Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Gniazdo zła” – Wbrew przyzwyczajeniom i oczekiwaniom [RECENZJA]

Marcelina Kulig
gniazdo zła
Źródło: Velvet Spoon

Oglądając horrory, szczególnie gdy pochłaniamy je w dużych ilościach, rzadko mamy do czynienia z filmami, które potrafią nas jeszcze czymś zaskoczyć. W ramach gatunku wykształciły się charakterystyczne środki wizualne i schematy dotyczące prowadzenia narracji intensywnie wykorzystywane przez twórców i dobrze znane już odbiorcom. Oprócz zestawu sprawdzonych chwytów związanych ze straszeniem widza, galerii potworów, rekwizytów i napawających grozą scenografii, możemy mówić również o modach, za którymi podążają filmowcy w danym okresie.

Mieliśmy już horrory satanistyczne, wysyp slasherów czy filmów found footage. To oczywiście tylko ułamek tematów podejmowanych przez twórców czy podgatunków, które postanowili eksplorować. W ramach każdej mody czy tematyki można wskazać jednak charakterystyczne, powtarzające się środki wyrazu czy scenariuszowe rozwiązania kształtujące również oczekiwania odbiorców. Obejrzawszy kilka horrorów gotyckich, dobrze wiemy, czego spodziewać się w kolejnym. Tymi przyzwyczajeniami i przypuszczeniami odbiorców postanowił zabawić się Roberto De Feo, twórca Gniazda zła. Wykazując się znajomością gatunku i pełnymi garściami czerpiąc z jego ikonografii, aż do samego zakończenia filmu niejako mydlił widzowi oczy, by przedstawić przed nim plot twist kwestionujący wiele założeń poczynionych podczas seansu. Reżyser i scenarzyści sprytnie przekroczyli początkowe oczekiwania, jakie można było mieć względem ich dzieła. I właśnie grając efektem dziwności, podejrzeniami i stawiając widza wobec czegoś nieoczekiwanego, stworzyli horror, który udowodnił, że w ramach tego mocno eksploatowanego gatunku wciąż można z powodzeniem eksperymentować.

Raj wymuszony

Fabuła kręci się wokół Samuela (Justin Korovkin), sparaliżowanego chłopca mieszkającego ze swoją matką Eleną (Francesca Cavallin) w odosobnionej gotyckiej rezydencji. Mroczna posiadłość jest całym światem bohatera przyuczanego od najmłodszych lat do bycia jej zarządcą. Mieszkańcy i goście willi muszą dostosować się do surowych zasad ustalonych przez niepobłażliwą Elenę pod groźbą dotkliwej kary. Często rozmawiają też o budowaniu „nowego społeczeństwa” i tym, jaką rolę ma odgrywać w nim Samuel. Chłopiec, oprócz konieczności „realizowania programu” i bycia bezwzględnie posłusznym matce w każdym aspekcie życia, nie może pod żadnym pozorem opuszczać terenu posiadłości.

Sposób funkcjonowania rezydencji i jej mieszkańców pozostaje w Gnieździe zła jedynie naszkicowany. Najistotniejszą informacją jest fakt, że na terenie posiadłości słowo Eleny stanowi prawo, a każde nieposłuszeństwo zostaje ukarane. Wykonywaniem wyroków nie bez przyjemności zajmuje się złowieszczy lekarz Sebastian (Maurizio Lombardi) z zachowania i powierzchowności przypominający nazistowskich doktorów z obozów zagłady. Kto nie potrafi dostosować się do reguł, zostaje brutalnie zdyscyplinowany. Konieczność respektowania zasad jest wpajana Samuelowi na każdym kroku, nawet podczas jego przyjęcia urodzinowego. Chłopiec, od reszty członków społeczności rezydencji, otrzymuje w prezencie Raj utracony Miltona, by raz jeszcze przypomnieć mu o konsekwencjach nieposłuszeństwa.

gniazdo zła
Źródło: Velvet Spoon

Wymuszoną wszechobecnymi regułami idyllę (?) i starannie budowany porządek zaburza przybycie do posiadłości młodej dziewczyny o imieniu Denise (Ginevra Francesconi). Nastolatka zatrudniona jako pokojówka zaczyna fascynować Samuela i kwestionować zasady, na których został ufundowany jego świat. Do uporządkowanego, zamkniętego środowiska niespodziewanie wkracza coś zaskakującego, nieujarzmionego. Obecność Denise jest jak powiew wolności i nieprzewidywalności, co zaczyna niepokoić zasadniczą Elenę. Matka postanawia zażegnać potencjalne niebezpieczeństwo i za wszelką cenę zatrzymać przy sobie buntującego się syna.

