Advertisement
KomiksKultura

“Coś Zabija Dzieciaki” Tom II – Dom Slaughterów… lekko się angażuje [RECENZJA]

Maja Rybak
coś zabija dzieciaki 2
Okładka drugiego tomu

Wraz z drugim tomem Coś Zabija Dzieciaki powracamy do małego miasteczka, w którym nadal grasują żądne dzieci potwory. Z Jamesem w szpitalu i świadomością, iż zasady jej organizacji zostały złamane, Erica Slaughter ma bardzo twardy orzech do zgryzienia.

Ciała zaginionych zostały znalezione. Policjantów czeka okropny i makabryczny proces identyfikacji ciał. Rodziców natomiast czeka największa tragedia, jaka może ich spotkać w całym życiu. To jednak nie koniec kłopotów tej niegdyś spokojnej miejscowości. Potwór może i został pokonany, ale pozostały po nim młode. Młode, które są głodne. Do tego Erica ma na głowie zwierzchników zakonu, do którego należy. W ślad za nią wyrusza jej opiekun, który ma zająć się jej błędami.

Druga odsłona Coś Zabija Dzieciaki niestety nie dorównuje poziomem tomowi pierwszemu. Wątek tajemniczego zakonu już na koniec poprzedniego tomu mógł zaciekawić. Jaką organizacją tak dokładnie jest zakon? Jaki jest ich cel? Czy chodzi im o zabijanie potworów, a może o ratowanie ludzkiego życia? Jaka jest historia jego historia? Wreszcie, jak Erica trafiła do zakonu?

Potencjał tego wątku został całkowicie wykorzystany w tomie drugim, a spokojnie mógł zostać pociągnięty przez jeszcze jeden tom. James Tynion IV mógł powolutku, bez pośpiechu odkrywać przed nami kolejne karty historii i zasady rządzące ty zakonem. Odpowiedz na ostatnie z powyższych pytań, dostajemy na kilku kadrach, które odbierają nam jeszcze więcej zabawy ze śledzenia tej części historii. Niemal wszystkie karty zostają odkryte w tym tomie.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]
coś zabija dzieciaki 2 recenzja
Strony z drugiego tomu “Coś Zabija Dzieciaki” || mat. prasowe

Tynion IV dalej czerpie dużo z popkultury, klimatem nadal pozostajemy w rejonach Netflixowego Stranger Things. Jednocześnie jednak tom drugi wydaje się nieco pospieszony. Przykładem tego jest wspomniany opiekun Erici, który przybywa do miasteczka. Napomknięta między nimi relacja na początku tomu, podobno wieloletnia, wydaje się skupiać jedynie na kłótniach (w których to oczywiście Erica jest tą dobrą). Mało tego, w momencie kulminacyjnym Tynion IV zastosował ukochany przeze mnie motyw – bezsensowną śmierć poprzez poświęcenie. Na co więc była wprowadzana nowa postać, która ma rzekomo wiele wspólnego z nasza główną bohaterką?

Na szczęście w Coś Zabija Dzieciaki swój poziom utrzymują kadry autorstwa Werthera Dell’Edery. W drugiej odsłonie świetnie oddają klimat całej historii. Ba, nawet zbyt ciemne barwy, na które lekko narzekałam przy okazji tomu pierwszego, przestały mi przeszkadzać. Albo po prostu zastosowana paleta lepiej pasuje do przedstawiania nocnych krajobrazów. Krew nadal leją się gęsto na kartach, a kontrast żywej czerwieni na takich ciemnych paletach współgra bardzo dobrze z makabrą całej historii.

Nie pozostaje mi nic innego, jak podsumować lekturę drugiego tomu Coś Zabija Dzieciaki jednym słowem: zawód. Zawiodłam się sposobem, w jakim Tynion IV zdecydował się pociągnąć całą historię. Często wygląda tak, jakby nie miał pomysłu jak dojść do zaplanowanego od dawna momentu, więc idzie po najmniejszej linii oporu. Straszna szkoda, ponieważ chyba nikogo nie zaskoczę, jak napiszę, że potencjał tej historii był i nadal jest naprawdę spory. Bo może uda się jeszcze to jakoś naprawić.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.