“Monster Party” – Gorefest dla koneserów [CAMPING #48]

Trzej młodzi kryminaliści szukają okazji do szybkiego zarobku. Casper (Sam Strike) musi spłacić dług u niebezpiecznego gangstera, a Iris i Dodge (Virginia Gardner, Brandon Michael Hall) spodziewają się potomka. Gdy pojawia się perspektywa pracy u bogatej rodziny z Malibu, młodzi nie zastanawiają się ani przez chwilę i w mig planują rabunek. Dawsonowie urządzają luksusowe przyjęcie, na którym pojawi się grupa dobrze sytuowanych przyjaciół domu. Do obsługi przyda się każda dodatkowa ręka, a że w toku kolejnych zdarzeń może ona zostać ucięta – to już inna sprawa.

Heistowy horror Monster Party miał premierę na jesieni ubiegłego roku, ale przez kina i serwisy VOD przemknął raczej niezauważony. Być może stoi za tym fakt, że film nakręcił niejaki Chris von Hoffmann – czyli koleś, który parę lat temu wydał na świat beznadziejny postapo-splatter Drifter. Był to groteskowy rip-off znacznie lepszych tytułów, do tego nudny, co okazało się niedopuszczalnym błędem, bo korzystał reżyser ze stylistyki grindhouse’u. Von Hoffmann dojrzał jako reżyser, a na polu kina niezależnego zyskał mocną pozycję. Monster Party jest bowiem solidnym lo-fi movie: niedostatki budżetowe obracającym w złoto, samoświadomym i autoreferencyjnym. Jeśli potraficie obejrzeć tani horror bez spiny, a w obciętej dłoni ze sklepu z halloweenowym badziewiem umiecie dostrzec święty ornament, śmiało możecie wbijać na tę imprezę.

Monster Party jest fajnym filmem, bo przyjemnie podnosi ciśnienie, a w jaskrawej czerwieni często przelewającej się przez niego krwi można wręcz utonąć. Nie brak w tym wszystkim czarnego humoru, choć chwilami bywa on niesmaczny. Gdy złodziejaszkowie poznają mordercze intencje swoich pracodawców, rozpoczyna się polowanie na biedotę, a głowa rodziny wykrzykuje: „make the Dawsons great again”. Organizatorzy przyjęcia okazują się anonimowymi „mordoholikami”: walczą z nałogiem, niby skutecznie, ale gdy ich posiadłość zaczyna plądrować tercet bandziorów, stare upodobania biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Pierwsze zabójstwo dokonane zostaje pod wpływem kokainy i uruchamia lawinę kolejnych, niekiedy przypadkowych. Dreszcz emocji budzi się w każdym poza Milo (Lance Reddick), który jest dla grupy mentorem i próbuje opanować sytuację. Używa górnolotnych fraz, mówi z zaciągającym akcentem. To wilk w owczej skórze – co może brzmieć jak frazes – ale też intrygująco zarysowany horrorowy antagonista, jakiego na ekranie dotąd nie widziałem. Pojawiają się w filmie zwłaszcza aktorzy charakterystyczni, zresztą zdolni, a Reddick to najlepszy z nich.

Ponieważ dochodzi do starcia dwóch skrajnie różnych klas społecznych, różnice i dysproporcje są wyraźnie akcentowane. Dawsonowie mają całą szafę morderczych „zabawek”: w ruch idzie więc nie tylko piła łańcuchowa, ale też szlachetniejsze narzędzia, na przykład miecz samurajski. Ponieważ jest Monster Party filmem offowym, sceny przemocy pomyślano jako superkrwawe i niczym nieskrępowane. W jednej z nich widzimy, jak na podłogę wylewają się trzewia zaszlachtowanej postaci. Efekty gore, choć do wybitnie autentycznych nie należą, mają posmak przyjemnej pulpy i – pisząc kolokwialnie – robią robotę. Nie są jednak równie udane, jak te z Puppet Master: The Littlest Reich. Obie produkcje powstały z inicjatywy tej samej wytwórni i kosztowały, w przybliżeniu, tyle samo.

Film przypomina co najmniej kilka starszych horrorów, w tym Zaproszenie, Nie oddychaj i cravenowski klasyk, W mroku pod schodami (vide: postać Iris i zdeformowanego „pupila” Dawsonów). To propozycja dla fanów kina spod znaku artystycznej makabry, midnight movies lub, jeśli wolicie, „kina o północy”. Zakończenie jest wręcz obłędne i budzi skojarzenia z brutalnymi momentami filmów Quentina Tarantino. Nie należy przy tym oceniać Monster Party przez pryzmat samych tylko wnętrzności, bo bohaterów zarysowano ciekawie, wcale nie czyniąc z nich chodzących stereotypów. Uwagę zwracają Hall jako heroiczny, ale też naiwny Dodge oraz znana z ostatniego Halloween Gardner, występująca w roli, którą najlepiej określić mianem faux final girl. Dawno niewidzianej na dużym ekranie Robin Tunney teoretycznie nie przyznano dużej roli, bo jej Roxanne Dawson widzimy w kilku scenach. To jednak postać intrygująca i wyróżniająca się na tle bezwiednych morderców. Jest kobietą zgnębioną i pełną skruchy, niewybrzmiewającą w pełni, bo odegraną przez Tunney dość oszczędnie. Jej doświadczenia, przemyślenia i wewnętrzne rozterki pozostają w sferze domysłów, budują wokół Roxanne enigmę, jakiej brakuje innym bohaterom. Nie będę Was oszukiwał, pisząc, że Monster Party to najlepszy horror tego roku czy nawet ostatnich miesięcy. To jednak solidny gorefest, który ogląda się z wyraźnym poczuciem spaczonej przyjemności. Jest dostatecznie skąpany w sztucznej krwi, nigdy nie przynudza, bo tempo jego akcji sunie jak po maśle. W skali szkolnej przyznaję solidną czwórkę.


3.5/5

Film zobaczycie na Splat!FilmFeście

LUBLIN: 14.12 (sobota) / 22.30 / Kino CK / KUP BILET | WARSZAWA: 6.12 (piątek) / 22.35 / Kinoteka sala 2 / KUP BILET


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.