“Samui Song” – Recenzja

Pen-Ek Ratanaruang powrócił z nowym projektem i standardowo, nie zjedna on sobie wszystkich widzów. Reżyser, który spopularyzował kino tajskie w Europie i Ameryce (wraz z Apichatpongiem Weerasethakulem), słynie z twórczości dość ciężkiej w odbiorze Samui Song nie odstępuje od tej reguły. To film, którego szkic fabularny inspirowany jest dziełami Hitchcocka oraz klasycznymi kryminałami (z „Podwójnym ubezpieczeniem” na czele), ale korzystający też z surowej estetyki Grand Guignol, o nielinearnej, poszatkowanej narracji. Jego rytm podyktowany został przez bezmelodyjny ambient. Akcja filmu osadzona jest w miejscu beznamiętnym, a kolejne zdarzenia raczej nie wywołują skoków ciśnienia – nie sprawiają, że całość pulsuje nam w skroniach.

Zobacz również: Recenzję filmu “Polar”

Ratanaruang umieszcza swoich bohaterów w przestrzeni tyleż tropikalnej, co przeszywająco zimnej. Opowiada o ciężkich do ubrania w słowa emocjach, choć postaciom rzadko urywają się z gardeł okrzyki radości czy bolesne skowyty. O protagonistach więcej mówią ich czyny. Uciskana kobieta wodzi po swoim ciele męską brzytwą do golenia, marząc przy tym o ucieczce z małżeńskiego piekła. Mąż-impotent – mało charakterny rzeźbiarz – otacza się figurkami penisów i jąder, bo tylko tak postawi pomnik swojej męskości. Samui Song to film alegoryczny i mętny jednocześnie. Niektóre z jego komponentów fabularnych budują frapujący thriller, inne zaś wydają się zupełnie nie przystawać do konstrukcji.

Film ogląda się najlepiej, gdy Ratanaruang prawi o patriarchalnych opresjach i kryzysach tożsamości; kiedy zgłębia, czym jest małżeństwo w kulturze tajskiej. Przez kadr ekranu przewija się jednak wiele postaci, które:

a) z trudem wgryzają się w historię,
b) nie wywierają wrażenia na widzu,
c) zignorowane przez fabularzystę, stają się elementem tła.

Do tej trzeciej grupy zaliczymy przywódcę kultu, do którego należy mąż głównej bohaterki. To mężczyzna upiorny, swym stoicyzmem umiejący ugasić ogień. Jest i gangsterem, i bogiem; wzbudza respekt cichym tembrem głosu, który uznać można za materiał opałowy najżarliwszych koszmarów. Nie powinno dziwić, że zagrał sekciarza Vithaya Pansringarm (pamiętany za „Tylko Bóg wybacza” i „Ninję: Cień łzy”).

Zobacz również: Recenzję filmu “Cola de Mono”

Z racji ram gatunkowych – nakręcił Ratanaruang współczesne i brutalne kino noir – „Samui Song” pozostaje filmem mrocznym, o odpowiednio gęstym klimacie. Nie brak tu jednak ryzykownego humoru i pewnej autorefleksji. W jednej ze scen twardzi bandyci z wypiekami na twarzy oglądają tajską telenowelę. W innej bohaterka dowiaduje się od swojej agentki (jest bowiem gwiazdą telewizji), że nie powinna przyjmować roli w filmie artystycznym – to przecież smęty, usypiające ludzi w fotelu.

Reżyser kontrastuje ze sobą art-house i operę mydlaną, próbując znaleźć złoty środek pomiędzy obiema formami. Niczym Lars von Trier w „Domu, który zbudował Jack” nawiązuje też do pozycji wyrwanych z własnej filmografii. Metafikcyjny wydźwięk „Samui Song” bywa zarówno intrygujący, jak i irytujący – zwłaszcza w zanadto efekciarskim finale, gdzie złamana zostaje zasada czwartej ściany, choć nie ma takiej potrzeby.

Oglądając „Samui…”, nie raz będziecie zastanawiać się, czy występująca w roli pierwszoplanowej Laila Boonyasak gra aktorkę, czy odgrywa siebie, czy może aktorka, w którą się wciela, jest bohaterką filmu w filmie… Zacieranie granic między fikcją a tym, co realne, to ciężka sztuka. Ratanaruang nie opanował jej jeszcze do perfekcji.

3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.