Recenzje

„Zombieland: Kulki w łeb” – Sequel lepszy niż się spodziewaliśmy [RECENZJA]

Albert Nowicki

Powroty z sequelami po wielu latach od premiery części pierwszej to w pewien sposób loteria. Czasem okazują się strzałem w dziesiątkę (niech za przykład posłuży świetny retro-horror sprzed roku, Nieznajomi: Ofiarowanie), kiedy indziej twórcy przekonują się, że nikt na nie nie czekał (Straż wiejska 2). Kontynuacja Zombieland była bodaj najbardziej wyczekiwanym filmem od czasu ostatniego Mad Maksa. Przypomnijmy: poprzednia odsłona ukazała się dokładnie dziesięć lat temu i została świetnie przyjęta tak przez krytyków, jak i widzów. Powstanie sequela wydawało się sprawą oczywistą, a jednak projekt przeszedł przez długotrwały development hell. W tym roku drugi Zombieland udało się sfinalizować. Na przekór oczekiwaniom, film ma w sobie moc i nie sprawia wrażenia wymęczonego. Przeciwnie – wygląda na to, że na planie zdjęciowym wszyscy bawili się doskonale.


Przeczytaj również: GIRL POWER na ekranach polskich kin w 2019 roku [ZESTAWIENIE]

Minęła dekada od wydarzeń przedstawionych w pierwszym filmie. Miłośnik broni palnej Tallahassee wciąż trzyma się swej sprawdzonej bandy: przemierza Amerykę wraz z Columbusem, Wichitą i Little Rock, strzelając między oczy każdemu napotkanemu na drodze zombiakowi. Wędrówki po postapokaliptycznym świecie do łatwych nie należą. Bohaterowie nie utrzymują kontaktu z innymi ocalałymi, zamiast ryzykować, przebywają tylko między sobą. Buntuje się przeciw narzuconemu rygorowi Little Rock, która chce poznać świat, a przy okazji wpaść w oko jakiemuś chłopakowi – takiemu z pulsem. Tymczasem Wichita wpada w panikę, gdy Columbus prosi ją o rękę. Zostawia po sobie kartkę z przeprosinami i decyduje dołączyć do młodszej siostry.

Zombieland
fot. Kadr z filmu “Zombieland: Kulki w łeb”

Bohaterowie robią to, czego w horrorach popełniać nie warto: rozdzielają się na mniejsze grupy. Nie spotyka ich jednak nic strasznego; przeciwnie, poznają w ten sposób innych szczęśliwców, którzy wiedzą, jak rozprawić się z żywym trupem. Najbarwniejsza z nowych postaci to bez wątpienia Madison, grana przez Zoey Deutch. To dziewczyna niezbyt rezolutna, każde słowo zaciągająca z manierą godną stereotypowej valley girl – zupełne przeciwieństwo sarkastycznej Wichity (Emma Stone). Deutch wybornie odnajduje się w nowej dla siebie roli (w niedawnych Wyborach Paytona Hobarta grała postać zupełnie kontrastową), kradnie każdą scenę ze swoim udziałem.

Przeczytaj również:  Checked! TOP10 Netflixa – „Contagion - Epidemia strachu”, czyli „Gra o tron” w realiach epidemii [RECENZJA]

Innym bohaterom drugoplanowym poświęcono mniej uwagi, zmarnowano choćby talenty Rosario Dawson. Kiepski okazuje się pomysł z sobowtórami Tallahasseego i Columbusa. Luke Wilson i Thomas Middleditch z Doliny Krzemowej nie są nawet w połowie tak charyzmatyczni, jak duet Woody Harrelson–Jesse Eisenberg; każda minuta ekranowa z ich udziałem jest czasem straconym. Zamiast wprowadzać nudnych epizodystów, twórcy mogli skupić się na wątku Little Rock: Abigail Breslin widzimy w filmie zbyt rzadko.


