„Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia” – Subtelność? Wyszła. [RECENZJA]
Główna bohaterka stoi bez ruchu w wyschniętym, delikatnie ośnieżonym basenie i z oddali wpatruje się w obiektyw. Kamera powoli zbliża się w jej kierunku. Na sile przybiera energetyczny riff z Pank! Pank! Pank! VERKI. Dźwięki gitary, perkusji i okrzyki wokalisty przybierają na głośności, im bliżej jesteśmy kobiety. Nagle gwałtowne cięcie do cichej planszy z tytułem – Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia. Potem przejście do statycznego ujęcia procesji prawosławnych duchownych. Śpiewają.
Przeczytaj również: Książka „Sharon Tate. Historia morderstwa żony Romana Polańskiego” [RECENZJA]
Wystarczyło półtorej minuty tego niestandardowego zestawienia i już byłem pełen nadziei, że oto rozwija się przede mną wartościowe kino macedońskie, które swój szeroko pojęty sprzeciw wobec systemu wyrazi z pazurem, inteligencją i buntowniczą brawurą. Dałem się nabrać. Ten twardy kontrast – który później w filmie pojawić się już raczej nie raczył – był zapowiedzią kompletnego braku subtelności nadchodzących stu minut walki kobiet z religijnie podbudowanym patriarchalizmem. Walki jak najbardziej słusznej, ale w filmie tragicznie płytkiej.
Przykre to tym bardziej, że zawiązanie akcji prezentuje spory potencjał. Zmęczona bezrobociem i nader ingerującą w jej życie matką Petrunia (w tej roli utalentowana debiutantka, Zorica Nusheva) po kolejnym, upokarzającym spotkaniu w sprawie pracy decyduje się wbrew zasadom wziąć udział w zarezerwowanej dla mężczyzn tradycji religijnej. Bohaterka po kryjomu wskakuje wraz z innymi uczestnikami do lodowatej rzeki i wyławia z niej wrzucony tam przez popa krzyż, co ma jej przynieść szczęście i dobrobyt na nadchodzący rok. Oburzony tym zajściem tłum nakazuje jej oddać trofeum, jednak w trakcie dyskusji z początkowo przychylnym Petrunii popem, bohaterka ucieka do domu, tym samym wchodząc w konflikt z władzami kościelnymi, policją i wściekłą grupą współuczestników.
Umieszczając bohaterkę w centrum skomplikowanej kolizji z klasycznymi strukturami społecznymi, Mitevska i partnerująca jej przy scenariuszu Elma Tatargić czynią z niej symbol feministycznych dążeń do emancypacji kobiet. Scenarzystki podejmują więc w swym filmie jedną z najważniejszych i najbardziej skomplikowanych tematyk nie tylko w Europie Wschodniej, ale i na całym świecie. Niestety, w zderzeniu z kompleksowością i delikatnością zagadnienia, scenariusz wypada tendencyjnie i jednowymiarowo.
Przeczytaj również: Klasyka z Filmawką – “Czas Apokalipsy” czterdzieści lat później…
Twórczynie ustawicznie posługują się stereotypami a nawet karykaturami. Potencjalny szef to obmierzły typ, dobierający pracownice na podstawie ich atrakcyjności, pop pod fałszywą uprzejmością skrywa pogardę do problematycznych parafian, na komisariacie urzędują pozbawieni empatii policjanci (za wyjątkiem jednego, o nim za chwilkę) prędzej gotowi do wyśmiania niż pomocy poszkodowanej, biorący udział w łowieniu krzyża wierni to grupa niezbyt lotnych krzykaczy, a przewodzi im samozwańczy zwycięzca – ostentacyjnie pokazujący tatuaże na szyi quasi-skinhead.
Gdy tak spojrzeć na ten amalgamat całościowo, można stwierdzić, że za wyjątkiem dwóch osób, wszelkie znaczące postacie męskie to bohaterzy negatywni, przy czym z wspomnianego „pozytywnego” duetu jedna z osób jest bezużyteczna (ojciec Petrunii, który głównie siedzi cicho i ogląda telewizję) a druga z nich to przystojny policjant, który staje się… obiektem romantycznym. Taka sytuacja to zwykłe odbicie lustrzane ultrasamczego, pogardzanego przez feministki hollywoodzkiego kina akcji, w którym postacie żeńskie mogły być: a) obiektami seksualnymi dla protagonisty, b) matronami bez rzeczywistej mocy sprawczej, c) przeciwnikami bohatera. Używając tego formatu, scenarzystki popadają w kłującą w oczy skrajność.
To krzykliwe podejście można by częściowo zrozumieć, patrząc na to, że Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia jest jednym z pierwszych, macedońskich artystycznych wyrazów filmowego feminizmu, ale wystarczy spojrzeć na tegorocznego zwycięzcę m.in. trzech nagród w Sundance – Krainę miodu – by stwierdzić, że kraj ten urodził już dzieło ukazujące zmagania kobiet w znacznie dojrzalszy i piękniejszy sposób. Dokument pozornie pozbawiony jest ideologicznych zapędów, jednak tak naprawdę przekazuje patologie samczocentrycznego świata trafniej niż w pełni feministycznie ukierunkowany film Mitevskiej.