Znane i niespodziewane

W Gnieździe zła na próżno czekać na krwawą jatkę. Choć na ekranie widzimy przemoc, jest ona oszczędna w formie. Nad ekranowe okrucieństwo Roberto De Feo przedkłada niepokojącą atmosferę. Efekt dziwności i obcości oraz odraza względem zachowania bohaterów stały się spoiwem dla wszystkich wątków podejmowanych w filmie. Trzeba przyznać, że Gniazdo zła nie straszy prawie wcale. Umiejętnie wywołuje dyskomfort czy niezgodę na to, czego doświadczają postacie obdarzone pozytywnymi cechami, lecz rzadko oddziałuje na najsilniejsze uczucia widza. Miłośnicy horrorów mogą poczuć się zawiedzeni, jeśli nie lubują się w gotyckiej estetyce, mroku i ciężkiej atmosferze spowijającej opowieść.

Przeczytaj również:  Scrolluję dalej. Recenzujemy "Sweat" Magnusa von Horna!

Napięcie budowane jest w Gnieździe zła od pierwszych scen, niestety z czasem gdzieś się rozpierzcha kosztem przedstawiania relacji między Samuelem i Denise. Sceny z udziałem młodych bohaterów mają w sobie tyle ciepła, że niemal można zapomnieć, że ogląda się gotycki horror, a nie kino familijne. Konflikt między nastolatkami i Eleną to w oczywisty sposób – przynajmniej nim zostanie ujawnione zakończenie – starcie dobra ze złem. Bohaterom brakuje niejednoznaczności, od początku widać, kto kreowany jest na potwora (czemu dopomaga przerysowane aktorstwo), a kto na niewinną ofiarę, co w zasadzie wpisuje się w założenia horroru gotyckiego.

Skupiając się na wątku matki próbującej ze wszystkich sił chronić swoje dziecko przed światem zewnętrznym, Roberto De Feo wyraźnie zainspirował się Innymi Alejandro Amenábara[1]. Ukazując zamkniętą społeczność, gdzie obowiązują surowe zasady, nawiązał z kolei do Osady M. Night Shyamalana. W warstwie formalnej filmu można dostrzec, że włoskiemu reżyserowi nieobcy jest dorobek Dario Argento i Mario Bavy ani założenia stojące u podstaw gotyckich horrorów. Wszystkie te elementy udało się ze sobą pogodzić, tworząc spójną opowieść, która zyskuje dodatkowy wymiar, gdy w finale filmu dowiadujemy się o świecie przedstawionym czegoś nieoczekiwanego.

gniazdo zła
Źródło: Velvet Spoon

Pierwsze akty Gniazda zła mogą sugerować, że mamy do czynienia z opowieścią o grupie okrutnych fanatyków religijnych albo radykalnych aktywistów, którzy chcą budować lepszą wersję społeczeństwa. Już w samym zwiastunie filmu pokazano niepokojącą ceremonię odprawianą po zmroku i podkreślano wagę „realizowania programu”. Trudno ocenić, czy oba wątki wprowadzono tylko po to, by zdezorientować widza i odciągnąć jego uwagę od tego, co w istocie stoi u podstaw świata przedstawionego, czy też miały być po prostu urozmaiceniem, czymś w rodzaju horrorowych dekoracji. Funkcjonowanie dziwnego kultu czy grupy realizującej określoną politykę nie zostało przedstawione w sposób pogłębiony, otrzymaliśmy jedynie zarys tego, co może kryć się za fasadą każdej instytucji. Tutaj pojawia się jednak pytanie, czy poruszanie wspomnianych wątków było tej historii potrzebne. Żaden z nich nie został rozwinięty w satysfakcjonujący czy intrygujący sposób, równie dobrze mogłyby nie istnieć, a przynajmniej nie istnieć obok siebie. W filmie otrzymujemy dziwaczny splot toksycznej matczynej miłości, religijnego kultu, budowania utopii i niepokojącego zachowania personelu rezydencji. Czy wszystkie te elementy były konieczne? Mam wątpliwości. Jeśli z kolei wymienione wątki miały służyć tylko grze z oczekiwaniami i przyzwyczajeniami odbiorcy, trzeba przyznać, że świetnie sprawdziły się jako rozpraszacze uwagi. Jeżeli było tak w istocie, Roberto De Feo fachowo, zwłaszcza jak na debiutanta, usypia widzów w fałszywym przekonaniu, że dokładnie wiedzą, czego się spodziewać po jego filmie, a później zaskakuje ich czymś, co raczej nie przyszłoby im na myśl.

