CampingPublicystyka

Zdradliwa przyjemność. Obcowanie z filmowym kiczem [CAMPING #45]

Marcelina Kulig

Syk otwieranych puszek piwa. Zapach chipsów, popcornu i spoconych ludzi stłoczonych w ciemnej sali z projektorem. Aromat wszechogarniającej wesołości. Za moment rozpocznie się święto złego kina. Okazja do obśmiania największych kuriozów X muzy. Do wypatrywania efektów specjalnych specjalnej troski i suwaków na plecach potworów. Pora, gdy tama trzymająca fale śmiechu w ryzach rozpada się na drobne kawałeczki. Czas wstydliwej rozkoszy.

Na całym świecie organizowane są festiwale i przeglądy filmów kiepskich, niedoskonałych i niskobudżetowych, za to mogących poszczycić się bogactwem motywów i zadziwiających rozwiązań formalnych. W czym tkwi fenomen zaistniałego trendu na oglądanie fatalnie zrealizowanych produkcji? Ich miłośnicy wskazują na fascynację mnogością gatunków, tematyki i samą nieudolność procesu pracy nad filmem. Niektórzy opowiadają się za pragnieniem zbadania wstydliwej części historii kinematografii. Niczym archeolodzy odkrywają kolejne pozostałości minionej epoki. Z upodobaniem grzebią w popkulturowym śmietniku, bawiąc się znalezionymi odpadami i umieszczając je w zupełnie nowym kontekście.


Przeczytaj również: “Wściekłość” Davida Cronenberga [CAMPING #44]

Uprawiana przez nich „archeologia kultury” nie ma na celu odkrycia arcydzieł, klejnotów w koronie sztuki filmowej. Skupia się za to na odnalezieniu, reinterpretacji i ponownym wykorzystaniu tekstów odrzuconych i zapomnianych. Nie próbuje też usprawiedliwiać wadliwych artefaktów. Świadomie wartościuje i rozgranicza: film uznany za kicz nie może zostać uznany za sztukę, dlatego że sam kicz jest estetycznie wadliwą antysztuką. Co więcej, działalność „archeologów” dostarcza spore ilości materiału porównawczego, w rezultacie oglądanie złych filmów i dostrzeganie ich niedostatków kształtuje upodobania i pozwala docenić dopracowane, wysokojakościowe produkcje.

Fragment recenzji filmu “Szpon” dostępnej na stronie Shadow’s B-Movie Graveyard

Archeologia popkultury szczególnie prężnie rozwija się w sieci. Twórcy witryn WWW, blogów i tematycznych fanpage’ów poświęconych ciemnym zaułkom kinematografii, prezentują innym pasjonatom najrozmaitsze twory nieznane dotąd szerszej publiczności. Nie ograniczają się do publikowania materiałów wideo, fotosów czy samego opisu fabuły i okoliczności powstania danego filmu. Zapraszają do wspólnej gry z tekstem, dekonstruują go, dzielą się własnymi przemyśleniami. Bezlitośnie obśmiewają kiczowate efekty specjalne, marną grę aktorską i absurdalne pomysły scenarzystów. Wchodzą w rolę krytyków-amatorów, wyrażając potrzebę oddzielenia dzieł wybitnych od tych marnych. Dokładnie wskazują na przyczynę niepowodzeń kiczowatych produkcji. Jednak przede wszystkim bawią się i czerpią przyjemność z obcowania z odrzuconymi produktami  kultury. Przez to sami stają się twórcami, dokonując ekshumacji treści i znaczeń. Ich praktyki przypominają osobliwy przypadek recyklingu: martwe media zamieniają się w media zombie, zyskując nowe funkcje i powracając zza grobu do rzeczywistości młodszej i świeższej niż one.

Przeczytaj również:  5 najlepszych z najgorszych? [CAMPING #50]

Przeczytaj również: “Przybysz z Kosmosu”, czyli słabo zrealizowane science-fiction z połowy lat pięćdziesiątych [CAMPING #43]

Popularność filmu klasy B i towarzyszącą mu kulturę festiwalową można rozumieć jako przejaw snobizmu – wyrobiona, przynajmniej jej zdaniem, publiczność poszukuje odskoczni wobec dobrego gustu, w związku z czym decyduje się na seanse „złego kina”. W ten sposób modelowane są wizerunki samozwańczych znawców X muzy, którzy z pobłażliwością przyglądają się produkcjom w rodzaju Narzeczonej potwora. Całą tę strategię chciałoby się nazwać hipsterskim dążeniem do wyróżnienia się w tłumie i starannie przeprowadzonym aktem autokreacji.

Plakat Narzeczonej potwora Eda Wooda

Prawda wydaje się jednak aż nadto oczywista: ludzie uczestniczą w przeglądach filmów klasy B, żeby po prostu dobrze się bawić. Mogą do woli śmiać się, komentować obserwowane na ekranie zdarzenia i dzielić z innymi przyjemność obcowania z kiczem. Te pokazy „osobliwości” odgrywałyby rolę podobną do tej, jaka swego czasu była domeną kina atrakcji. Tak samo, jak u początków kina, ludzie żywo reagują na oglądane materiały i biorą czynny udział w widowisku. Wzbogacają ścieżkę dźwiękową wybuchami śmiechu, okrzykami zdziwienia i szelestem otwieranych opakowań popcornu. Tworzą unikatowe wspólnoty ludzi celebrujących kiepskość, niedoskonałość i dziwaczność. Wymieniają spostrzeżenia, polecają sobie nawzajem kolejne kurioza rodem z najgłębszych otchłani wypożyczalni wideo. Przez chwilę wszyscy stają się przyjaciółmi, wspólnie cieszącymi się uczestnictwem w święcie kiczowatego filmu i kina kultu. Aby czerpać radość z seansu, muszą znać reguły gry, której celem jest zniszczenie tekstu i wskrzeszenie go dla czystej zabawy.


