Advertisement
FestiwaleFilmyNowe Horyzonty 2024Recenzje

„Kadencje dla ogrodu” – dokumentalne ofiary braku treści | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024

Rafał Skwarek
Kadr z filmu "Kadencje dla ogrodu"
fot. „Kadencje dla ogrodu” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Kadencje dla ogrodu (2024), reż. Dane Komljen

kadencja [za słownikiem języka polskiego PWN]

  1. «określony ustawą czas urzędowania obieralnego urzędnika lub organu»
  2. jęz. «intonacja opadająca»
  3. «obniżenie tonu we fragmencie utworu muzycznego, będące sygnałem jego zakończenia»
  4. «w utworach koncertowych: solowa wstawka o charakterze wirtuozowskim i improwizacyjnym»

 

Więcej kontekstu nie będzie. Widz żądny konkretnych informacji o oglądanych treściach musi wspomóc się opisami festiwalowymi lub notatkami z baz danych. 

Kino dokumentalne nie jest zobowiązane do bezpośredniej dydaktyki, ani też do udzielania odpowiedzi. Niezbędnym jest wtedy jednak, by braki wykładowych treści znajdowały w filmie swoje zastępstwo. Czasem wystarczy twórczy pomysł, o czym przypominają choreografie Symfonii fabryki Ursus. Innym razem to obserwacja bohaterów mówi więcej niż jakakolwiek narracja im poświęcona, jak miało to miejsce w trakcie śledzenia młodziutkich bohaterów Normalnego autystycznego filmu. Niekiedy zaś to audiowizualne piękno niesie za sobą całą potrzebną treść; Antopocen: Epoka człowieka potrafił znaleźć abstrakcję w rzeczywistym. 

Co oferują Kadencje dla ogrodu? Dane Komljen przedstawia w swoim obrazie przede wszystkim atmosferę. Atmosferę schyłku, nadchodzącego końca; wyciszenie po climaxie, ostatnie kilka minut przed napisami końcowymi. Na papierze może to brzmieć poetycko i filmowo atrakcyjnie, jednak w praktyce nic tu nie działa. 

Kadr z filmu "Kadencje dla ogrodu"
fot. „Kadencje dla ogrodu” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Kamera obserwuje teren berlińskiego skłotu, jego mieszkańców oraz otaczającą wszystko naturę. Statyczne, długie, przyzwoicie skomponowane ujęcia zachęcają do relaksu, refleksji i zatopienia się w klimacie komunalnego życia. Natura jest tu elementem najbardziej pozytywnym. W skąpanych w słońcu, znajomych dla europejskiego oka listowiach, kwiatach czy hodowanych warzywach, kryje się komfort. Problem w tym, że choć twórcy wydają się sugerować piękno skłoterskiego życia w pobliżu natury, to wszelkie formy cywilizacji jawią się tu jako ciało obce. Jakkolwiek by się nie starać, prowizorka, blacha i rdza nie harmonizuje z naturą, tylko jej przeszkadzają (choć, oczywiście, w znacznie mniejszym stopniu niż galopujący, industrialny kapitalizm).

Bywalcy komuny nie mają w sobie wiele życia, czuć w nich marazm. Śpią, myją się, leżą, jedzą, czytają, przytulają się, kontemplują karty tarota. W skąpych rozmowach o przyszłości czuć niepewność. Najwięcej energii wzbudza wspomnienie imprezy i seksu. Otaczające ich przedmioty wydają się wspomnieniem dawnego funkcjonowania: harmonogram czyszczenia, przetwory, wspólne zdjęcia, akcesoria BSDM, kij bejsbolowy wymalowany w kolory flagi osób transpłciowych. Ponownie, wydaje się, że widz ma gromadzie współczuć, empatyzować z nią, jednak znowu ma się wrażenie, że to ona jest intruzem w cichszym fragmencie świata. Gdy jeden z lokatorów zamyka okno przyczepy, by odciąć się od dudniącej na zewnątrz elektronicznej muzyki, jasne jest, że harmonii dawno już tu nie ma. Dysonans między społecznością i florą stał się dysonansem między mną a treścią filmu.

Przeczytaj również:  „Bohaterka” – Gorączka w błękicie, czyli medyczny survival bez katharsis | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025

Mizerną kondycję Kadencji dla ogrodu można by jeszcze wyratować kreatywnością formalną. Niestety, gdy Komljen decyduje się odejść od bezpiecznej poprawności, jego twór osiąga swoje najniższe punkty. Gdzieś w dwóch trzecich filmu reżyser decyduje się nawet na najbardziej leniwą i antyinteresującą sekwencję montażową, jaką miałem okazję oglądać od czasów studenckich ćwiczeń z DaVinci Resolve. Ciągnącej się przez 8 długich minut (a cały film trwa tylko godzinę) złożonej z hiperzbliżeń liści oraz kwiatów zbitce ujęć udaje się zniweczyć wcześniejsze starania estetyczne i pozostawić na ekranie powidok amatorskich, pretensjonalnych fantazji na temat komorebi

Kadr z filmu "Kadencje dla ogrodu"
fot. „Kadencje dla ogrodu” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Kontekst jednak będzie. Jest konieczny, żeby zrozumieć skalę przewinienia twórców. Z podstawowych informacji dostępnych w sieci można wyczytać, że lokatorami przestrzeni jest queerowy kolektyw Mollies. Kadencje dla ogrodu są rejestracją ich ostatniego lata w stworzonym przez nich schronieniu koło berlińskiego Ostkreuz. Aktywistów i artystów czeka ewikcja. Komljen ograniczając zakres informacji, pozbawił aktywistów podmiotowości. Ich ciężką sytuację i szczery smutek sportretował w sposób, który nie generuje empatii a obojętność. To, co miało być utworem pożegnalnym, stało się przyczynkiem do refleksji, że tak chyba będzie najlepiej.

Najlepszą sceną Kadencji dla ogrodu jest ta otwierająca. Pnącza, beton, cegły, różowa skrzynka w centrum i poetycka narracja z offu. Jej treść przypomina o nieuniknionej przemianie i końcu wszystkiego. Ale też o tym, że pięknym jest móc znaleźć się w tym procesie, że tkwi w nim pewien kosmiczny komfort. Szkoda, że osoby członkowskie Mollies nie mogą znaleźć w Kadencjach dla ogrodu tego typu wsparcia. A widz dobrego dzieła.


korekta: Daniel Łojko

+ pozostałe teksty

Ocena

2 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

lokację z filmu

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.