Coś tu jest nie tak…

Wspomniany wcześniej trailer Gniazda zła, podobnie jak początkowe sceny filmu, mogą prowadzić do przekonania, że mamy do czynienia z klasyczną opowieścią o nawiedzonym domu, okrutnym kulcie, odizolowanej od świata społeczności albo ze wszystkimi na raz. Niepokojącą atmosferę podkreślają mroczne wnętrza i twarze bohaterów, które wyglądają, jakby były odlane z wosku. Postacie zachowują się jak widma snujące się po posiadłości, a wyposażenie rezydencji i ubiory postaci sprawiają, że można uwierzyć, że akcja filmu rozgrywa się na początku XX wieku.

Przeczytaj również:  "Proste rzeczy", czyli codzienna proza życia [RECENZJA]

Z czasem na ekranie pojawia się jednak coraz więcej elementów, które nie pozwalają jasno określić, w jakich czasach dzieje się opowieść. Na terenie posiadłości widzimy zaparkowane nowoczesne samochody. Denise, zanim założy strój służącej, przybywa do rezydencji w ubraniach, które – choć brudne i znoszone – wyglądają jak te, które nosimy współcześnie. W dodatku nastolatka wręcza Samuelowi iPoda z muzyką Pixies. W tym momencie można poczuć się zupełnie zdezorientowanym. W jakich czasach dzieje się opowieść? Elementy, które możemy uznać za nieścisłości, zyskują znacznie dopiero w finale. Są drobnymi podpowiedziami sugerującymi, dlaczego posiadłość funkcjonuje na wyjątkowo surowych zasadach, a Elena drży na myśl o tym, że jej dziecko mogłoby opuścić dom.

Matka pożerająca?

Pożerająca matka jest jednym z czterech aspektów archetypu matki zidentyfikowanych przez Carla Junga. Dotyczy rodzicielki samolubnie kochającej swoje dzieci, konsumującej je psychicznie i emocjonalnie. Matka pożerająca chce chronić potomstwo przed światem i boi się bycia przez nie opuszczoną. Często zaszczepia w dzieciach poczucie winy z powodu usamodzielnienia się i wyjścia z domu. Czyniąc to, zamienia je w niemowlęta zawsze polegające na matce i niekompetentne, jeśli chodzi o samodzielne życie w świecie. Matka pożerająca, realizując swoje cele, działa z miłością tylko wtedy, gdy jej dzieci robią dokładnie to, czego chce. Jeśli są nieposłuszne, karze je surowo i okrutnie.

gniazdo zła
Źródło: Velvet Spoon

Przez większość Gniazda zła można odnieść wrażenie, że Elena zagrana brawurowo przez Francescę Cavallin to w istocie matka pożerająca. Za wszelką cenę chce uzależnić Samuela od siebie i nie znosi sprzeciwu. Działa bezwzględnie i karze surowo, by za jakiś czas okazywać dziecku troskę i czułość. Niestrudzenie chroni syna przed światem zewnętrznym i pragnie zbudować dla niego miniaturowy, doskonały świat w granicach rezydencji. Zobaczywszy zakończenie filmu, możemy jednak zastanawiać się, czy Elena jest matką pożerającą, czy po prostu kimś, kto chce uchronić dziecko przed skrajnie nieprzyjazną i niebezpieczną rzeczywistością. Informacje, które uzyskujemy w finale, w żaden sposób nie usprawiedliwiają działań bohaterki, ale sprawiają, że zaczynamy głębiej zastanawiać się nad ich motywacjami.

Roberto De Feo stworzył film niepokojący i mroczny, pogrywając zarówno z ikonografią gatunku, jak i oczekiwaniami widza. Gniazdo zła ma w sobie więcej, niż można się było spodziewać. Konsekwentnie snuta opowieść ubrana w szaty gotyckiego horroru na koniec zmienia gatunkową przynależność, w dodatku robi to, mając ku temu przesłanki dyskretnie rozlokowane w materii filmu. Choć dzieło włoskiego reżysera cierpi na coś, co nazwałabym niebezpiecznymi spadkami napięcia, potrafi zaangażować na tyle, by bez wysiłku udało się dotrwać do zaskakującego zakończenia wzbogacającego całą historię. Niewykluczone, że Gniazdo zła zostanie jednym z tych filmów, które ogląda się kilkukrotnie, żeby zrekonstruować poszlaki wskazujące na to, czego dowiadujemy się w finale. Pewniejsze wydaje się natomiast to, że Roberto De Feo zadebiutował z klasą. Reżyser popisał się umiejętnościami, które z czasem mogą przynieść mu sławę i ulokować go wśród najciekawszych twórców horrorów, wielkich eksperymentatorów i wizjonerów tego gatunku.

[1] Podobny temat znajdziemy w Gnieździe ryjówek (reż. Juanfer Andrés; tutaj uwidoczniona została potrzeba kontrolowania życia młodszej siostry) czy nawet Kle Jorgosa Lantimosa.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.