“Smętarz dla zwierzaków” (1989) – Pierwsza adaptacja książki Kinga! – Recenzja [CAMPING #26]

  • W latach osiemdziesiątych hollywoodzcy filmowcy podjęli próbę zekranizowania wszystkich najważniejszych pozycji w dorobku Stephena Kinga. Trend ten utrzymywał się jeszcze przez kolejną dekadę, choć nad adaptacjami ciążyła swego rodzaju klątwa: większość była bowiem pomiatana przez dziennikarzy, a  i widzowie kręcili nosem na „Dzieci kukurydzy” czy „Kosiarza umysłów”. Źle oceniono też „Smętarz dla zwierzaków” w reżyserii Mary Lambert. W „The Washington Post” czyniono wręcz sugestie, że projekt jest dyletancki, z miejsca stracony − przy użyciu tyleż kąśliwej, co absurdalnej parafrazy „dog on arrival”… Horror nie cieszył się przed trzydziestoma laty taką reputacją, jak dziś; wybitne „Lśnienie” też nie uchroniło się przed złośliwymi docinkami i zyskało nominację do Złotej Maliny. „Smętarz…” ma nad wieloma kingowskimi ekranizacjami tę przewagę, że wiernie adaptuje literacki pierwowzór. Nawet zdjęcia do filmu postanowiono realizować w górzysto-leśnym stanie Maine.
Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Creedowie − rodzice oraz dwójka dzieci − przybywają na prowincję i próbują dostosować się do nowych warunków. Sielankowo wcale nie jest. Młody lekarz Louis dostaje pracę na kampusie uniwersyteckim i już pierwszego dnia musi operować ofiarę nieszczęśliwego postrzału. Jego żona Rachel zmaga się z dawnymi traumami, a parę malców fascynuje lokalna legenda o cmentarzysku dla pupili. Okazuje się, że tytułowy „smętarz” postawiono niedaleko domu bohaterów. Znikąd wyłania się Jud Crandall − mieszkający w pobliżu starzec, który zdobywa serca sąsiadów przy pomocy wrodzonej charyzmy. Mężczyzna ostrzega Creedów przed cmentarzykiem: jak mantrę powtarza, że martwi powinni zostać martwi. Nie jest to bowiem zwykłe miejsce pochówku: zakopane głęboko pod ziemią ciała wracają do życia, na skutek indiańskiego czaru. Wkrótce dochodzi do tragedii, w której ginie trzyletni Gage…

Film Lambert wcale nie jest tak płytki, jak zarzucano mu w starych recenzjach. Co więcej, złamane zostaje w nim tabu, podjęty zostaje temat, któremu w świecie ejtisowego horroru konsekwentnie zaprzeczano. „Smętarz dla zwierzaków” można odczytać jako półtoragodzinną rozmowę o śmierci: wiele pytań o przyczyny odejścia ze świata płynie z ust małej Ellie, która traci brata w wypadku samochodowym. Dziś zachwycamy się nad filmami Ariego Astera czy Michaela O’Shea, ale w 1989 roku ekranową śmierć zrównywano z kolejnym powrotem Jasona czy Freddy’ego. Lambert, bardziej niż szlachtowaniem kończyn, zainteresowana jest wewnętrznym spustoszeniem, wyniszczającą udręką, jaka wynika z żałoby. Na płaszczyźnie emocjonalnej „Smętarz…” bywa uwierający. Wystarczy wspomnieć pogrzeb Gage’a i konfrontację dwóch bohaterów, którym z gardzieli urywają się ostre jak nóż despekty. Wszystkiemu temu towarzyszy widok niemal wypadających z trumny, dziecięcych zwłok.

