„Zew krwi”, czyli animowane psy też zasługują na głaskanie [RECENZJA]
Zew krwi to film o najlepszym przyjacielu człowieka, a wystąpił w nim jeden z najsympatyczniejszych aktorów Hollywood. Czy to gotowy przepis na cieplutkie kino familijne? Bez wątpienia tak, szczególnie że zaadaptowano bestselerową powieść Jacka Londona, autora uwielbianego Białego Kła.
Historia wielkiego psa o ogromnym sercu
Akcja filmu rozgrywa się w późnym XIX wieku, w czasie gorączki złota. Buck, mieszaniec bernardyna i owczarka szkockiego, żyje ze swoim panem, sędzią Millerem, w słonecznej Kalifornii. Pewnego dnia niesforny pupil zepsuł przyjęcie właściciela i musiał spędzić noc na podwórku. Wtedy został zwabiony i zamknięty w wielkiej skrzyni przez mężczyznę szukającego łatwego zarobku. Porywacz sprzedał psa, który miał trafić do Jukonu, by tam pomagać poszukiwaczom złota. Podczas podróży Buck jest bity, nie dostaje wody ani jedzenia. W końcu trafia na targ, gdzie kupuje go Perrault (Omar Sy) dostarczający pocztę wśród śniegów Północy. Pies musi nauczyć się pracy w zaprzęgu i odnaleźć się w zupełnie nowych warunkach.

Wkrótce Buck zyskuje sympatię doręczyciela poczty i staje się liderem psiego zespołu, lecz jego dobra passa nie trwa długo. Gdy Perrault dostaje dyspozycję, by sprzedać zaprzęg, futrzany olbrzym i jego drużyna trafiają na okrutnego i chciwego Hala (Dan Stevens). Nowy właściciel bije zwierzęta i zmusza je do pracy nad siły, zaślepiony gorączką złota. Na szczęście Buck ponownie spotyka odludka Johna Thorntona (Harrison Ford), któremu wcześniej wyświadczył kilka drobnych uprzejmości, takich jak podanie zgubionej harmonijki. Mężczyzna przygarnia wycieńczonego zwierzaka, zaprzyjaźnia się z nim i postanawia zabrać go ze sobą w podróż poza granice mapy. Tam Buck ma odnaleźć swoje przeznaczenie i poczuć tytułowy zew krwi.
Komputerowo generowane futrzaki
Można rzecz jasna narzekać na wszechobecność CGI, ale ich poziom okazał się na tyle wysoki i realistyczny, że nie powinien przeszkadzać w kibicowaniu głównym bohaterom. Do komputerowych psów trzeba się przyzwyczaić, ale koniec końców zwierzaki zachowują się jak prawdziwe, a ich futro wygląda na miękkie i wprost stworzone do głaskania. Efekty specjalne można określić jako przyzwoite, a sam film jako przyjemny dla oka. Zdjęcia Janusza Kamińskiego pozwalają w pełni zachwycić się pięknem dziewiczej przyrody, czy to wśród śnieżnych zasp, czy też w lasach pełnych prastarych, majestatycznych drzew.
Warto też docenić duet John Thornton-Buck. Więź między człowiekiem z krwi i kości a przesympatycznym psem napawa optymizmem i budowana jest bardzo naturalnie. Chociaż sam Ford zagrał minimalistycznie, oszczędność przysłużyła się stworzeniu postaci hardego, siwobrodego mężczyzny po przejściach.
Słodki, ale nie przesłodzony
Zew krwi jest pierwszą produkcją Chrisa Sandersa w dziedzinie filmów żywego planu. Dotąd tworzył on wyłącznie animacje takie jak Lilo i Stich. Trzeba przyznać, że debiut Sandersa okazał się bardzo udany, mimo początkowych scen sugerujących nieco infantylną historię okraszoną kilogramami lukru. Koniec końców Zew krwi jawi się jako pokrzepiająca opowieść o przyjaźni, odwadze i stawaniu się swoim własnym panem, co stanowi jej największą siłę.
Buck to wyjątkowo uroczy filmowy bohater. Niezgrabność jego ruchów rozczula, podobnie jak przyjazne usposobienie. Psiak z powodzeniem może konkurować z uwielbianymi ekranowymi futrzakami, stając się ulubieńcem młodszej widowni. Bez wątpienia sympatią zapałają do niego i starsi widzowie, dlatego że historia dzielnego psiaka, choć prosta i klasyczna, ma w sobie niezwykły czar.

Ciekawy okazał się również zwrot w stronę tematyki pogoni za bogactwem zestawionej z poszukiwaniem prostego życia w harmonii z naturą. Zew krwi nie pozostawia wątpliwości co do tego, którą drogę lepiej wybrać. Pozwala to w nienachalny sposób pouczyć dzieci w sprawach takich jak pęd za dobrami materialnymi czy eksploatacja przyrody. Film uczy też właściwego traktowania zwierząt, co wydaje się niezwykle ważne w dobie traktowania czworonogów jako zabawki mające stać się świątecznym prezentem.
Zew krwi jest idealnym wyborem na rodzinny seans. Przekazuje uniwersalne wartości, zapewniając przy tym sporo rozrywki. Chociaż nadal wolę Harrisona Forda w zestawie z Chewbaccą niż z Buckiem, również ta drużyna daje się lubić. Dwóch wyrzutków trzymających się kurczowo swojej przyjaźni, by nie przepaść w trudnych realiach nieprzystępnego świata, to duet wprost stworzony dla filmów przygodowych. Sama opowieść zawiera w sobie cenne morały i mnóstwo ujmujących momentów, dlatego stanowi poważnego konkurenta dla hurtowo odnawianych animacji Disneya.
Strateg, estetka, serendypitystka. Lubi gry słów i limeryki. W popkulturze najbardziej interesuje ją groza, wzniosłość i rytuał. Chętnie ogląda filmy o życiu w lesie, ekspedycjach polarnych, pociągach, konfliktach między nauką/techniką a etyką oraz produkcje z gatunku Southern Gothic. Grzebie w popkulturowym śmietniku, by znaleźć w nim złoża czystego absurdu. Kocha niemiecki ekspresjonizm na równi z kuriozami ery VHS-ów. Godzilla, Potwór z Czarnej Laguny i Ro-Man to jej dobrzy kumple.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Biały Kieł, Mój przyjaciel Hachiko, Lassie wróć