ZNIKNIĘCIE / THE VANISHING / SPOORLOOS [CAMPING #38]

Francusko-holenderskie Zniknięcie George’a Sluizera to przykład drugiego garnituru wyśmienitych filmów z pogranicza thrillera i horroru. Rozumiem przez to produkcje, które nigdy nie zyskają takiego posłuchu jak najbardziej rozpoznawalni przedstawiciele gatunku – vide Psychoza Hitchcocka, Milczenie Owiec Demme’a czy też Siedem Finchera. Obrazy, które mimo swojej ambicji i jakości nie przebiją się na stałe do świadomości widzów i nie osiągną statusu oczywistych, niepodważalnych klasyków kina. Jednocześnie będą tymi nieoszlifowanymi, czekającymi na odkrycie diamentami, dla których doświadcza się przecież filmów.

Wielce prawdopodobne, że każdy z nas znalazł się kiedyś w tak trudnej, specyficznej sytuacji, w której pozostawało tylko wysłuchiwać pocieszycieli głoszących, że najgorsza jest niepewność. Nie coś realnego, zła wiadomość lub nieprzychylna odpowiedź jako takie, a czas, kiedy zostaje się sam na sam z myślami, a wyobraźnia nie daje spokoju. To pora na udręczające snucie przewidywań, naprzemienne straszenie się i dawanie sobie nadziei. Okres nieznośnego zawieszenia, w trakcie którego człowiek staje się więźniem własnej głowy. Zniknięcie, znane także pod tytułami The Vanishing (amerykańskim) oraz Spoorloos (oryginalnym), zdaje się precyzować, że niepewność jest nie tyle po prostu najgorsza, co najstraszniejsza.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Przekonuje się o tym Rex Hofman (w tej roli Gene Bervoets), który wspólnie ze swoją dziewczyną, przeuroczą Saskią (graną przez Johannę ter Steege), wybiera się pewnego lata na urlop do Francji. Po niespodziewanych problemach na drodze, para zatrzymuje się na stacji benzynowej. Tam kobieta znika bez śladu, choć miała iść tylko do sklepu po zimne napoje. Rex rozpoczyna poszukiwania i zgłasza sprawę na policję, ale jego starania spełzają na niczym. Brak postępów w śledztwie z czasem doprowadza głównego bohatera do obłędu. Kiedy więc trzy lata później, w kolejną rocznicę zaginięcia Saskii, dostaje on list od porywacza, jest już gotów zrobić absolutnie wszystko, byle poznać prawdę. 

Zniknięcie

Rex może nie sprawia wrażenia szczególnie sympatycznej postaci – bywa porywczy, nie panuje nad sobą, a żałobę traktuje niemalże jako usprawiedliwienie dla swoich wybuchów – ale bez wątpienia budzi współczucie. Reżyser na różne sposoby pokazuje, jak wyniszczający wpływ ma na mężczyznę niewiedza, uwypuklając ją do jego najważniejszego atrybutu. To właśnie ona ostatecznie definiuje przecież Hofmana i determinuje każdą z podejmowanych przez niego decyzji. Desperackie, nieudolne poszukiwanie skrawków odpowiedzi nie pozwala mu zrobić kroku naprzód. Bohater sam skazuje się na rozpamiętywanie tamtych wydarzeń, ciągłe odgrywanie ich w głowie i zastanawianie się czy wina nie leży po jego stronie.

Przeczytaj również: “Nowojorski rozpruwacz” – When a man kills a woman [CAMPING #37]

W żal, złość i tęsknotę Reksa łatwo uwierzyć, bo Sluizerowi udało się niewyszukanymi, ale skutecznymi metodami wykreować Saskię na najsympatyczniejszą postać w całym filmie. W scenariuszu znalazł miejsce na szereg małych scenek, które pełnią funkcję cegiełek budujących więź między nią a widzem. Co istotne, nawet te z pozoru mniej znaczące w jakimś stopniu rzutują na fabułę – jak chociażby pocieszne próby rozmawiania w obcym języku. Finalnie ciężko pogodzić się z dramatem Saskii, w czym oczywiście ogromna zasługa także Johanny ter Steege, która swoim niedługim występem (acz nie aż tak krótkim, jak mogłoby się wydawać po tytule, który opowiada o jej zaginięciu) zdołała tchnąć w Spoorloos życie. Bijąca od niej energia stanowi największy bodziec do tego, żeby odpowiednio zaangażować się w tę historię. 

