NetflixRecenzjeSeriale

“The Umbrella Academy” – Znowu to zrobili! [RECENZJA]

Maja Rybak
Umbrella Academy
kadr z drugiego sezonu The Umbrella Academy | źr. materiały prasowe

Pierwszy sezon The Umbrella Academy (o którym pisałam tu) zapewnił nam dziesięć odcinków całkiem ciekawej historii. Tak dziwnej patchworkowej rodziny wcześniej nie było, a biorąc pod uwagę zdolności każdego z rodzeństwa, nie potrzeba apokalipsy, żeby się dobrze bawić. 

Steve Blackman postanowił jednak dać nam jeszcze więcej rozrywki. Drugi sezon The Umbrella Academy to ponowna próba powstrzymania apokalipsy, tym razem jednak w 1963 roku.

Tuż po tym, jak Piątka przeniósł całe swoje rodzeństwo w czasie, każde z nich ląduje w Dallas w Texasie – na przestrzeni trzech lat. Ich pojawienie się w latach 60. ma jednak swoje konsekwencje – apokalipsa podąża za nimi. Piątka ponownie bierze sprawy w swoje ręce i próbuje powstrzymać nuklearny holokaust, który zagraża Ziemi. Najpierw jednak musi zebrać całą Parasolkową Akademię z powrotem do kupy. 

To, co najbardziej podoba mi się w tym sezonie, to setting historyczny całej akcji. Jeśli chociaż trochę ogarniacie historię Stanów Zjednoczonych, wiecie na pewno, że w 1963 roku, właśnie w Dallas, został zamordowany prezydent John F. Kennedy. Cała fabuła obraca się wokół tego wydarzenia i to chyba jedyne, co łączy ten sezon z komiksowym pierwowzorem. Oczywiście oprócz samych postaci. Najbardziej zafiksowany na tym punkcie będzie Diego, który obierze sobie za cel powstrzymanie snajpera. 

umbrella academy
kadr z drugiego sezonu The Umbrella Academy | źr. materiały prasowe

Mało tego, lata 60. to również czas walki o równość praw osób czarnoskórych. Marsze, protesty, walki z nierównością i segregacją rasową. Jednym z wielu rodzajów protestów, były sit-ins – organizowane w lokalach przeznaczonych “tylko dla białych”. Często kończyły się one interwencjami policji, niestety bardzo agresywnymi. Czemu o tym wspominam? Bo ten wątek poboczny będzie należał do pozbawionej swojej mocy Alison. Mam wrażenie, że twórcy wbili się z tym sezonem w obecnie panującą sytuację w USA, niemal idealnie.

Nie ma The Umbrella Academy bez chaosu oraz absurdu. Mam wrażenie, że w tym sezonie dostajemy tego jeszcze więcej niż w poprzednim. Sam fakt, że rodzeństwo Hargreevesów ląduje 50 lat wcześniej, jest całkiem pokręcony, a kiedy dodamy do tego ich moce i charaktery, wyjdą nam naprawdę ciekawe sytuacje. Najzabawniejszą i chyba najmniej szokującą informacją jest ta, że Klaus został przewodnikiem kultu. Cytuje fragmenty piosenek, które jeszcze nie zostały stworzone oraz dzieli się kilkoma faktami z przyszłości ze swoimi wyznawcami. Jak tradycja nakazuje, to on jest głównym comic reliefem całego sezonu. Miejscami wspomaga go reszta rodzeństwa, głównie Diego i Luther.

Ponownie obserwujemy dynamikę relacji pomiędzy przyszywanym rodzeństwem. Nie chodzi tu tylko o przekomarzanie się, które często ma miejsce w najmniej odpowiednich momentach. Kiedy w końcu wszyscy lądują ponownie razem, widzimy, że nasi bohaterowie uczą się na własnych błędach. Na pewno nie traktują już Vanyi jako zagrożenia. Ba, przepraszają ją za wszystkie krzywdy i próbują pomóc, bez obwiniania jej o apokalipsę. I to chyba najbardziej chwyta za serducho – rodzeństwo jest, chyba po raz pierwszy, razem, tak w całości.

umbrella academy
kadr z drugiego sezonu The Umbrella Academy | źr. materiały prasowe

Kolejnymi plusami są sceny akcji oraz niesamowicie dobrze dobrany soundtrack. Agencja zwana Komisją ponownie ściga naszych bohaterów. Tym razem wysłali za nimi trójkę Szwedów, którzy nie mówią zbyt dużo, ale za to bardzo dobrze walczą. Dzięki nim oraz nowej towarzyszce Diego, możemy zobaczyć całkiem niezłe sceny walki (choć mam wrażenie, że Netflix jeszcze długo nie przebije scen walki z Daredevila). Do tego wcześniej wspomniany soundtrack. To nie tylko specjalnie skomponowane instrumentale, ale przede wszystkim całe utwory, wybrane z każdej epoki muzycznej, dzięki którym seans jest jeszcze przyjemniejszy.

Podsumowując, drugi sezon The Umbrella Academy jest lepiej przemyślany i wykonany niż pierwszy. Odnoszę wrażenie, że twórcy wtedy testowali grunt, sprawdzali, co się uda, a co nie. Tym razem mieli większe pole do popisu, wiedzieli, co się najbardziej podobało widzom i wykorzystali tą wiedzę bardzo dobrze. Mamy tu odpowiednią dawkę humoru, całkiem niezłe sceny akcji. Jednocześnie nasze główne postacie dostają pole do rozwijania się, odkrywania samych siebie oraz zgłębiania relacji między sobą i z sobą samym. Ten serial jest po prostu miodzio i mam nadzieję, że Gerard Way i Gabriel Bá są z niego naprawdę dumni.

Ocena

9 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Doom Patrol, Runaways

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.