Advertisement
Front WizualnyRecenzje

“Marzenia w przestrzeni” – o kamienicy i jej mieszkańcach, którzy zaraz przestaną istnieć [FRONT WIZUALNY]

Marcin Kempisty

Mieszkania i domy to w historii najczęściej podbijane terytoria. Niezdolne do jakiejkolwiek obrony, zostają zawłaszczone przez chciwe przestrzeni rodzinne hordy, a następnie dzielone metr po metrze między osobami złaknionymi życiowej przystani i odrobiny prywatności. To kluczowe miejsca dla każdej mikrogospodarki, fundamenty istniejących społeczeństw, od wieków ostatnie szańce obrony przed zwierzętami, pogodą oraz innymi ludźmi. Znamienne, jak mało poświęca się im uwagi. Ich istnienie jest tak naturalne jak wschody i zachody słońca, jak gdyby były od zawsze i na zawsze istniejącymi cichymi świadkami człowieczej egzystencji.

Zobacz również: “Olanda”, czyli podróż w surowe Karpaty Południowe [FRONT WIZUALNY]

A przecież one rodzą się i umierają, podlegając tym samym, bezlitosnym prawom. Nabierają wigoru wraz ze wzrostem znaczenia i majątku ich właścicieli, by następnie razem z nimi sczeznąć i odejść w zapomnienie. Takiemu właśnie budynkowi oraz jego mieszkańcom swój czas poświęca wszechstronnie ukierunkowany artysta Matthias Lintner. Wprowadza się do dziewiętnastowiecznej, berlińskiej kamienicy zbudowanej przez Związek Kolejowy, mającej  lata świetności ewidentnie za sobą. Wprawdzie konstrukcja mocno zakorzeniła się ceglanymi muskułami w tkance miasta, ale wystarczy determinacja dewelopera sfinalizowana jednym urzędniczym podpisem, by na jej miejscu znalazł się nowoczesny, wielopiętrowy apartamentowiec. Budowla jest eksponatem zaświadczającym o solidności starego imperium, lecz w XXI wieku służy jedynie za przystań dla zmarginalizowanych emigrantów, anarchistycznie nastawionych punków, czy nawiedzonych artystów. Ledwie kilka mieszkań jest zajmowanych, prawie nikt nie płaci czynszu, więc lokatorzy żyją z dnia na dzień, chroniąc się przed zgiełkliwą metropolią i oczekując na nadejście nieuniknionego – eksmisji oraz rozbiórki.

Marzenia w przestrzeni

W związku z manią przylepiania etykiet do każdego zjawiska należałoby stwierdzić, że Marzenia w przestrzeni są lirycznym esejem dokumentalnym. W trakcie osiemdziesięciu sześciu minut kamera wtapia się w otoczenie, stając się wraz z reżyserem pełnoprawnym mieszkańcem i obserwatorem życia w kamienicy. Nie ma oczywiście mowy o dążącej do obiektywizacji narracji: Lintner zaprzyjaźnia się z innymi lokatorami, zostaje wchłonięty przez tamtejszą społeczność, dlatego też prowadzone rozmowy mają charakter głównie kumpelski. Widz nie poznaje informacji na temat historii budynku, nie patrzy z lotu ptaka na “głównego bohatera” filmu, a wszelkie szczegóły na temat ludzi ujawniają się tylko wtedy, gdy oni sami chcą o sobie opowiadać. Artysta raz ukrywa się za obiektywem, by w kolejnej scenie siedzieć na pierwszym planie. Jest jednocześnie twórcą i wykonawcą, ale trudno też stwierdzić, na ile uformowane sceny zostały zaplanowane. Jest taka scena, w której Matthias siedzi z dwójką mieszkańców, są ewidentnie podpici, i deliberują na temat istoty scenariusza i jego wpływu na jednostkę; na ile ktoś jest sobą, a na ile, mimo braku odgórnie narzuconych dyrektyw, i tak nieświadomie powiela pewne zachowania i umieszcza się w schematycznych reprezentacjach ludzi z danego środowiska o konkretnych poglądach. 

