinie Azji i muzyce.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.