“Euforia” – Głucha cisza kiedy krzyczę [FELIETON]

Przed dwoma miesiącami rozentuzjazmowani pisaliśmy wam o blasku Euforii, nowego serialu Sama Levinsona, którego poprzedni projekt, Assassination Nation, trafił do kin w listopadzie zeszłego roku. Dziś wyczekujemy już drugiego sezonu opowieści o nastolatkach z East Highland. Przyszła więc pora na refleksje, zażalenia i refutacje. Bo jest na co narzekać, jest co doceniać i jest się w czym zakochać. Odłóżmy zatem na parę chwil wszystkie kontrowersje i rozbuchane głosy pruderii (w czym oczywiście nie ma nic złego). Levinson stawia sprawę jasno, więc spróbuję zagrać według jego reguł gry.


Zobacz też: “Assassination Nation” [RECENZJA]

Bez względu na klisze, twórcy podejmują tematy, które są palącymi kwestiami dla dzisiejszych nastolatków. Jest zmagająca się z odwykiem Rue (Zendaya), która czuje się przygnieciona małomiasteczkowością, plotkami na swój temat i samotnością. Poznaje ona Jules (Hunter Schafer)– ta właśnie przeprowadziła się do miasta i nie zna nikogo. Po tranzycji i zmianie image’u coraz usilniej szuka sposobu do samoekpresji uczuć. Bada, czym dla niej może być miłość i zakochanie. Piękna Cassie (Sydney Sweeney) stara się kontrolować swoje libido, wiążąc się na ze starszym McKeyem (Algee Smith), traktowanym nieustannie kompleksami przez swojego ojca. Nate (Jacob Elordi), pozornie typowy szkolny jock, żyje w nieustannej nienawiści do swojego ojca i zaczyna kwestionować swoją seksualność, przez co przeżywa cichy krzyk kryzysu męskości, której modelowym przykładem starał się być całe życie. Jest też Maddy (Alexa Demie), wchłonięta w dzieciństwie przez konkursy piękności, dziś żyjąca w marazmie swojego piękna. No i Kat (Barbie Ferreira), otyła i nieśmiała dziewica, która radykalizuje swoje seksualne żądze, ale nie pozbywa się głęboko tkwiących kompleksów.

Serial orbituje jeszcze wokół paru postaci, ale to te wyżej wymienione otrzymały “swój” odcinek – podobnie jak było np. w niektórych epizodach Orange Is the New Black. Z tą różnicą, że produkcja Netfliksa konsekwentnie i spójnie rozwija ten pomysł, a Euforia niestety gubi siebie i swoje postacie, pozostawiając wiele do życzenia, jeśli chodzi o ich rozwój emocjonalny i ludzki. By nie być gołosłownym: ciężko po pierwszym sezonie wytłumaczyć motywację dla wątku Chrisa McKeya, który w środku akcji znika gdzieś i nie pojawia się nawet w finale. Wydaje się, że dodatkowych przypisów potrzebuje też postać Jules, od początku składnie poprowadzona, na końcu staje się bardziej katalizatorem wydarzeń niż ich autonomicznym uczestnikiem.

W ten sposób możemy zmierzyć się z głównym problemem całego projektu Levinsona. Zapowiedź kolejnego sezonu mogła niektórych uspokoić, ale nie da się ukryć pewnej zgryzoty po finałowym odcinku, który postawiła część postaci niby w punkcie wyjścia. Rue, która wróciła do proszków; Nate i Maddy, którzy wrócili do toksycznego związku. Z kolei Cassie postanawia detoks związkowy, a Kat praktycznie samorozwiązuje problem swojej postaci. Konfuzja, które mnie uderzyła, wynika z tej dziwnej nierówności narracyjnej Euforii. Jeden wątek się kończy, drugi nieporadnie stoi w miejscu. Decyzje bohaterów są tyle niezrozumiałe, co niedopisane.


Zobacz też: “Euforia” po pierwszych odcinkach [RECENZJA]

Brakuje też konsekwencji w samym opowiadaniu historii. O ile pozycja narratora i głos z offu Zendayi zakrawa na arcydzieło, to wyboiste środki, jakie zostają powzięte, by opowiedzieć o wielu postaciach na raz, holistycznie okazują się niewypałem (McKay) lub omackim brodzeniem w nieznanym kierunku (związek Nate’a i Maddy). Z jednej strony Euforia potrafi z tą niebywałą finezją i kunsztem prowadzić odcinek, szczególnie Stuntin’ Like My Daddy (E02 – epizod Nate’a) lub The Trials and Tribulations of Trying to Pee While Depressed (E07 – epizod Cassie). Świetnie wychodzą też stroboskopowe sekwencje z imprez, wykład na temat dickpiców, portretowanie wiadomości tekstowych czy stylizowane śledztwo z Morganem Freemanem z Se7en. Kiedy indziej dyskurs schodzi jednak na powtarzalne i znane tropy (narkotyzowanie, wpadka, rozwiązłość), filozofowanie od czapy i negowanie zebranego dramatyzmu. Dlatego tak wielkim zawodem jest ostatni odcinek, który stara się stworzyć jakąś iluzję bliskiego połączenia wszystkich bohaterek, kwituje sporą część wątków, zaczynając nowe i wieńczy to literalnym teledyskiem All For Us w wykonaniu Labrinth & Zendaya. Znajduje się tu co prawda świetna sekwencja My Body Is A Cage z Cassie, ale nie zmienia to nierytmicznego, zagubionego wydźwięku całego sezonu.

