Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

Ghibli: Makowe wzgórze [RECENZJA]

Mikołaj Krebs
Makowe wzgórze
fot. Kadr z filmu "Makowe wzgórze"

Produkcje studia Ghibli przyzwyczaiły nas do obecności wielkiej dozy fantastyki. A nawet jeśli nie fantastyki, to przynajmniej przerysowanych postaci. Dlatego Makowe wzgórze było dla mnie dziwnym seansem. Dziwnym, bo normalnym.

Akcja dzieje się na początku lat 60. XX wieku, w mieście Yokohama. Skupia się głównie wokół dwóch osi. Jedna to historia Umi Matsuzaki, licealistki z liceum Isogo, żyjącej w posiadłości na szczycie wzgórza. Jej matka studiuje w Stanach Zjednoczonych, przez co Umi jest de facto panią domu – zajmuje się swoim rodzeństwem i domem. Codziennie wznosi na maszt flagi w geście upamiętnienia ojca, który zginął na morzu.

Drugą osią jest budynek należący do liceum – „Dzielnica Łacińska”. W nim siedzibę ma szkolna gazetka i kluby skupione wokół różnych zagadnień – od poezji, przez filozoficzny, na chemicznych i matematycznych kończąc. Ów budynek, mimo protestów, przeznaczony jest do wyburzenia, a licealiści walczą o jego ocalenie.

Makowe wzgórze
fot. Kadr z filmu „Makowe wzgórze”

To bardzo przyziemne sprawy. Nie trafiamy w środek magicznej krainy, nie towarzyszy nam przerośnięty królik, a magia nie istnieje. I… bardzo dobrze! Być może dla hardkorowych fanów Ghibli to duży minus, ale mała przerwa od bycia wrzucanym w światy, gdzie każda postać coś reprezentuje, a wszystko co obserwujemy jest metaforą lub symbolem, jest bardzo przyjemna. To paradoksalnie największa zaleta i wada Makowego wzgórza. Mimo jasnych odstępstw od „kanonu” japońskiego studia, to jeden z najprzyjemniejszych filmów, jakie miałem okazję oglądać – lekki w odbiorze, również dzięki temu, że nie ciąży nad nami widmo ciągłej analizy. Jest w tym bardzo podobny do recenzowanego przez nas ostatnio Szumu morza.

„Co czyni seans Makowego wzgórza tak przyjemnym?”, zapytacie. Odpowiedź jest prosta – punkt odniesienia. Wielu z nas było kiedyś licealistami, a może niektórych czytelników jeszcze to czeka. To wspaniały czas, kiedy po raz pierwszy zaczynamy myśleć poważnie. O sobie, o naszych wartościach. O świecie, który nas otacza. Pojawiają się pierwsze zauroczenia i pierwsze obowiązki, które sami na siebie nakładamy, i z których samych siebie rozliczamy. Niektórzy twierdzą, że wtedy też nawiązujemy najważniejsze dla naszego życia relacje, mogące trwać całe życie.

Makowe wzgórze w nieskomplikowany sposób oddaje te emocje, darząc nas uczuciem przyjemnej nostalgii. Pokazuje, że każde nasze działanie, nawet tak niepowszechne, jak wznoszenie flag na maszt, może zostać dostrzeżone i docenione. Przepełnia nas nadzieją, nie tylko względem losów bohaterów, ale i całego świata. Robi to bardzo nienachalnie, a subtelny realizm góruje tu nad kinowym dramatyzmem. Nie widzimy tu miliona łez, wielkich załamań, krzyków, wylewania żali. Tylko szczerość.

Przeczytaj również:  It's me, I'm Cathy – „Wichrowe Wzgórza” [RECENZJA]

Oczywiście, produkcja studia Ghibli nie jest naturalistycznym dramatem, bo występują tu elementy mocno przerysowane, jak projekt wnętrza budynku, żywe dyskusje młodzieży o polityce i charaktery niektórych postaci z drugiego planu. Nie jest to jednak istotne, gdyż to jedynie tło dla wymienionego wyżej rdzenia filmu.

Makowe wzgórze
fot. Kadr z filmu „Makowe wzgórze”

Wszystkie te pozytywne uczucia i fantastyczne dopełnienie feel-good filmu stanowi muzyka. Satoshi Takebe stworzył chyba dzieło życia. Obejrzałem w swoim życiu wiele filmów i muszę przyznać, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie drugiego tytułu, w którym muzyka tak idealnie współgrałaby z tym, co się dzieje na ekranie. A nagrana na potrzeby filmu piosenka Summer of Farewells, czy, jeśli preferujecie japońską wersję, Sayonara no natsu, siedzi w mojej głowie nieprzerwanie od ostatniego seansu. Jeśli nie będziecie czuli się przekonani moją recenzją, przesłuchajcie tego tytułu na Youtubie czy Spotify.

O wierności Makowego wzgórza korzeniom studia Ghibli, świadczy pozorne uczynienie z historii komentarza. Tym razem film nie odnosi się jednak do współczesnego społeczeństwa i jego wartości, a o dziwo do wartości, z którymi reżyser nie miał nawet styczności. Warto przecież wspomnieć, że reżyserem po raz drugi (i jak na razie ostatni) jest „ten drugi Miyazaki”, czyli syn Hayao, Gorō, urodzony w 1967 roku. Nie był więc świadkiem przemian społecznych, jakie wynikały z przegranej przez Japonię drugiej wojny światowej, i następstw, które wymusiły na niej udział w wojnie koreańskiej. Nie był również świadkiem rozwoju Yokohamy, jako drugiego najważniejszego miasta w kraju kwitnącej wiśni, i jednego z najważniejszych portów świata. Ominęły go ruchy i protesty studenckie trwające w latach 60.

Makowe wzgórze (2011) - FDB
fot. Kadr z filmu „Makowe wzgórze”

Może ten fakt sprawia, że jego dzieło nie ma tak ciężkiej atmosfery. Yokohama to w jego ujęciu żadna metropolia – raczej bije z niej piękna małomiasteczkowość. Potrafi skupić się na osobach i ich problemach, nie idąc w ślady swojego przodka i nie czyniąc kolejnego filmu-komentarza. To moja niepopularna opinia, ale cieszę się, że tego filmu nie wyreżyserował Hayao i jestem wdzięczny Gorō za tę przyziemność. Za prosty melodramat. Uważam, że takie filmy są potrzebne w dobie wyniosłego kina niezależnego, czy napakowanych akcją blockbusterów i chciałbym widzieć ich więcej. Właśnie taka perspektywa pozwala nam w pełni docenić nasze codzienne życie i czekać na to, co przyniesie każdy kolejny dzień.

Przeczytaj również:  Ostatnie słowo wyjadaczy – „Crime 101” [RECENZJA]
+ pozostałe teksty

Twój przyjazny recenzent z sąsiedztwa. Malkontent i jego quality content. Wielki fan tego co robi myśleć i tego, co pozwala nie myśleć.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Szum morza

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.