Przeczytaj również: “Król” Timothée Chalamet, francuski książę Robert Pattinson i Netflix [RECENZJA]

Zombieland: Kulki w łeb to film bardzo podobny do swego poprzednika, utrzymany w identycznym, odrobinę autoreferencyjnym tonie. Kiedy Columbus czyta komiks z serii Walking Dead, z jego ust pada ironiczny komentarz: „naprawdę straszne, ale zero w tym realizmu”. Film potrafi wywołać salwy śmiechu, zazwyczaj, kiedy Madison zamęcza bohaterów swoją „blondyńską” paplaniną. Zadaje pytania w stylu: „dlaczego Sala Owalna nazywa się właśnie tak?”. Wspomina swój pomysł na biznes, którego przez apokalipsę nigdy nie mogła zrealizować, i na jaw wychodzi, że była o krok od wynalezienia Ubera. Żyjący pod kamieniem Tallahassee kpi z dziewczyny, tłumacząc, że nikt nie wsiadłby do auta obcej osoby, bo za dużo chodzi po świecie świrów, a Madison odpowiada: „gdyby mój kierowca okazał się zabójcą, dostałby ode mnie zero gwiazdek!”

Zombieland
fot. Kadr z filmu “Zombieland: Kulki w łeb”

Nie zabrakło w sequelu Zombieland miejsca dla nerdowskich niuansów. Żywym trupom nadali bohaterowie nazwy własne, przyporządkowując je do konkretnych „gatunków”. Tak oto mądry zombie to „Hawking”, głupi – „Homer”, a ten niezniszczalny – „T-800”. Superkrwawe są sceny unicestwiania nieumarłych przy użyciu najdziwniejszych narzędzi (na przykład sianokosu), choć moment, gdy stereotypowy Włoch „przewraca” na hordę zombie pizowską krzywą wieżę, jest już idiotyczny.

Przeczytaj również:  "Kratki stiki" – Film, od którego warto rozpocząć przygodę ze słoweńskim kinem

Dostało się też pacyfistom. Grany przez Harrelsona Tallahassee nie może pogodzić się z myślą, że Little Rock – praktycznie jego „córka” – dołącza do paczki cytujących Gandhiego, niejedzących mięsa oferm, a czarę goryczy przelewa ich stosunek do broni. Młodzi ludzie brzydzą się przemocą i przetapiają karabiny na wisiorki w kształcie symbolu pokoju. Są absolutnymi karykaturami – przy ognisku śpiewają nawet „Kumbaya”. Ujawnia się tu jednak skrajny konserwatyzm Tallahasseego, który nie potrafi tolerować osób o odmiennych poglądach, i ma ochotę je wszystkie wybić. Trochę to zabawne, trochę niepokojące, choć warto zaznaczyć, że w finale to miłośnicy strzelanek ratują całą grupę. „Thank God for the rednecks!”


Przeczytaj również: Bezspoilerowe wprowadzenie do serialu HBO “Watchmen”

Nie mógłbym napisać, że Kulki w łeb ogląda się lepiej od pierwszego Zombieland, ale kontynuacja udała się bardziej, niż większość z nas obstawiała. Trupy atakują bohaterów częściej, karabiny mają silniejszy wystrzał, a Harrelson i ekipa przytaczają więcej one-linerów. Film jest pełen wysokooktanowej akcji, już podczas napisów początkowych pozwala delektować się krwawą masakrą w rytm „Master of Puppets” Metalliki. Wszyscy aktorzy dają popis swoich talentów komediowych i tworzą kapitalne role, a przecież po dziesięciu latach wcale nie musieli grać w filmie z gatunku „łubu-du” – mają szereg nagród za pasem i przebierają w ofertach pracy z najlepszymi reżyserami. Powstał sequel, który nie próbuje zaoferować widzom żadnego novum, i dużo na tym zyskuje: jest po prostu świetnym filmem popcornowym. Myślę, że 2010, 2011 roku udałby się jeszcze bardziej.


Ocena: 6,5/10

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.