Zobacz również: „Impostor”, czyli „Hereditary” na irlandzkiej wsi [RECENZJA]

Postanawiając przywrócić swojego syna do życia, Louis Creed igra z prawami tego świata − wydziera naturze jej sekrety, chce zniweczyć jej plan. To czyn moralnie ambiwalentny, choć sam film dwuznaczny nie jest: on tonie w nihilizmie. Uwagę Lambert zwracają rozterki związane z utratą, urojone widma, wreszcie nadzieja, której trzymamy się jak brzytwy. Bohaterowie cierpią, lecz żaden z nich nie potrafi zaakceptować swojego bólu, a próby wyrwania się z jego szponów kończą się kolejnymi dramatami. Wspomnienie przedwcześnie zmarłej siostry (chorującej na zapalenie rdzenia Zeldy) powoduje, że Rachel ukazuje się wychudzone, połamane truchło. Wyraźnie zaakcentowano w „Smętarzu…” aspekt duchowy: film jest zarówno metaforą duchowego zniewolenia, jak i − nie ma co ukrywać − straszakiem o tułaczce nieumarłych po ziemi. Chwilami dość cheese’owym.

Film wiele zyskuje, stawiając na klasyczną grozę: strasząc Zeldą, wiekowym obrazem martwego przodka czy demonicznym grymasem na buźce trzyletniego chłopca. Kiedy Gage chwyta za skalpel, robi się chłodno i nieludzko. Gorzej wypadają sceny o ładunku komicznym, chyba nawet niezamierzenie w tym kierunku dryfujące. Ujęcia ciał materialnych przenikających przez te ektoplazmatyczne są − co tu dużo mówić − śmieszne, a moment kulminacji przychodzi, gdy pogrążony w depresji Louis słania się na nogach, walczy z kotem, spada z łóżka prosto na głowę.

Smętarz dla zwierzaków

To chwile niepohamowanego slapsticku, który w filmie musiał znaleźć się przypadkiem. Dale Midkiff nie do końca odnajduje się w roli przodującej: jako ojciec wydaje się oschły, dzieci niemal faworyzuje. Mniej wyobcowany jest Fred Gwynne (Jud), a sensacją okazuje się Miko Hughes − umiejący zjednać sobie widzów nawet jako żywy trup. Komediowe chochliki mogą wynikać z przydługiego czasu trwania, bo „Smętarz dla zwierzaków” to horror o dobrych dziesięć minut za długi. Gromadzą się tu wątki podjęte w książkowym oryginale, ale nierozwinięte lub niemające większego znaczenia, nadające się raczej do ścięcia (przykład: gosposia Missy, jej choroba i samobójstwo).

Zobacz również: „Chilling Adventures of Sabrina” – PODCAST [Złodzieje Rowerów #6]

Przymykając oko na niezgrabność Louisa, otrzymamy horror ponury, „przyjemnie” podnoszący ciśnienie, chwilami wręcz nikczemny. Lambert nie boi się krzywdzić dzieci i tytułowych zwierzaków (granych przez świetnie wytresowanych „aktorów”), a w finałowej walce Gage’a z własnym ojcem wcale nie staje po stronie malucha. Udało się w „Smętarzu…” zachować makabryczność książkowego pierwodruku: broczące, oszpecone ciała, pocięte nożem chirurgicznym twarze, zdeformowane, pokryte płynami ustrojowymi trupy − wszystko to na pewno w filmie znajdziecie. Bardzo napastliwa jest kompozycja ścieżki dźwiękowej. Towarzyszące scenom grozy utwory są złowieszcze, prężne, zwiastują nadejście nieuchronnego „ciosu”. Przypominają o repertuarze Bernarda Herrmanna. Atutem filmu pozostają też na pewno dziewicze tereny Maine: natura jest u Lambert mroczna, a lasy szpetne i tajemnicze.

„Smętarz dla zwierzaków” to film o bezwiednym otwieraniu puszki Pandory i o tym, że natura zawsze upomni się o swoje. Choć nie brak mu wad, wśród fanów Kinga ma uchodzić za pozycję co najmniej strawną. Sam cenię sobie upodobanie reżyserki do melancholii i cmentarnej poezji. Liczę, że w nowej adaptacji też je odnajdę.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.