O ile Rex uosabia powolne odchodzenie od normalności i obsesję, która zresztą napędza fabułę Zniknięcia, a Saskia odgrywa w niej rolę niewinnej, ludzkiej ofiary, której losem rzeczywiście można się przejąć, o tyle porywacz imieniem Raymond (wyśmienity i zarazem przerażający Bernard-Pierre Donnadieu) wymyka się prostym terminom. Lemorne otwarcie nazywa się socjopatą, czym niejako odcina się od szerokiego grona wszystkich tych nieświadomych wagi swoich czynów, budzących litość złoczyńców. Wie, że uprowadzenie Saskii jest złe i nie tłumaczy się chorobliwą miłością, traumą z dzieciństwa lub zemstą. W jego charakterze najbardziej szokuje to, że do popełnienia zbrodni paradoksalnie skłania go coś zupełnie przeciwnego. Szanowanego ojca dwójki córek i kochającego męża motywuje dziwna, niepokojąca ciekawość – chęć porównania dwóch skrajnych doznań. Sama możliwość zrobienia czegoś tak okrutnego. 

Przeczytaj również: “Jeffrey”: It’s just sex! – Recenzja [CAMPING #36]

Sluizer poświęca dużo czasu na zgłębienie psychologii Lemorne’a. W zasadzie całą drugą połowę filmu opiera na wspólnej podróży Raymonda i Reksa na miejsce zdarzenia. Reżyser nie potrzebuje niczego więcej ponad ich dialog, żeby zbudować napięcie przed finałem. Finałem, który nawet trzydzieści lat po premierze nadal pozostaje najprawdziwszym majstersztykiem. Spoorloos udaje się bowiem niesłychanie trudna sztuka. To wyjątkowy przypadek zakończenia, w którym odbiorca czuje dokładnie to samo, co główny bohater, stając się czymś na kształt jego przedłużenia. Przejmuje dociekliwość protagonisty, wyraża identyczne nadzieje i powiela reakcje, takie jak strach, satysfakcja czy też gorycz.

Zniknięcie

Na kwadrans przed końcem, w chwili, w której rozstrzygnięcie jest już na wyciągnięcie ręki, warto zrobić sobie krótką przerwę – odsapnąć, wziąć głęboki oddech. Emocje sięgają zenitu, a ciężar tej historii powoli przytłacza. Dobrze wtedy samemu zadecydować o tym, kiedy i czy w ogóle będzie się gotowym na poznanie odpowiedzi. 

Zniknięcie nie próbuje zaskakiwać. Gra z widzem wręcz w otwarte karty, nie bawiąc się w mylenie lub ukrywanie tropów. Tożsamość porywacza zdradza przecież bardzo prędko. Los Saskii także od pewnego momentu zaczyna jawić się jako oczywisty. O tym, że to nie rozwiązanie zagadki, a podtrzymywanie wspomnianej niepewności było nadrzędnym celem, świadczyć może długa scena w tunelu, która otwiera film, ale dopiero po seansie urasta do miana pięknej i pięknie smutnej. Zyskuje wówczas nową wartość i odsłania drugie dno, dowodząc że już od początku szykowano nas na cios. 

Dla miłośników kina dodatkową zachętą do sprawdzenia adaptacji książki Tima Krabbé może być zachwyt Stanleya Kubricka, który uznał ją za najbardziej przerażający film, jaki kiedykolwiek widział. Wybitny reżyser, twórca Mechanicznej Pomarańczy, 2001: Odysei kosmicznej i wielu innych arcydzieł kinematografii, miał obejrzeć Spoorloos trzykrotnie i zadzwonić do Sluizera, żeby osobiście oddać mu szacunek. Mistrz nie może się mylić, prawda?


„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżamy czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.