KomiksKultura

Droga do prawdziwej wolności “Lucyfera” Mike’a Careya [RECENZJA]

Maja Rybak
lucyfer komiks
Ilustracja okładkowa "Lucyfera"

Sięgając po Lucyfera Careya, wiedziałam, że nie przedstawiał postaci, jaką znam z (teraz Netflixowego) serialu. Produkcja z Tomem Ellisem przyciągnęła mnie na dwa sezony, i to z ledwością. Dosyć szybko dowiedziałam się również, że Lucyfer serialowy i komiksowy to dwa bardzo różne od siebie twory. Kiedy więc trzymałam już w dłoniach wydany przez Egmont omnibus, nie miałam żadnych oczekiwań. Może oprócz jednego. Bo i nic nie było mnie w stanie przygotować (oprócz Sandmana, którego nadal mam na kupce wstydu) na to, co przeczytałam.

Dołączamy do historii naszej tytułowej postaci, kiedy ten pogrywa sobie na fortepianie w swoim własnym klubie. Mazikeen dba o to, aby nie zabrakło mu wyśmienitych alkoholi, klub wydaje się być popularny, a Lucyfer – wolny. Bije jednak od niego obojętność, może na jego los, może na otoczenie, a może na obie te rzeczy i jeszcze kilka innych. Wtedy to do klubu dociera niespodziewany gość. Anioł Amenadiel pojawia się i proponuje Lucyferowi… pracę. Jednorazowe zlecenie. Nic tak dużego, aby Niebo musiało się tym zajmować, ale zarówno nic tak małego, żeby móc to zignorować. Lucyfer przyjmuje zlecenie.

I tak właśnie Mike Carey rozpoczyna długą drogę Lucyfera do samodzielności i prawdziwej wolności.

lucyfer
Kadr z “The Sandman Presents: Lucifer” autorstwa Scotta Hamptona

Jego Lucyfer jest postacią, która na pewno wyróżnia się na tle wielu interpretacji upadłego anioła. W serialu postawili bowiem przede wszystkim na jego uczłowieczanie przy pomocy pani detektyw Chloe Decker. I jak już wcześniej zostało wspomniane, serial ma bardzo mało wspólnego ze swoim niby „pierwowzorem”. Carey chwilami również pokazuje nam nieco ludzkie cechy Lucyfera. Jednak co widzimy na kartach komiksu, to anioł zarówno w usposobieniu, jak i budowie ciała; stworzenie, któremu bardzo daleko do stworzonych przez Boga ludzi śmiertelnych.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z MUNKA #7: "Zezowate szczęście" (1960) GOŚĆ: Robert Siwczyk

Lucyfer jest bezwzględny, nie liczy się z ofiarami, które stają mu na drodze do celu. Jednocześnie jednak trup nie ściele się gęsto, ponieważ Lucyfer jest tez pragmatyczny; nie widzi sensu w wielu ofiarach, bo i po co? Ściągnąłby na siebie tylko więcej uwagi. Jest również cyniczny i przebiegły w swoich działaniach. Właśnie w swojej przebiegłości jest w stanie sprawiać wrażenie, że na kimś mu zależy, że nie jest tak okrutny i diaboliczny, jak jest on opisywany. Nawet na moment jednak nie zapominamy, iż jest on upadłym aniołem. Że nie odczuwa on emocji czy uczuć tak samo jak ludzie, z którymi przecież niemal na co dzień obcuje. Pomimo przebywania między nimi, nie uczy się tych rzeczy, pozostaje takim, jakim został stworzony. I kiedy nadarza się okazja, egzekwuje swój plan, długi i pełen przeszkód, które jednak swoim sprytem udaje się pokonać.

Carey pokazuje nam to wszystko nie tylko przez fragmenty, gdzie Lucyfer jest głównym bohaterem. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że uczymy się więcej o Lucyferze z historii, w których jego postaci jest bardzo mało. Dzięki temu widzimy również, jak dobrze działa on w ukryciu. Kiedy my czytamy historie Mazikeen, Elaine Belloc czy jej ojca, nasz główny bohater cały czas działa, cały czas pracuje nad swoim planem. Pojawia się tylko wtedy, kiedy jest to z jego strony absolutnie konieczne. Dzięki takim rozdziałom zagłębiamy się również w lore Lucyfera, który wokół niego Carey buduje. Poznajemy kolejnych aniołów czy bogów innych wierzeń żyjących sobie w innych wymiarach.

Przeczytaj również:  Antares - liczą się chęci? [RECENZJA]

We wszystkich rozdziałach widać, jak bardzo Carey rozumie postać Lucyfera. Nie skupia się jednak tylko na nim, ale również na postaciach drugoplanowych. W szczególności tych, które mają duże znaczenie dla przyszłości naszego głównego bohatera.

Kadr z “Lucyfera” (2000) autorstwa Chrisa Westona

Strona graficzna ma się różnie ze względu na to, iż za każdy story arc odpowiadają inni artyści. Mi najbardziej przypadł do gustu styl Scotta Hamptona. Jego lekko akwarelowe i realistyczne ilustracje zdecydowanie najbardziej pasują zarówno do atmosfery całego komiksu, jak i samej postaci Lucyfera. Reszta artystów: Chris Weston, Peter Gross, Dean Ormston, Warren Pleece i Ryan Kelly, pomimo odmiennych kresek zachowali ciągłość, palety kolorów używane przez każdego z nich nie odbiegały zbytnio od siebie i nie odczuwało się zmiany rysownika zbyt mocno.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak polecić Wam Lucyfera, nawet jeśli lektura Sandmana jest nadal przed Wami. Lucyfer w swoim własnym komiksie jest postacią tak dobrze nakreśloną i prowadzoną, że znajomość jego wcześniejszych komiksowych występów wcale nie jest nam potrzebna. Carey naprawdę się postarał, a lektura jest naprawdę przyjemna. Tego komiksu nie chce się odkładać na przerwę. To teraz zmykam nadrabiać swoją kupkę wstydu z Sandmanem na czele, a Wy śmigajcie kupić Lucyfera, bo niedługo pojawia się tom drugi!

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.