FilmyKinoRecenzje

“Zaśnij” [RECENZJA]

Albert Nowicki

Rok 2019 był naprawdę udany dla filmowego horroru. Ari Aster opowiedział nam mroczną historię przepracowywania traumy w swym art-house’owym straszaku Midsommar, a w narkotycznej Ekstazie przywołane zostało szaleństwo z ubiegłorocznego Climaxu. Nie można też zapomnieć o Lighthouse: Robert Eggers postawił na placu współczesnego kina grozy majestatyczny pomnik, który już w dniu premiery uznano za arcydzieło. Po co o tym piszę? Abyście pamiętali, że horrorowy renesans trwa, a niższość tego gatunku wobec innych od dawna nie jest sprawą oczywistą – dobrych filmów grozy powstaje dziś mnóstwo. Wciąż ukazują się jednak horrory z niższej półki, na ekranach goszcząc nawet częściej niż kilka lat temu – w myśl zasady, że popularna forma sprzeda się sama. Taką premierą jest Zaśnij Daniela J. Phillipsa.

Karla (Sara West) to pełna poświęcenia, ambitna studentka medycyny. Jest głodna wiedzy i zawsze chętnie pomaga chorym w szpitalu uniwersyteckim. Jej brat Blake (Benson Jack Anthony) dotknięty został zespołem FFI – śmiertelną bezsennością rodzinną, która przed laty doprowadziła do śmierci matki. Osoby cierpiące na tę rzadko diagnozowaną przypadłość nie są w stanie zapaść w fazę głębokiego snu, skazane są na halucynacje, demencję, wreszcie pewny zgon. Karla słucha się porady ulubionego wykładowcy i uczestniczy wraz z bratem w eksperymentalnej terapii. Okazuje się, że za bezsennością chłopaka stoją diabelskie moce.

Zaśnij to kolejny horror, w którym zabobon przeciwstawiony zostaje nauce, a bohaterka zmuszona jest porzucić racjonalne myślenie – musi odnaleźć w sobie wiarę, by uratować bliską osobę. W filmie Phillipsa wystarczy wyrecytować łacińską modlitwę z notatnika, aby zło zadrżało w posadach. Przesłanie, kierowane z ekranu, wprawia w zakłopotanie: czy reżyser naprawdę chcę nam powiedzieć, że tylko bogobojność okaże się zbawieniem w najciemniejszej chwili? Chciałbym wierzyć, że nie.

W materiałach prasowych można przeczytać, że do nakręcenia Zaśnij zainspirowały Phillipsa slow-burnowe klasyki: Egzorcysta i Lśnienie, ale produkt końcowy w żadnym wypadku nie mógłby zostać obok nich postawiony. Nie pozwalają na to walory realizacyjne, a przede wszystkim stereotypowe postaci, na czele z demonicznym bratem. Chłopak miota się po ekranie i przynudza, zawodząc te same śpiewki, które słyszeliśmy już w setkach horrorów. Szepcze coś w obcych językach, albo wydaje z siebie wrzaski, które przyprawiłyby o migrenę najtwardszą scream queen. Gruchoczą mu kości; wyglądem ma przypominać Zeldę ze Smętarza dla zwierzaków. Filmowa ofiara egzorcyzmów, Iddimu, jest wymysłem w stu procentach fikcyjnym, nawet nie zaczerpniętym z książek o demonologii, przez co trudno się jej bać. Sceny nakręcone w stylu found footage – choć przyprawiają o dreszcze – są zupełnie nierealistyczne i kiepsko uzasadnione, do tego spóźnione o kilka lat, bo podgatunek ten wypalił się jakieś cztery wiosny temu.

Przeczytaj również:  "Gothic 3" - niedoceniane zwieńczenie trylogii

O dziwo nie wystąpili w filmie marni aktorzy, kilku z nich można kibicować w dalszym rozwoju kariery. Niezłe są niektóre jump scare’y, a spotęgowane efekty dźwiękowe potrafią wstrząsnąć widzem w fotelu. Do tego sama Australia – bo w tym kraju Zaśnij wyprodukowano – udaje Stany Zjednoczone lepiej, niż zrobiła to Nowa Zelandia w Czarnych świętach. Całość wywiera jednak zbyt słabe wrażenie, a wkrótce po obejrzeniu zupełnie ulatuje z głowy.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.