Przeczytaj również: “Lighthouse” – Cienie, krzyki, trzaski [RECENZJA]
Nierówność płci w Krainie miodu opiera się nie na groteskowej agresji i pogardzie (vide scena, z Bóg istnieje…, w której policjant z mordem w oczach wyznaje Petrunii, że kocha swoją 8-letnią córeczkę, ale gdyby zachowała się jak ona, połamałby jej wszystkie kości), lecz na braku poszanowania zasad równego funkcjonowania wszystkich osób w społeczeństwie i bezwzględnym dążęniu do osiągnięcia własnych celów, bez myśli o kosztach ponoszonych przez drugą stronę.
Produkcja Mitevskiej ma okazje, by uchwycić co bardziej subtelne mechanizmy napędzające patriarchalne społeczeństwo Macedonii, np. obojętność. Szczególnie wyraźne jest to w przypadku postaci kamerzysty towarzyszącego śledzącej sprawę reporterce, który zamiast interesować się zdarzeniami wokół niego, woli zająć się wynikami meczów piłki nożnej. Reżyserka nie decyduje się jednak pogłębiać swego dyskursu i skupiać się na tych codziennych, bolesnych psztyczkach skierowanych w kobiety, decydując się za to na obrazy przejaskrawionych, na wpół zwierzęcych zachowań mężczyzn otaczających Petrunię.
Z resztą, problemy z konstrukcją postaci objawią się również w głównej bohaterce. Scenarzystki próbowały stworzyć protagonistkę, która nie będzie przystawać do sztucznych, cukierkowych idoli, na których, według znacznej części twórców popkultury, powinny się wzorować młode dziewczyny. Protagonistka jest antypatyczna, niechlujna, troszkę wulgarna, je paskudnie głośno. Ta wywodząca się jeszcze od Laury Mulvey chęć odczarowania zawłądniętego przez mężyczyzn, filmowego obrazu kobiety jest w pełni zrozumiała, tu nie ma żadnego problemu.
Przeczytaj również: “Marianne”, przez nią w nocy polucja [RECENZJA]
Rzecz w tym, że nie sposób w pełni sympatyzować i kibicować odważnej buntowniczce, gdy w jednej ze scen możemy zobaczyć, jak w wyniku kłótni z matką powala ją na ziemię i trzymając w ręku krzyż, kopie leżącą, starszą kobietę. W takiej sytuacji tytularne, prowokacyjne przyrównywanie protagonistki do Boga wydaje się nie przyczynkiem do dyskusji o standardach religijnych a czymś na kształt żartu obarczonego chorobą wieku nastoletniego. Staje się to tym bardziej wyraźne, gdy spojrzy się na wspomnianą przeze mnie wcześniej bohaterkę Krainy miodu, która choć pozbawiona i wizerunku, i części cech charakteru klasycznej heroiny, w swym postępowaniu dąży do harmonijnego, wspólnego życia każdego człowieka, znacznie bardziej zasługując na miano świętej.
Ale to i tak nie boli aż tak bardzo jak największy problem Bóg istnieje… – agitacyjna bezpośredniość. Aktorzy wypowiadają okołotematyczne frazesy, patrząc się prosto w obiektyw, przy czym czasem ma to miejsce, gdy w pobliżu postaci jest kamera reporterska, czasem ot tak po prostu. Główne dylematy etyczne i religijne są dokładnie wykładane w dialogach. Dziennikarka w rozmowie telefonicznej z przełożonym bezpośrednio wymienia wszystkie wady lokalnego społeczeństwa, które na przestrzeni ostatniej godziny mogliśmy spokojnie sami zaobserwować. Widz jest permanentnie traktowany jak idiota, któremu absolutnie wszystko trzeba tłumaczyć jak małemu dziecku, żeby przypadkiem sam nie wyciągnął jakichś własnych, nie będących identycznymi z tymi reżyserki, wniosków.
Fabuła nie uchroniła się również przed drobnymi błędami logicznymi, takimi jak choćby to, że Petrunia niespiesznym krokiem „ucieka” grupie mężczyzn, mimo że ci zaczynają pogoń dziesięć sekund po jej odejściu. Są to jednak co prawda tylko niewielkie, acz nadal bolesne akcenty scenariusza, który swą wątpliwą jakością przysłonił wszelką poprawność formalną całej reszty filmu.
Przeczytaj również: 5 powodów dla których pokochałam “Portret kobiety w ogniu”
Mitevska potrafi wywołać emocje. Część scen i sytuacji przedstawionych w filmie jest w stanie pobudzić empatię, wywołać frustrację, poirytować na tragiczny, patriarchalno-religijny system Macedonii. Niestety są to emocje, wywołane w tak tani i płytki sposób, że prędko odrzuca się je, czując, że ich filmowe źródło nie przystaje do wagi tematu. Wychodzi więc na to, że reżyserka serce ma w dobrym miejscu, ale jej umysł filmowca nie współgra z jego rytmem.
Za dnia kierownik produkcji animowanych, po godzinach magister wiedzy o filmie i kulturze audiowizualnej na usługach filmawkowych tekstów. Gracz, ale nie tak często, jakby chciał. Jeden z trzech w Polsce jednoczesnych fanów wrestlingu i RuPaul's Drag Race. Na gitarze zawsze gra inne solówki, bo nie umie ich powtórzyć.