Przeczytaj również: “Oślizgły dusiciel” – Kamp w rytmie disco [CAMPING #42]

Jednak za przyjemność obcowania z filmowym kiczem należy słono zapłacić. Filmowcy, dostrzegłszy wszechogarniającą modę na „niedobre kino”, zaczęli serwować swojej publiczności coraz wymyślniejsze przejawy złego smaku. Wobec zaistniałej sytuacji część znawców popkultury postanowiła opowiedzieć się przeciwko strategiom twórców produkcji pokroju Rekinada. Zasygnalizowali dokonanie podziału między filmami klasy B, obrazami będącymi hołdem wobec ich tradycji i wysoko skomercjalizowanymi wytworami o intencjonalnie obniżonej jakości, jakich kiepskość stanowiła element starannie wykalkulowanego planu. Te ostatnie zdaniem krytyków nadużywają kategorii „filmu klasy B”, aby przyciągnąć do kin miłośników ich osobliwej poetyki, którzy po projekcji poczują się jednak zażenowani zastosowanym chwytem marketingowym.

Josh Hadley, dziennikarz i twórca programów radiowych, w wywiadzie przeprowadzonym przez Michała Puczyńskiego, autorytarnie stwierdza, że prawdziwych filmów klasy B już nie ma. Za jedyne uprawnione użycie wcześniej przywołanego terminu uznaje określanie nim produkcji powstałych w czasach funkcjonowania double features, podwójnych seansów, oferujących dwa filmy w cenie jednego biletu. Zatem stosowanie terminu „film klasy B” dla podkreślenia intencjonalnie obniżonej wartości produktu, w rzeczywistości ujawnia niekompetencję osób nieznających historycznych i ekonomicznych uwarunkowań kinematografii.

Przeczytaj również:  "Chcemy, abyś odpalając Kroniki Myrtany, poczuł się dokładnie tak, jak podczas gry w oryginalnego Gothica" – Mateusz Pawłowski
Plakat filmu Nie z tej ziemi Rogera Cormana

Hadley wskazuje również na to, co najbardziej ujmuje w niedoskonałych obrazach. Przyznaje, że fascynuje go ich humor, zaznacza też ważność stosowanej przez twórców niskobudżetowych produkcji zasady „trzech P”. Postuluje ona prezentowanie w większości kadrów przemocy, potworów i piersi. Wówczas filmy stają się podatne na wielopłaszczyznowe odczytania skupione albo na tym, co dosłowne, albo na treściach ukrytych za fasadą odrażającego kostiumu. Przykładowo, oglądając produkcję o zabijającym nastolatków monstrum, mamy tak naprawdę do czynienia z metaforą wkraczania w dorosłość. Dzięki zasadzie „trzech P” obrazy mogą opowiadać o poważnych problemach bez popadania w pretensjonalność lub oczywistość.


Przeczytaj również: Jaki film śni się po nocach Tomowi Saviniemu i Joelowi Coenowi? – “Koszmar” [CAMPING #41]

Kino niezależne było tym miejscem, w którym powstawały prawdziwie odważne filmy. Gdzie każdy wariacki pomysł przenoszono na ekran, sięgając po wszelkie dostępne zasoby i wyzwalając kreatywność pokonującą ograniczenia. Ale te czasy już minęły. Obecnie kiepskie produkcje roszczą sobie prawo do bycia nazywanymi „kinem klasy B”. Jednak intencjonalna mierność, nastawienie na zysk i rywalizacja w wymyślaniu najbardziej nieprofesjonalnych efektów specjalnych, zdecydowanie przeczą naiwnemu urokowi obrazów zrealizowanych jako dodatek do seansu. Twórcy tych dawniejszych, mimo niewielkich zasobów finansowych, niedostatków technicznych i produkcyjnych, usiłowali nakręcić możliwie najlepsze filmy. Inaczej dzieje się w przypadku współczesnych, wmawiających widzowi, że niska jakość to zaleta.

Niezależnie od przyjętego punktu widzenia, obecność i powszechność mody na celową kiepskość zdaje się nasilać. Filmowy kicz czasem zagraża sztuce. Praktyki opisane powyżej można przyrównać do wirusa atakującego zdrowe komórki kultury. Infekcja wymaga od artystów nieustannego wytwarzania przeciwciał niepozwalających na obumieranie tego, co wartościowe i hołdujące pięknu. Dopóki uczestnicy kultury potrafią oddzielić sztukę od kiczu, dopóty nie grozi nam upadek wielkiej kinematografii. Co więcej, komercyjne ambicje producentów filmów intencjonalnie kiepskich nie są w stanie pokonać zdrowego rozsądku ani miłości do X muzy. Widzowie najczęściej potrafią zdemaskować wytwór, za którym stoją wyłącznie pobudki ekonomiczne. W związku z tym można stwierdzić, że biznesmeni nie zmanipulują świadomej widowni, a kinofilia przezwycięży bezrefleksyjne pochłanianie kulturowych treści.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.