Advertisement
Recenzje

“Krewetki w cekinach” – Kanon kina queerowego znów został poddany redefinicji [RECENZJA]

Albert Nowicki
Krewetki

Krewetki w cekinach – już sam tytuł pozwala nastrajać się na kino migotliwe, soczyste i pełne energii. Przygotujcie się więc: z sali kinowej wyjdziecie uśmiechnięci i w pogodnych nastrojach. Kanon kina queerowego znów został poddany redefinicji; tym razem dokonuje jej duet Cédric Le Gallo–Maxime Govare. W „Krewetkach” mieszają się tropy dobrze znane z gejowskich komedii, filmów obyczajowych i sportowych, ale całość wybrzmiewa w swoim własnym języku. W dobie dramatów egzystencjalnych powstała opowieść o życiu chwilą i dzieleniu ulotności z najbliższymi. To odtrutka na łzawe historie z wątkiem LGBTQ, których we Francji bynajmniej nie brakuje.


Przeczytaj również: “The I-Land”, czyli netflixowa nuda i strata czasu wywołujące ciarki zażenowania [RECENZJA]

Jednym z bohaterów „Krewetek” jest Matthias (Nicolas Gob), uznany pływak, który szokuje opinię publiczną, gdy na łamach telewizji nazywa innego sportowca „ciotą”. Chwila uniesienia będzie kosztowała go bardzo wiele: mężczyzna dostaje zadanie specjalne – ma trenować drużynę piłki wodnej przed uczestnictwem w zawodach. Zresztą nie byle jakich, bo Gejowskich Igrzyskach Olimpijskich. Uchodzący za homofoba medalista nie zostaje przyjęty przez protegowanych z otwartymi ramionami. Szybko zdaje sobie sprawę, że będzie szkolił najgorszy zespół waterpolo w historii.

Krewetki

Jako underdog story o sportowej osnowie film może wydać się dość przewidywalny. Chwilami taki bywa: wystarczy wspomnieć ponagloną i niezbyt autentyczną przemianę trenera, jego lekcję tolerancji. Mimo to, jak pisałem wyżej, klasyczny rys fabuły przepisują „Krewetki” na własny język. Kolejne wydarzenia układają się w konwencjonalną całość. Piłkarze ruszają po złoto na chorwacką olimpiadę, w trakcie drogi przychodzą pierwsze zgrzyty i konflikty. Dramaty pomaga im przepłoszyć coraz mniej apodyktyczny trener – nowo narodzony przyjaciel gejów, a wielka wygrana zaczyna dostawać bohaterom do rąk. Jean (Alban Lenoir) i jego kumple nie są, oczywiście, pyszałkami i zdają sobie sprawę ze swych słabości. Jeden z zawodników zdobywa się nawet na górnolotny dyskurs: „wolę przegrać z tymi, których kocham, niż wygrywać w samotności” – rzuca w najbardziej uskrzydlającym momencie. W finale zaskoczenie miesza się ze wzruszeniem, ale nie brakuje też okazji do tańca w tytułowych cekinach.

Przeczytaj również:  "Wersy ulicy", czyli "Ósma Mila" w slumsach Mumbaju [RECENZJA]

Govare i Le Gallo nakręcili film o duchu wspólnoty oraz jedności – tak gejowskiej, jak i sportowej. Posługując się mową tolerancji i otwartości, podważyli wiarygodność starego stereotypu o homoseksualistach, którzy nie potrafią odbić piłki. „Krewetki” będą prowokowały dyskusje o środowisku LGBT w świecie sportu – i dobrze, bo są one potrzebne. W kontekście skrótów myślowych muszę jednak przełączyć się na tryb nagany, bo nadal znalazło się ich trochę w scenariuszu. Pozwolę sobie je przytoczyć.


Przeczytaj również: Piłsudski, czyli Twój nauczyciel od historii byłby zachwycony [RECENZJA]

Tleniony blondyn chwali się tatuażem na odbycie, przypominającym twarz Ryana Goslinga. Dowiadujemy się, że dwóch tatusiów to przywilej, bo zawsze mają ładnie ubrane dzieci. Drużyna lesbijskich piłkarek zostaje nazwana „King-Kong-lesbami” – przez gejów, uważających, że „mogą tak mówić, bo to branżowy przywilej”. Wyłania się z filmu karnawalizacja osób queerowych, dokonana zostaje trawestacja, która nie ma raczej przełożenia na rzeczywistość. Bo w końcu kiedy ostatnio, siedząc w restauracji, byliście świadkami drag show, odstawianego przez grupę krzykliwych cekiniarzy?

Krewetki

Krewetki w cekinach wykazują tendencję do stereotypizacji, na szczęście niezbyt agresywnej. Ciężko im się oprzeć, bo twórcy kierują się słusznymi intencjami, chwalą pojęcie akceptacji i seksualnej swobody, a do tego mają wielkie serca. Do ról przodujących wybrali świetnych aktorów, dzięki którym film najzwyczajniej w świecie bawi. Najwięcej zyskują „Krewetki” jako kino drogi, gdy członkowie drużyny podróżują tęczowym autobusem przez Europę, a absolutnym highlightem okazuje się wykorzystanie szlagieru „Boys (Summertime Love)” na soundtracku. Ten moment to eskapizm w najgorętszej postaci i jedna z najlepiej zmontowanych scen. Precyzją wykonania imponują też ujęcia podwodne (halucynacje w klubie, akcja ratunkowa w trzecim akcie).

Przeczytaj również:  "Proste rzeczy", czyli codzienna proza życia [RECENZJA]

Film jest dość lekki w odbiorze i nigdy nie wypływa na głębsze akweny – inaczej niż na przykład Sauvage Camille’a Vidala-Naqueta. Duet reżyserów szanuje swoich bohaterów, ceni sobie ich wolność i bezpruderyjność, wyraźnie kierując się przysłowiem „człowiek bez swobody jest jak ryba bez wody”. Co ciekawe w ubiegłym roku powstały dwie inne komedie o bardzo zbliżonej fabule: Niezatapialni (wielki hit kinowy we Francji) oraz Pływając z facetami.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.