Zobacz również: “Sezon” na krowy [FRONT WIZUALNY]

Wyżej opisana scena jest kluczem do zrozumienia eksperymentu Lintnera, bowiem zaproponowana przez niego praca ukazuje symultanicznie dziejące się procesy odtwarzania oraz tworzenia. Chłodne ślizganie się oka kamery po elewacji i zagraconym podwórzu zostaje skonfrontowane z prowadzonymi przez artystę rozmowami, który ciągle sufluje konkretne tematy, próbując świadomie podprowadzić interlokutora ku zaplanowanej refleksji. Dodatkowo w niektórych partiach filmu w tle rozbrzmiewają cytaty z eseju Georges’a Pereca zatytułowanego Species of Spaces, co tym samym nakłada kolejny poziom interpretacyjny na i tak zawile sproblematyzowaną opowieść. Reżyser stara się oddać “ducha” kamienicy, przejrzeć na wskroś jej istotę, momentami poszukując nowego sposobu mówienia o podejmowanym zagadnieniu. Przechadzanie się po pustych korytarzach to nie tylko oznaka żyłki dokumentalnej, ale też próba ujęcia istoty przestrzeni oraz jej braku.

Marzenia w przestrzeni

Niech jednak nikt nie wystraszy się filozoficznego nadbagażu Marzeń w przestrzeni! Obok mniej lub bardziej interesujących dywagacji pojawiają się zwyczajne sceny z życia mieszkańców kamienicy. Mówią wprost do kamery o swoich marzeniach, planach i obawach związanych z zajmowanym miejscem w drabinie społecznej. Ot, są zwyczajnymi ludźmi, którzy chcą się wypowiedzieć i ujawnić, skoro ktoś skierował na nich oko kamery i zadał im kilka pytań. Z tego też względu projekt Lintnera można traktować jako próbę uwiecznienia mikroświata ulokowanego na rubieżach nowoczesności, którego byt może skończyć się z dnia na dzień.

Zobacz również: Muzyka na czas apokalipsy, satyra na współczesność – [FRONT WIZUALNY]

Dzieło urodzonego we Włoszech artysty nie jest łatwe do przyswojenia. Ze względu na jego eksperymentatorskie zapędy i ciągłą potrzebę poszukiwań, narracja prowadzona jest w bardzo ospały, pozbawiony schematu sposób. Mówiąc wprost – widz powinien nastawić się na górską wspinaczkę, a nie na spacerek po kwiecistej łące. Ponadto Lintnerowi nie zawsze udaje się skutecznie wyważyć, którzy bohaterowie są interesujący, a którzy powinni dostać mniej czasu ekranowego. Na przykład rozmowa ze starszym imigrantem jest wstrząsająca w swej prostocie i aż chciałoby się dowiedzieć więcej na temat jego losów, a mimo to mężczyzna pojawia się na ekranie tylko przez kilka minut filmu. Reżyser nie ma jeszcze dobrze działającego “instynktu”, przez co nie potrafi pójść za rodzącym się tematem i wycisnąć z niego jak najwięcej. Wydaje się, że bardziej kieruje się prywatnymi sympatiami, co nie zawsze wychodzi na dobre.

Marzenia w przestrzeni są znakomitą propozycją dla odbiorców poszukujących intelektualnych wyzwań w najmniej oczywistych miejscach. Losy budynku i jego mieszkańców na papierze nie wyglądają zbyt ekscytująco, ale przy odrobinie dobrej woli można w tych skrawkach opowieści odnaleźć uniwersalne prawidła na temat istoty mieszkań i spełnianych przez nich funkcji, o których przecież na co dzień się nie myśli. Matthias Lintner przygotował niezwykle wyciszoną, subtelnie nakręconą oraz intymną opowieść o pewnym drobnym, w teorii nic nieznaczącym wycinku wielkiego miasta. Warto na chwilę stanąć obok płynącego strumienia tłumu i zajrzeć na podwórze tej starej kamienicy, by przekonać się, jakie inne światy obok nas funkcjonują. To może być ostatnia szansa.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.