“Avengers: Wojna bez granic” – czyli jak garstka komiksowych nerdów spełniła marzenia.

UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY DOTYCZĄCE FABUŁY FILMU AVENGERS: INFINITY WAR

Marvel Cinematic Universe by DiamondDesignHD

W kilka tygodni przed premierą nowych Avengers toczyliśmy w redakcji gorącą dyskusję, kto napisze recenzję tej produkcji. W wyniku losowania i ponad stu szybkich meczy w warcaby wyłoniliśmy do tego zadania Maję. Początkowo żałowałem, że to nie mnie ono przypadło, jednak, po przedpremierowym seansie, całkowicie zmieniłem zdanie. Nie jestem w stanie wystawić oceny liczbowej trzecim „Mścicielom”, co wynika między innymi z tego, że, jak chyba żadna inna produkcja, nie powinna być oceniana bardziej jako osobny film niż jako zjawisko popkulturowe.

Nie będzie szczególnie odkrywczym, jeśli zauważę, że Marvel Cinematic Universe to organizm, który ciągle ewoluuje. Przez ostatnie 10 lat zostaliśmy zalani prawie dwudziestoma filmami pełnometrażowymi i kilkoma serialami. Żaden z tych obrazów nie był dla mnie idealny; żaden nawet się do tego ideału nie zbliżył. Natomiast niemalże każdy z nich dostarczył mi dawki solidnej rozrywki, skutecznie eliminując wiele błędów poprzednika (przy czym często wprowadzając nowe).

Po obejrzeniu napisów końcowych Infinity War byłem pod wielkim wrażeniem. Znowu, nie samego filmu, ale tego, jak niesamowitego i przełomowego wydarzenia jestem świadkiem. Obejrzałem produkcję, która bez wątpienia znajdzie się w TOP 10 najlepiej zarabiających filmów w historii. I co mamy w tej historii? Kilkanaście obdarzonych supermocami postaci, walczących z potężnym kosmitą o losy Wszechświata. Twórcy produkcji przenoszą nas na różne planety, na których oglądamy wydarzenia o epickiej skali. Do tego każdy z poszukiwanych przez Thanosa kamieni kontroluje jakiś aspekt rzeczywistości, jak Czas czy Rzeczywistość. Jedna z ostatnich bitew rozegrana zostaje między armią kosmitów a afrykańskim plemieniem uzbrojonym w laserowe włócznie i tarcze! A na sam koniec, antagonista zdobywa ostatni z artefaktów i wybija połowę Wszechświata.

Nie wiem, czy to czujecie, ale ja po seansie pomyślałem sobie, że gdybym pokazał poprzedni akapit komuś kilka lat temu i stwierdził, że czymś powyższym zainteresuje się ktoś więcej niż grupa nerdów, skupionych wokół komiksu na szkolnym korytarzu w trakcie przerwy, to każdy by mnie wyśmiał. Włącznie z tymi nerdami. A teraz to się stało! Kino superbohaterskie przeszło nieprawdopodobnie długą drogę, od czasów generycznych origin stories pokroju Spider Mana do premiery trzeciej części Avengers. To skala wydarzeń zawsze różniła film od komiksu. Komiksy nie raz opowiadały przecież o podróżach w czasie, niszczeniu całego wszechświata, alternatywnych rzeczywistościach i innych sprawach, które wydawały się zupełnie niemożliwe do przeniesienia na wielki ekran. A już na pewno nie w taki sposób, żeby produkt ten zainteresował kogoś więcej niż wąską grupę odbiorców.

I to chyba robi na mnie największe wrażenie. Fakt, że za całą bezwzględną machiną finansową, tysiącami kalkulacji, kampaniami marketingowymi, badaniami rynku i innymi przeszkodami stała grupa komiksowych zapaleńców, która wpadła na szalony koncept, żeby ekranizować tę formę literacką na nieznaną dotychczas skalę. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, ile razy ci ludzie musieli wysłuchać odmownych odpowiedzi sponsorów i producentów. Jak wiele musiało ich kosztować obronienie każdego pomysłu. Ile radości chłonęli ze wszystkich sukcesów finansowych oraz scen po napisach końcowych każdej produkcji, marząc, żeby móc stworzyć coś  tak spektakularnego jak pełnometrażowe starcie z Thanosem.

Zresztą, siła MCU nie polega jedynie na tym, jak powoli, mozolnie i przemyślnie budowano tam świat, ale również na tym, jak świetnie wpisuje się we współczesną popkulturę. Umieszczenie Petera Dinklage’a w roli olbrzyma zostało z całą pewnością zrobione ze świadomością tego, jak istotnym elementem fabuły „Gry o tron” jest jego karłowatość, a wrzucenie Benedicta CumberbatchaRoberta Downey Juniora do jednego zespołu i umożliwienie im interakcji ze sobą jest oczywistym oczkiem puszczonym w kierunku fanów postaci Sherlocka Holmesa; niezależnie, którą z niedawnych adaptacji preferują.

Wreszcie, Marvel komentuje w swoich filmach problematykę mniejszości rasowych i etnicznych i na swój sposób edukuje. Oczywiście nie ma co oczekiwać po blockbusterze wnikliwej analizy społecznych problemów albo psychologii postaci, tym niemniej, trudno zaprzeczyć, że, dla przykładu, sukces Czarnej Pantery (3. miejsce w box office USA w historii!) niewątpliwie świadczy o tym, jak wielkie jest zapotrzebowanie na przedstawicieli mniejszości we współczesnej kinematografii. Nawet pokazywanie świata, w którym pojawia się coraz więcej różnorodności kulturowej i religijnej (czyli tak agresywnie krytykowana przez prawicę rzekoma „poprawność polityczna”), stanowi czynnik kształtujący świadomość młodych odbiorców na całym świecie.

Spotkałem się z opiniami narzekającymi, że Infinity War nie jest tak przełomowy, jak oczekiwali; że produkcja nie jest rewolucją. I pewnie nie jest. Nie mam złudzeń; zmiany dokonane w filmie zostaną w dużej mierze cofnięte i za rok, po premierze Captain Marvel i czwartej odsłony Avengers, świat wróci do status quo lub czegoś do niego zbliżonego. Natomiast udowodniono mi, że w kinie można sprzedać każdą historię, jeśli tylko włoży się w to dość pracy i serca. Nawet historię o szalonym tytanie, który chce zniszczyć połowę Wszechświata. I, choć dziś na Disneya i Marvela patrzy się jako na wielkich biznesowych graczy, to spróbujcie ujrzeć za całą tą fasadą ludzi, którzy spełnili swoje marzenia i tchnęli nowe życie w bohaterów, których do niedawna znała jedynie garstka fanów. I chociaż nigdy nie byłem fanem rysowanych obrazków, a i do samego filmu mam liczne zastrzeżenia, to oddaję hołd twórcom i wznoszę toast za ich wytrwałość i nieustępliwość!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.