Niemniej to jeden z niewielu serialu na półce, który był w stanie poruszyć tak radykalnie i odważnie opowiedzieć o tych sprawach. O toksycznych związkach, narkomanii, metamorfozie emocjonalnej, depresji. Euforia pozostanie pionierem w ukazaniu osoby transseksualnej. Postać Jules jest ponadto inspirowana biografią odgrywającej ją aktorki Hunter Schafer. Zamiast zadręczać nas ekspozycją tożsamości bohaterki, dostajemy jedynie małe wyznaczniki. Jules okazuje się najważniejsza jako człowiek z własnymi problemami i tak też ją postrzegam. Bycie trans oczywiście wpływa na relację z Nate’em, ale nie chodzi tu tyle o transfobię, co o redefinicję we współczesnym świecie pojęcia męskości i uwarunkowań płciowych.


Zobacz też: Ostatni dialog filmowy z Michałem Oleszczykiem – Malinobranie, czyli za co kochamy złe filmy

Abstrahuję już od wszelkich ostrzeżeń, że to serial +18, że młodzież znajdzie tu nieprzyzwoitą zawartość, gorszący negliż i graficzną przemoc. Jak ktoś słusznie zauważył, to serial o pokoleniu Z – tych urodzonych już w XXI wieku; tych, którzy par excellence wychowali się w erze Internetu; których tożsamość i sprawczość zapisana jest w mediach społecznościowych; którzy, jak żadne pokolenie wcześniej, nie chcą zaakceptować wściekłego tempa życia, gdzie liczą się najlepsze wyniki, najbardziej sztuczny uśmiech i liczba zer na koncie, a apogeum osiągnęło zblazowanie i blichtr kapitalizmu. W rekordowym stopniu dobija ich depresja. To osoby, które ledwo weszły lub dopiero wejdą w stadium dorosłości, ale już wiedzą, jakiego życia nie chcą. Dlatego liczą się dla nich te krótkie chwile zapomnienia; idealnie oddaje to najlepsza sklejka z Euforii, gdy Rue, główna bohaterka, z kawałkiem Stuntin’ Like My Daddy w tle, opisuje swój stan po spożyciu: And then it happens. That moment when your breasts starts to slow. And everytime you breathe, you breathe out all the oxygen you have. Any everything stopps. Your heart, your lungs. And finally your brain. And everything you feel and wish and want to forget – it all just sinks. To właśnie stan, do jakiego chce się doprowadzić. To stan euforii w stanie czystym. Dwie sekundy nicości okupione nałogiem i salwami (auto)destrukcji.

Te dwie sekundy to nie muszą być narkotyki. Każdy z bohaterów wpada w euforyczny stan. Żyją, żeby zapomnieć. Mimo powyższych głosów krytyki w stronę serialu, jest w nim coś ponad stan. To ten moment szczęścia, gdy Rue i Jules leżą razem w łóżku. Gdy Cassie i McKey uprawiają seks w takiej harmonii ze sobą. Gdy Maddy i Nate nie pamiętają złego i po prostu są razem. W końcu gdy Kat całuje Ethana, który latał za nią przez cały rok. To immersyjny mise-en-scène, scena większa niż życie. Euforia w autentyczny i śliczny sposób łapie te impresyjne chwile szczęścia, spełnienia, wyrzuconych na brzeg marzeń o lepszej rzeczywistości. I to wszystko do muzyki wybranej przez Drake’a.


Zobacz też: “Mowa ptaków” – Dlaczego wszystko musi się rymować? [RECENZJA]

Mimo tych różnych głosów z pełną odpowiedzialnością piszę, że Euforia to jeden z najlepszych projektów tej dekady. Śmiertelnie aktualny, chaotycznie subtelny, ślepo oddany gorączkom swojego pokolenia. Choć tak nierówny, nie mogę go nie kochać. To efemeryda prawdziwego uczucia, z którą perwersyjnie dzielę wrażliwość i wstyd. Nie stawiam się tu jako koryfeusz własnego pokolenia, ale jako współpokrzywdzony w dziele współczesności.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.