FilmyKinoRecenzje

To nie jest materiał na film. Recenzujemy „Diunę” Denisa Villeneuve’a

Marcelina Kulig
Diuna
Źródło: Materiały prasowe

Najnowszy film Denisa Villeneuve’a próbuje być czteroma rzeczami jednocześnie: wierną adaptacją, niegłupim blockbusterem, konsekwentną realizacją autorskiej wizji i dowodem na to, że „Diunę” Franka Herberta można przetłumaczyć na język filmu. Z powodu wspomnianych wielkich ambicji dzieło kanadyjskiego reżysera jest z jednej strony warte zobaczenia i docenienia, a z drugiej skazane na bycie niewystarczającym i rozczarowującym.

Denis Villeneuve postanowił, że jego adaptacja powieści Herberta zostanie podzielona na dwie części z uwagi na złożoność świata przedstawionego. Pokazano więc wydarzenia od objęcia pustynnej planety Arrakis (Diuny) przez nowych lenników, ród Atrydów, do spotkania Paula Atrydy i Lady Jessiki z Fremenami. Myślę, że była to rozsądna decyzja, szczególnie biorąc pod uwagę, że wcześniejsza próba zmieszczenia całej powieści w jednym filmie skończyła się porażką. Uważam jednak zarazem, że 155 minut to wciąż za mało, żeby opowiedzieć nawet część tej niezwykle złożonej historii.

Żeby stworzyć naprawdę wierną i wciągającą adaptację powieści wybitnego twórcy literatury SF, trzeba by było nakręcić serial (nie miniserial!) z przynajmniej dziesięcioma odcinkami po 45 minut. Wiem, że to kosztuje. Ale skoro w przypadku powieści George’a R.R. Martina serialowy format okazał się strzałem w dziesiątkę i w latach świetności przyciągał do siebie nawet tych widzów, którzy nie lubią fantasy (czy ogólnie fantastyki), sprawdziłby się również w przypadku dzieła Herberta. Trudno w tym momencie stwierdzić, czy rynek jest przesycony, szczególnie że książkowa Diuna to dość szczególny przedstawiciel skoncentrowanego na wątkach politycznych science fiction. Myślę, że serialowa opowieść o Arrakis mogłaby skraść serca tych, którzy z różnych względów nie lubią Gwiezdnych wojen albo wciąż leczą rany po premierze ostatnich części serii. Ponadto wierzę, że jakość zawsze się obroni, nawet w niezbyt sprzyjających warunkach.

diuna
Źródło: Materiały prasowe

Diuna z 2021 roku nie jest adaptacją, na którą zasługuje powieść Herberta. Doceniam starania twórców, ale czuję niedosyt. W książce mamy do czynienia z pięcioma ważnymi aspektami: polityką, wątkiem religijno-wizyjno-misyjnym, pogłębioną psychologią postaci i międzyludzkich więzi, sferą przyrodniczą i ekologiczną oraz kwestią odmienności kulturowych. Mam wrażenie, że Denis Villeneuve skupił się na dwóch ostatnich zagadnieniach i trzeba przyznać, że przedstawił je znakomicie. Wobec mocnego spłycenia pozostałych aspektów Diuna jest raczej przepięknym przewodnikiem po Arrakis niż dziełem totalnym. Zawiera uporządkowane podsumowanie najważniejszych wydarzeń z pierwszej części książki (przypomnę, że reżyser podzielił materiał źródłowy według innych kryteriów niż pisarz) i przegląd ich uczestników.

Przeczytaj również:  Gdzie powinna leżeć prawda? Recenzujemy "Równowagę" Yujiro Harumoto

Zachwycający pod względem wizualnym film Villeneuve’a mogę polecić tym, którzy nie planują czytać książki Herberta, ale chcą choćby pobieżnie zorientować się w stworzonym przez niego świecie. Powieść ojca Arrakis wymaga od czytelnika naprawdę dużo wysiłku, żeby nie pogubić się w nazewnictwie, powiązaniach między bohaterami i bogatej, pogłębionej warstwie znaczeniowej. Diuna Denisa Villeneuve’a to zdecydowanie Diuna w wersji lite. Spłaszczona, pozbawiona głębi, ale przystępna, inteligentna i wysmakowana.

Z uwagi na przyznany mu rating PG-13 film kanadyjskiego reżysera może być niezłym wstępem do uniwersum Diuny dla nastoletnich dzieci geeków pragnących zarazić swoje pociechy miłością do świata wykreowanego przez Herberta. Istnieje ryzyko, że dzieło twórcy Blade Runnera 2049 będzie dla młodszych widzów zbyt mroczne i nudne, ale myślę, że nie zaszkodzi wybrać się na rodzinny seans, szczególnie do kina z salami IMAX albo 3D.

Źródło: Materiały prasowe

Jak z kolei prezentuje się sprawa blockbusterowości Diuny? Podejrzewam, że tutaj twórcy odnieśli połowiczny sukces. Z jednej strony stworzyli film z oszałamiającą stroną wizualną (monumentalne scenografie, technologie z pogranicza różnych światów, dopracowane kostiumy, znakomicie prezentujący się aktorzy), nieprzegadany i dobrze zagrany. Z drugiej bezczelnie i tandetnie posługiwali się dźwiękiem, szczątkowo przedstawili motywacje działań i reakcji bohaterów, a niektóre teksty i dialogi uczynili tak drętwymi i sztucznymi, że skroili je chyba tylko pod zwiastun. Relacje między postaciami mocno spłaszczono. Przez skrótowość w przedstawianiu wydarzeń i myśli bohaterów, część padających słów czy podejmowanych decyzji wydawała się wyciągnięta nie wiadomo skąd, niewystarczająco uzasadniona (np. podejrzenia księcia Leto Atrydy wobec matki jego syna). Zabolało mnie również to, że z Lady Jessiki zrobiono zdecydowanie mniej potężną postać niż w książce i jak dotąd nie znajduję dla takiego pomysłu sensownego uzasadnienia. Nie za bardzo rozumiem też pobieżne przedstawienie Harkonnenów, którzy są przecież ważnym przeciwnikiem Atrydów i czynnikiem wpływającym na tożsamość Paula.

Czy nowa Diuna sprawdza się jako blockbuster? I tak, i nie. Choć spełnia wymogi przeboju kasowego, może okazać się za nudna i zdecydowanie za mało rozrywkowa. Jeśli idzie się na film Villeneuve’a raczej dla formy niż treści, a zarazem jest się gotowym wytrzymać wolne tempo i drobiazgowość w przedstawianiu życia na Arrakis, seans da sporo satysfakcji. Jeżeli chce się zobaczyć niegłupi blockbuster, w którego warstwie treściowej kryje się coś interesującego, również nie powinno się narzekać. Jeśli natomiast pójdzie się na Diunę, oczekując ciekawie opowiedzianej historii, pogłębionej psychologii postaci i wielopoziomowych znaczeń, można się srogo wynudzić i zawieść.

Przeczytaj również:  Jezus mnie zna. Recenzujemy „Oczy Tammy Faye” Michaela Showaltera

Niektórzy wybiorą się na Diunę głównie dlatego, że to nowy Villeneuve. Wydaje mi się, że właśnie na tej grupie widzów ambitne dzieło reżysera zrobi największe wrażenie. Zjawiskowa,  dopracowana strona wizualna, kontrast tego, co monumentalne z tym, co drobne czy nieokazałe oraz sączący się z ekranu mrok są wizytówką kina uzdolnionego Kanadyjczyka. Już od pierwszych scen widać, że Diuna to dzieło autorskie, konsekwentnie realizowane według przyjętej wizji. Mimo bycia blockbusterem czy studyjnych uwarunkowań to wciąż bardzo charakterystyczne science fiction spod znaku Denisa Villeneuve’a.

Czy twórca Blade Runnera 2049 i Nowego początku udowodnił, że powieść Franka Herberta da się przetłumaczyć na język filmu? Według mnie tak i wyszło mu to całkiem nieźle. Wyeksponowanie przyrody Arrakis i miejscowych tradycji pozwala zachwycić się światem wykreowanym w książkowej serii. Diuna wydaje się też solidną bazą dla snucia historii skoncentrowanych na polityce, religii czy ludzkiej tożsamości, o ile poucinane wątki zostaną lepiej rozwinięte. Biorąc pod uwagę złożoność i bogactwo materiału źródłowego, nadal jednak będę się upierać przy tym, że serial jest lepszym medium dla tej konkretnej opowieści niż film. Mimo odczuwanego niedosytu doceniam odwagę reżysera, jego wyobraźnię, a także spójność całego dzieła.

Film Villeneuve’a to raczej zjawiskowy, ilustrowany przewodnik po pustynnej planecie niż wciągająca opowieść. Jako adaptacja podsumowująca najważniejsze wydarzenia z książki wypada nieźle i zgrabnie, ale w tym wszystkim brakuje głębi i uzasadnienia działań bohaterów. Warstwa wizualna zachwyca, lecz strona treściowa i znaczeniowa jest dość płaska i oszczędna (żeby nie powiedzieć skąpa). Nie czuję się przez Villeneuve’a oszukana. Mniej więcej wiedziałam, czego się mogę po nim spodziewać i właśnie to dostałam: cudowne, dopracowane obrazy, przyjemne dłużyzny i ślizganie się po powierzchni znaczeń i wartości.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Blade Runner 2049", "Nowy początek"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.